24.08.2026, 13:19 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.08.2026, 16:23 przez Benjy Fenwick.)
Moje narzekanie było całkowicie usprawiedliwione, a przynajmniej tak właśnie postanowiłem to sobie przedstawić, skoro nawet Prue przyznawała, że lekcje Slughorna potrafiły być dla niej męczące. Co prawda, przez to, że nasze domy nie miały ze sobą łączonych akurat tych zajęć, tylko inne, nie mogliśmy sobie wspólnie radzić ze zrzuconym na nas ciężarem, ale z drugiej strony, może tak było lepiej, bo jeszcze mimo wszystko uznałaby, że powinienem bardziej przykładać się do nauki. Nie zamierzałem jej oczywiście opowiadać, czym zajmowałem się przez resztę lekcji, bo po pierwsze nie było takiej potrzeby, a po drugie nawet nie wątpiłem, iż Prue miała dość konkretne poglądy na temat tego, co powinno się robić podczas zajęć. Wystarczyło, że ja wiedziałem, iż nie przesiedziałem całej godziny grzecznie, patrząc w kociołek i czekając na zbawienie. Zresztą moje metody radzenia sobie z nudą były moją prywatną sprawą, i nawet jeśli ktoś, kto siedział przede mną mną mniej lub bardziej „przez przypadek” dostał papierową kulką w głowę, to zdecydowanie nie oznaczało, że robiłem coś niewłaściwego. To znaczyło najwyżej, że miał pecha… A cudzy pech to już nie była moja sprawa.
- Naprawdę? - Uniosłem brwi, po czym prawie natychmiast wyszczerzyłem zęby. - Wiedziałem. Wiedziałem, że nie można być zawsze aż tak skupionym. - Nawet nie próbowałem ukrywać satysfakcji, to odkrycie wyjątkowo mnie ucieszyło, chociaż nie dlatego, że chciałem ją przyłapać na czymś niewłaściwym, lecz przez to, iż oznaczało, że wcale nie byliśmy aż tak różni, jak mogło się wydawać - ona po prostu lepiej udawała, że wszystko, co związane z nauką medyczną, ją fascynowało, podczas gdy ja nawet nie próbowałem zgrywać zainteresowanego nudnymi wykładami i rzeczach nie mających mi się przydać w karierze Quidditcha. - Nie martw się, twój sekret jest ze mną bezpieczny. - Przyłożyłem dwa palce do ust, udając, że zamykam je na klucz. - Nie powiem nikomu. - Obiecałem, przy czym spojrzałem na nią z rozbawieniem, wyrzuciwszy go przez ramię.
W gruncie rzeczy nie potrzebowałem żadnych skomplikowanych teorii, żeby zrozumieć fenomen Slughorna, jak dla mnie, wystarczyło tylko przyjąć, że kiedy człowiek był już wystarczająco stary, przestawał zauważać, że inni ludzie mieli ograniczoną cierpliwość. Znalazłszy się na jego miejscu, ja sam po pięciu minutach powiedziałbym, że skoro już wiemy, co trzeba wiedzieć, możemy przejść do robienia eliksiru. On? No, nie było takiej opcji, tak właściwie, nie znałem zbyt wielu dorosłych, którzy potrafiliby powiedzieć jedno zdanie i na tym skończyć, zawsze musieli dodać kolejne, potem jeszcze jedno wyjaśnienie, a później przypominało im się coś zupełnie innego, co oczywiście również było niezwykle ważne…
- Możliwe. - Przyznałem po chwili. - Jak będę stary, też będę opowiadał wszystkim historie, ale nie takie, których nikt nie chce słuchać. Moje będą ciekawsze, bo będę miał o czym opowiadać. Zrobię tyle rzeczy, że wystarczy mi tego na co najmniej sto lat. - Zadeklarowałem, szczerze w to wierząc. To było oczywiście bardzo ambitne postanowienie, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że w moim przekonaniu niemal wszystko było ciekawsze niż eliksiry. Nie potrafiłem długo siedzieć bezczynnie, szczególnie jeśli wokół mnie znajdowało się coś, czego jeszcze nie sprawdziłem - to był fakt nie do podważenia - tak się składało, że otaczający nas zamek był ogromny, pełen korytarzy, schodów, drzwi, zakamarków i rzeczy, których jeszcze nie zdążyłem odkryć, więc trudno było oczekiwać ode mnie, że będę grzecznie maszerował jedną trasą od wieży do sali lekcyjnej i z powrotem, bo przecież to byłoby marnowanie możliwości.
