22.08.2026, 20:26 ✶
Odchodzące lato zabierało ze sobą długie dni. Tej soboty niebo poszarzało szybciej, niż do tego byli przyzwyczajeni ostatnimi miesiącami czarodzieje. Gdyby jednak zapytać o zdanie przemykającej londyńskimi ulicami Helloise, to zapewniłaby, że w tym mieście niezależnie od pory wszystko szarzeje i blaknie szybciej. Londyn był smutną betonową otchłanią, która niczym czarna dziura połykała łapczywie, cokolwiek się do niej zbliżyło: promienie słońca, ludzką szczęśliwość, ścieki. Mimo to stopa leśnej wiedźmy musiała czasem w owym smutnym miejscu postanąć, jako że to tutaj z nieznanych jej powodów Kowen Whitecroft miał swoją siedzibę.
Mokry piach zgrzytał pod podeszwami kozaczków czarownicy, woda z rozsianych na bruku kałuż rosiła bryzgami błota dół jej spódnicy. Podłe miejsce. Brud miasta Helloise postrzegała jako zasadniczo odmienny od swojskiego ogrodowego brudu, w którym paprała się na co dzień.
Ulice znała słabo, bo nie bywała tu często. Szła tą jedną znajomą trasą i niewiele odwracała się na mijanych ludzi, więcej na bezpańskie zwierzęta: osowiałe pocztowe niegdyś ptaki, wyrzucone kociska, udomowione ropuchy czające się pod rynnami. Podłe miejsce. Podłe miejsce.
Dlaczego właśnie na Helloise tego dnia padła zaczepka, o tym zarządzić mógł tylko ślepy los. Nie wyróżniała się niczym: spod klasycznego czarownicowego kapelusza spływał na plecy słomiany warkocz; zmierzając zaś na nabożeństwo do Kowenu, czarownica ubrała się skromnie, a schludnie. Nie szukała zwady, lecz ów ślepy los na jej drodze postawił uliczną burdę. Sprzeczający się starcy, choć nie wyglądali na bezdomnych, bez wątpienia obaj zdążyli tego wieczora wypić kilka głębszych. Ruchy mieli nieskoordynowane, nastawienie nader krewkie. Zapamiętale roztrząsali temat Eugenii Jenkins, aż się jednemu w nerwach kapelusz przekrzywił, tak się rozemocjonował.
— Ostatnie Ministerstwo było za Malfoya! — ferował tyczkowaty staruch, Lyshard, odgrażając się laseczką swojemu oponentowi. — I finito! Ezoteriuszu, finito! Po Malfoyu tylko szlamy. — Trzęsła się obwisła starością twarz i szyja.
— Chamie…! Bzdury powiadasz… swoim głupim językiem. Bezmózgowie — pieklił się pijany Ezoteriusz, dziadek o długiej, bielutkiej brodzie obwieszony biżuterią wysadzaną kolorowymi kamieniami.
Chwila-moment i Ezoteriusz wyrwał się do Lysharda z łapami, Lyshard odepchnął napastnika laseczką, a starcze ciało Ezoteriusza — to przeżarte osteoporozą chuchro zwiotczałe, które maskowały warstwy obszernych szat — poleciało na bogu ducha winną kobietę. Druciane okularki dziadka zastukotały o bruk.
Helloise zesztywniała w bezruchu, gdy starzec wpadł w nią. Poczuła impet, obcy ciężar, zapach tandetnej wody kolońskiej i wódki.
— Ty też pewnie sądzisz, że Jenkins to szlama?!
Czarownica odwróciła na starca głowę, jak i odwróciło je kilkoro przechodniów, którzy jednak zaraz poszli dalej i nie zatrzymywali się przy rozróbie. Ku zaskoczeniu Ezoteriusza, kobieta schwyciła go za połę szaty, gdy ten zaczął odsuwać się od niej; przytrzymała go przy sobie, uśmiechając się doń łagodnie. Wzrok miała z lekka nieobecny. Patrzyła na czarodzieja z bliska, a mimo to jej wzrok ginął gdzieś po drodze i nie docierał do niego.
