19.08.2026, 23:36 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.09.2026, 20:52 przez Anthony Shafiq.)
Słuchał jej z uważnością, nie dając po sobie poznać co myśli na temat tych miejsc, zwłaszcza biblioteki, w której miał wątpliwą przyjemność się znajdować kiedyś. To było co prawda ponad dwadzieścia lat temu, lecz dla wychowanego przez Parkinsonów snobistycznego młodzieńca, było to po prostu miejsce obskurne. Nawet teraz, gdy owy snobizm przykryty był miękkim płaszczem niezbędnej w politycznej karierze ogłady, szczerze wątpił aby cokolwiek w tej materii się zmieniło. Teraz jednak - w przeciwieństwie do lat zwłaszcza szkolnych - absolutnie nie dawał tego po sobie poznać. Łatwo mu to przychodziło, w tej uprzejmej pozie aktywnego słuchania, lekko ściągniętych brwi na przystojnej twarzy.
– Och Bagshotowie, gdy byłem u nich po raz ostatni byłem pod wielkim wrażeniem ich asortymentu. W Londynie próżno szukać takiego miejsca, które miałoby tak dusze, jak serce do pergaminu i tuszu. – Serdeczny uśmiech rozjaśnił pomarszczone w zamyśleniu czoło. Lśniący srebrną mikką lazurowy tusz, którym wypisywał lwią część swojej korespondencji był wybierany z zachwycającą jego perfekcjonistyczne serce pieczołowitością. Fakt, że kolor był identyczny w odbiorze zarówno dla niego jak i dla wszystkich, którzy mieli przywilej oglądania czerwonych tonów otaczającego świata, przyjemnie dotykał wrażliwej części ego.
– Przyznam się pani w wielkiej tajemnic… – podjął pochylając się ku gospodyni przyjęcia – że rozważam poza kupnem domu, otworzenie tutaj miejsca spotkań, w którym zarówno będzie można dobrze zjeść, wypić, ale też przeczytać. Makbeth, oczywiście byłby też mile widziany… – dodał pospiesznie, wiedząc jak drogi sercu kobiety jest jej znerwicowany futrzak. – Stąd też moje pytanie, pani zdanie w tej kwestii i każda pomoc mogłyby się okazać nieocenione… – właściwie, realnie tak myślał, ostatecznie przykrywka jego działalności w tym regionie miała być dedykowana lokalnej społeczności, a im bliższa sercu, im bardziej odpowiadająca potrzebom… tym lepsza i skuteczniejsza mogła okazać się w praktyce. Oczywiście wymagało to pewnego nakładu pieniędzy, ale czegóż się nie robiło, dla wejścia do gry z odpowiednim impetem. O ile grą można było nazwać trwającą wojnę domową. Cóż, wolał o tym mimo wszystko myśleć w ten sposób, niż zamartwiać się zagrożeniem wiszącym niczym. A było to trudne. Było to bardzo trudne. Tym szerzej się uśmiechał, tym żywiej przyjmował każde słowo, dopytując później też i o twórcę amuletów, z sugestią, że to może jakiś lokalny artysta, którego warto byłoby promować. Rozmowa swobodna, rozmowa jak stara koleina, przynależna jego pracy i projektowi, który dopiero z czasem miał wykiełkować w pełni, jak sadzonka jabłoni przebijająca się przez czarnomagiczny popiół.
– Och Bagshotowie, gdy byłem u nich po raz ostatni byłem pod wielkim wrażeniem ich asortymentu. W Londynie próżno szukać takiego miejsca, które miałoby tak dusze, jak serce do pergaminu i tuszu. – Serdeczny uśmiech rozjaśnił pomarszczone w zamyśleniu czoło. Lśniący srebrną mikką lazurowy tusz, którym wypisywał lwią część swojej korespondencji był wybierany z zachwycającą jego perfekcjonistyczne serce pieczołowitością. Fakt, że kolor był identyczny w odbiorze zarówno dla niego jak i dla wszystkich, którzy mieli przywilej oglądania czerwonych tonów otaczającego świata, przyjemnie dotykał wrażliwej części ego.
– Przyznam się pani w wielkiej tajemnic… – podjął pochylając się ku gospodyni przyjęcia – że rozważam poza kupnem domu, otworzenie tutaj miejsca spotkań, w którym zarówno będzie można dobrze zjeść, wypić, ale też przeczytać. Makbeth, oczywiście byłby też mile widziany… – dodał pospiesznie, wiedząc jak drogi sercu kobiety jest jej znerwicowany futrzak. – Stąd też moje pytanie, pani zdanie w tej kwestii i każda pomoc mogłyby się okazać nieocenione… – właściwie, realnie tak myślał, ostatecznie przykrywka jego działalności w tym regionie miała być dedykowana lokalnej społeczności, a im bliższa sercu, im bardziej odpowiadająca potrzebom… tym lepsza i skuteczniejsza mogła okazać się w praktyce. Oczywiście wymagało to pewnego nakładu pieniędzy, ale czegóż się nie robiło, dla wejścia do gry z odpowiednim impetem. O ile grą można było nazwać trwającą wojnę domową. Cóż, wolał o tym mimo wszystko myśleć w ten sposób, niż zamartwiać się zagrożeniem wiszącym niczym. A było to trudne. Było to bardzo trudne. Tym szerzej się uśmiechał, tym żywiej przyjmował każde słowo, dopytując później też i o twórcę amuletów, z sugestią, że to może jakiś lokalny artysta, którego warto byłoby promować. Rozmowa swobodna, rozmowa jak stara koleina, przynależna jego pracy i projektowi, który dopiero z czasem miał wykiełkować w pełni, jak sadzonka jabłoni przebijająca się przez czarnomagiczny popiół.
Postać opuszcza sesję