Nie chciałem jednak, żeby pomyślała, że naprawdę nie doceniałem tego, ile pracy włożyła w przygotowanie eksperymentu, wręcz przeciwnie, wiedziałem, że spędziła nad tym sporo czasu, a skoro zrobiła to specjalnie dla nas, na serio uważałem, że było to naprawdę fajne. Po prostu nie zamierzałem udawać, że czytanie siedmiuset gęsto zapisanych tomów o spadaniu i wietrze było czymś, na co miałem ochotę.
- Wiem. - Pokiwałem głową z pełnym przekonaniem. Była moją najlepszą przyjaciółką, więc oczywiście miała pełne prawo pilnować, żebym nie zrobił czegoś, po czym nie będę już mógł zrobić następnej ciekawej rzeczy. - Dlatego jesteś idealna. - Nie dodałem nic więcej, bo dla mnie ta sprawa była aż nadto oczywista - Prue była przy mnie, kiedy coś wymyślałem, potrafiła powiedzieć, kiedy pomysł był beznadziejny, a kiedy nie był beznadziejny, tylko wymagał lepszego przygotowania, pomagała mi to przygotowanie poczynić - nie mogłem sobie wyobrazić lepszego układu. Brzmiało poważnie, naukowo i trochę niebezpiecznie, czyli dokładnie tak, jak powinien był brzmieć każdy dobry eksperyment.
- Nie musisz przygotowywać wszystkiego. - Powiedziałem uspokajająco, wzruszając ramionami. - Wystarczy, że przygotujesz tyle, żebyśmy nie umarli. - Rozumiałem jednak, dlaczego tak bardzo się tym przejmowała, nie robiła rzeczy połowicznie i jeżeli coś już postanowiła, chciała wiedzieć możliwie dużo, zanim się za to zabrała. Mnie wystarczało natomiast, że wiedziała więcej ode mnie, bo dzięki temu mogłem zająć się tą częścią, która naprawdę mnie interesowała. Właściwie byłem gotowy na wszystko, co miała w zanadrzu, choć nadal nie wiedziałem, co dokładnie planowała.
Niestety, wyglądało na to, że jej przygotowania rzeczywiście opierały się głównie na literaturze. Westchnąłem demonstracyjnie, ale tym razem nie marudziłem aż tak bardzo - skoro naprawdę musiała to wszystko przeczytać, żebyśmy mogli przeprowadzić eksperyment, to chyba nawet byłem w stanie uznać, że miało to sens - po prostu nie każdy człowiek został stworzony do siedzenia bez ruchu i czytania przez godziny o czymś, co można było wyjaśnić na własnej skórze.
Gdy jednak zaczęła się zastanawiać nad moimi słowami o kontrzaklęciu, zmarszczyłem brwi, spojrzałem na nią, potem na swoje buty, a potem znowu na nią, bo dopiero teraz dotarło do mnie, że być może istniała możliwość, iż coś pójdzie naprawdę, naprawdę bardzo nie tak i to nie ze spadaniem…
- To znaczy, że jeśli zaklęcie nie wyjdzie, to nie wiesz, czy da się je cofnąć? - Upewniłem się, a kiedy sama zasugerowała odpuszczenie tej części, od razu pokiwałem głową. - Dobra. To nie warto. Spróbujemy tego kiedyś na kimś innym. - Lubiłem ryzyko, ale nie byłem aż tak głupi, żeby celowo pozwolić komuś rzucić na mnie zaklęcie, którego działania nie znał, zwłaszcza że chodziło o moją twarz i sklejanie tkanek, a nie o coś, co można było po prostu obmyć z wierzchu dłoni lub strzepać z ubrań.