— Dlaczego mówicie o tym, czy szlama, czy nie? Po co się zapędzać i dywagować nad jej krwią, gdy ona jest wybrana bez błogosławieństwa bóstw i bez ich błogosławieństwa rządzi? — pytała Helloise, z troskliwym przejęciem pogładziwszy ramię gniewnego dziadka. Dobrotliwy spokój kobiety zbił Ezoteriusza z pantałyku, również Lyshard dziwne posłał jej spojrzenie zza pleców kamrata. — Kogokolwiek wybiorą, ojczulku, to będzie zła władza. Zła, bo nie radzą się w Ministerstwie Bogów, tylko siebie nawzajem. Ona źle nam służy. Szlama czy nie.
Skonsternowany Lyshard zbliżył się do czarownicy przytrzymującej osłupiałego Ezoteriusza i poklepał ją po ręce swoją kościstą dłonią.
— No, już, już. Wystarczy — rzekł sztywno, czekając uwolnienia swojego kompana.
Helloise rzeczywiście puściła chwyt, lecz wcale nie odstąpiła od starców, wodząc leniwie wzrokiem od jednego do drugiego.
— Patrz tylko, Ezoteriuszu. Trafiła ci się pani wierząca — zwrócił się Lyszard do brodatego kolegi. — Niech Matka błogosławi, o. Prosimy o wybaczenie.
Ezoteriusz burknął tylko coś pod nosem, otrzepując szatę. Odsunął się na krok od dziwnej wiedźmy i, zwróciwszy się kompana, wymownie popukał się w głowę.
— W głowie ci się poprzewracało, kapuściany głąbie. Jenkins-szlama? — mamrotał wciąż wpieniony, lecz bez wcześniejszego animuszu. Podniósł z ziemi okulary i zajął się wycieraniem ich w szaty.
Lyshard tymczasem przyuważył przypatrującą się scenie Edith. Helloise podążyła za spojrzeniem starucha, a gdy jej oczy natrafiły na młodą czarownicę, uśmiech na twarzy kobiety płynnie się poszerzył.
— A pani? Co ta pani tak tu zerka? — dopytywał Rookwoodówny Lyshard, chcąc ją wprawić w zakłopotanie. — Proszę podejść albo nie podsłuchiwać.
Mokry piach zgrzytał pod podeszwami kozaczków czarownicy, woda z rozsianych na bruku kałuż rosiła bryzgami błota dół jej spódnicy. Podłe miejsce. Brud miasta Helloise postrzegała jako zasadniczo odmienny od swojskiego ogrodowego brudu, w którym paprała się na co dzień.
Ulice znała słabo, bo nie bywała tu często. Szła tą jedną znajomą trasą i niewiele odwracała się na mijanych ludzi, więcej na bezpańskie zwierzęta: osowiałe pocztowe niegdyś ptaki, wyrzucone kociska, udomowione ropuchy czające się pod rynnami. Podłe miejsce. Podłe miejsce.
Dlaczego właśnie na Helloise tego dnia padła zaczepka, o tym zarządzić mógł tylko ślepy los. Nie wyróżniała się niczym: spod klasycznego czarownicowego kapelusza spływał na plecy słomiany warkocz; zmierzając zaś na nabożeństwo do Kowenu, czarownica ubrała się skromnie, a schludnie. Nie szukała zwady, lecz ów ślepy los na jej drodze postawił uliczną burdę. Sprzeczający się starcy, choć nie wyglądali na bezdomnych, bez wątpienia obaj zdążyli tego wieczora wypić kilka głębszych. Ruchy mieli nieskoordynowane, nastawienie nader krewkie. Zapamiętale roztrząsali temat Eugenii Jenkins, aż się jednemu w nerwach kapelusz przekrzywił, tak się rozemocjonował.
