Po odłączeniu się od Patricka nieopodal stoiska Sary Macmillan, Erik wyruszył w niemałą podróż po terenach przeznaczonych na świętowanie Beltane. Z początku zamierzał się udać od razu w okolice palów majowych i po prostu obserwować sytuację, jednak dostanie się na miejsce, okazało się dużo trudniejsze, niż się z początku spodziewał. Stwierdzenie, że to dopiero teraz, o zmierzchu, na obchodach zebrał się największy tłum. Koniec końców, pomimo kilku przystanków, Longbottom dostał się na miejsce i przycupnął w bezpiecznej odległości od palów, co by nie zwracać na siebie dodatkowej uwagi.
Zaczynał czuć klimat tego święta. Tu i ówdzie w północnej części polany pierwsze pary podnosiły się z trawy, aby oddać się tańcom, a w tle przygrywały zaczarowane instrumenty, racząc gości całkiem niezłym występem. Erik podniósł wzrok ku górze, ku ciemniejącemu powoli niebu. Naprawdę chciał wierzyć, że może cynk, jaki otrzymali, był tylko zmyłką, jednak wiedział, że to tylko złudne nadzieje. Wszystkie zebrane dotychczas informacje mówiły zupełnie coś innego i wskazywały, że niebezpieczeństwo było większe, niż początkowo przypuszczali.
Nie będzie aż tak źle, starał się przekonać sam siebie, rozglądając się dyskretnie po kolejnych osobach, które go mijały. Na szczęście żadna czarownica świeżo po Hogwarcie nie obrała go sobie jeszcze za cel. Nie miał ochoty na uprzejme odmawianie, chociaż gdyby przyszło co do czego, zapewne by tak zrobił, nie chcąc urazić danej dziewczyny. Co jakiś czas miał wrażenie, że w tłumie migały mu znajome barwy mundurów brygadzistów. Miał nadzieję, że inni jednak znajdą, chociaż chwilę na wzięcie udziału w jakiejś uroczystej zabawie, żeby chociaż na moment zapomnieć o stresie.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