— Ostatnie Ministerstwo było za Malfoya! — ferował tyczkowaty staruch, Lyshard, odgrażając się laseczką swojemu oponentowi. — I finito! Ezoteriuszu, finito! Po Malfoyu tylko szlamy. — Trzęsła się obwisła starością twarz i szyja.
— Chamie…! Bzdury powiadasz… swoim głupim językiem. Bezmózgowie — pieklił się pijany Ezoteriusz, dziadek o długiej, bielutkiej brodzie obwieszony biżuterią wysadzaną kolorowymi kamieniami.
Chwila-moment i Ezoteriusz wyrwał się do Lysharda z łapami, Lyshard odepchnął napastnika laseczką, a starcze ciało Ezoteriusza — to przeżarte osteoporozą chuchro zwiotczałe, które maskowały warstwy obszernych szat — poleciało na bogu ducha winną kobietę. Druciane okularki dziadka zastukotały o bruk.
Helloise zesztywniała w bezruchu, gdy starzec wpadł w nią. Poczuła impet, obcy ciężar, zapach tandetnej wody kolońskiej i wódki.
— Ty też pewnie sądzisz, że Jenkins to szlama?!
Czarownica odwróciła na starca głowę, jak i odwróciło je kilkoro przechodniów, którzy jednak zaraz poszli dalej i nie zatrzymywali się przy rozróbie. Ku zaskoczeniu Ezoteriusza, kobieta schwyciła go za połę szaty, gdy ten zaczął odsuwać się od niej; przytrzymała go przy sobie, uśmiechając się doń łagodnie. Wzrok miała z lekka nieobecny. Patrzyła na czarodzieja z bliska, a mimo to jej wzrok ginął gdzieś po drodze i nie docierał do niego.
— Dlaczego mówicie o tym, czy szlama, czy nie? Po co się zapędzać i dywagować nad jej krwią, gdy ona jest wybrana bez błogosławieństwa bóstw i bez ich błogosławieństwa rządzi? — pytała Helloise, z troskliwym przejęciem pogładziwszy ramię gniewnego dziadka. Dobrotliwy spokój kobiety zbił Ezoteriusza z pantałyku, również Lyshard dziwne posłał jej spojrzenie zza pleców kamrata. — Kogokolwiek wybiorą, ojczulku, to będzie zła władza. Zła, bo nie radzą się w Ministerstwie Bogów, tylko siebie nawzajem. Ona źle nam służy. Szlama czy nie.
Skonsternowany Lyshard zbliżył się do czarownicy przytrzymującej osłupiałego Ezoteriusza i poklepał ją po ręce swoją kościstą dłonią.
— No, już, już. Wystarczy — rzekł sztywno, czekając uwolnienia swojego kompana.
Helloise rzeczywiście puściła chwyt, lecz wcale nie odstąpiła od starców, wodząc leniwie wzrokiem od jednego do drugiego.
— Patrz tylko, Ezoteriuszu. Trafiła ci się pani wierząca — zwrócił się Lyszard do brodatego kolegi. — Niech Matka błogosławi, o. Prosimy o wybaczenie.
Ezoteriusz burknął tylko coś pod nosem, otrzepując szatę. Odsunął się na krok od dziwnej wiedźmy i, zwróciwszy się kompana, wymownie popukał się w głowę.
— W głowie ci się poprzewracało, kapuściany głąbie. Jenkins-szlama? — mamrotał wciąż wpieniony, lecz bez wcześniejszego animuszu. Podniósł z ziemi okulary i zajął się wycieraniem ich w szaty.
Lyshard tymczasem przyuważył przypatrującą się scenie Edith. Helloise podążyła za spojrzeniem starucha, a gdy jej oczy natrafiły na młodą czarownicę, uśmiech na twarzy kobiety płynnie się poszerzył.
— A pani? Co ta pani tak tu zerka? — dopytywał Rookwoodówny Lyshard, chcąc ją wprawić w zakłopotanie. — Proszę podejść albo nie podsłuchiwać.
dotknij trawy