Potem ponownie zajrzałem do jej torby i tym razem przyglądałem się książkom nieco dłużej - nie dlatego, że nagle zaczęły mnie interesować, bo zdecydowanie nie zaczęły, po prostu próbowałem znaleźć wśród nich coś, co nie wyglądało jak kolejny podręcznik mający za zadanie skutecznie odebrać człowiekowi wszelką radość życia. Niestety większość wyglądała dokładnie w ten sposób…
- Nie. Mam wszystko. - Odpowiedziałem zdecydowanie. Nie zapytałem nawet, po co dokładnie był nam most. W głowie już układałem sobie kilka możliwości, z których każda wydawała mi się ciekawsza od poprzedniej. - Chodźmy, zanim wymyślisz jeszcze jedną rzecz, którą musisz sprawdzić w literaturze, fuj. - Ruszyłem pierwszy, ale po kilku krokach obejrzałem się przez ramię, żeby upewnić się, że Prue szła za mną, w końcu była integralną częścią wszelkich moich planów, bez niej nic w moim życiu nigdy nie byłoby takie samo…
- Naprawdę? - Uniosłem brwi, po czym prawie natychmiast wyszczerzyłem zęby. - Wiedziałem. Wiedziałem, że nie można być zawsze aż tak skupionym. - Nawet nie próbowałem ukrywać satysfakcji, to odkrycie wyjątkowo mnie ucieszyło, chociaż nie dlatego, że chciałem ją przyłapać na czymś niewłaściwym, lecz przez to, iż oznaczało, że wcale nie byliśmy aż tak różni, jak mogło się wydawać - ona po prostu lepiej udawała, że wszystko, co związane z nauką medyczną, ją fascynowało, podczas gdy ja nawet nie próbowałem zgrywać zainteresowanego nudnymi wykładami i rzeczach nie mających mi się przydać w karierze Quidditcha. - Nie martw się, twój sekret jest ze mną bezpieczny. - Przyłożyłem dwa palce do ust, udając, że zamykam je na klucz. - Nie powiem nikomu. - Obiecałem, przy czym spojrzałem na nią z rozbawieniem, wyrzuciwszy go przez ramię.
W gruncie rzeczy nie potrzebowałem żadnych skomplikowanych teorii, żeby zrozumieć fenomen Slughorna, jak dla mnie, wystarczyło tylko przyjąć, że kiedy człowiek był już wystarczająco stary, przestawał zauważać, że inni ludzie mieli ograniczoną cierpliwość. Znalazłszy się na jego miejscu, ja sam po pięciu minutach powiedziałbym, że skoro już wiemy, co trzeba wiedzieć, możemy przejść do robienia eliksiru. On? No, nie było takiej opcji, tak właściwie, nie znałem zbyt wielu dorosłych, którzy potrafiliby powiedzieć jedno zdanie i na tym skończyć, zawsze musieli dodać kolejne, potem jeszcze jedno wyjaśnienie, a później przypominało im się coś zupełnie innego, co oczywiście również było niezwykle ważne…
- Możliwe. - Przyznałem po chwili. - Jak będę stary, też będę opowiadał wszystkim historie, ale nie takie, których nikt nie chce słuchać. Moje będą ciekawsze, bo będę miał o czym opowiadać. Zrobię tyle rzeczy, że wystarczy mi tego na co najmniej sto lat. - Zadeklarowałem, szczerze w to wierząc. To było oczywiście bardzo ambitne postanowienie, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że w moim przekonaniu niemal wszystko było ciekawsze niż eliksiry. Nie potrafiłem długo siedzieć bezczynnie, szczególnie jeśli wokół mnie znajdowało się coś, czego jeszcze nie sprawdziłem - to był fakt nie do podważenia - tak się składało, że otaczający nas zamek był ogromny, pełen korytarzy, schodów, drzwi, zakamarków i rzeczy, których jeszcze nie zdążyłem odkryć, więc trudno było oczekiwać ode mnie, że będę grzecznie maszerował jedną trasą od wieży do sali lekcyjnej i z powrotem, bo przecież to byłoby marnowanie możliwości.
Nie chciałem jednak, żeby pomyślała, że naprawdę nie doceniałem tego, ile pracy włożyła w przygotowanie eksperymentu, wręcz przeciwnie, wiedziałem, że spędziła nad tym sporo czasu, a skoro zrobiła to specjalnie dla nas, na serio uważałem, że było to naprawdę fajne. Po prostu nie zamierzałem udawać, że czytanie siedmiuset gęsto zapisanych tomów o spadaniu i wietrze było czymś, na co miałem ochotę.
- Wiem. - Pokiwałem głową z pełnym przekonaniem. Była moją najlepszą przyjaciółką, więc oczywiście miała pełne prawo pilnować, żebym nie zrobił czegoś, po czym nie będę już mógł zrobić następnej ciekawej rzeczy. - Dlatego jesteś idealna. - Nie dodałem nic więcej, bo dla mnie ta sprawa była aż nadto oczywista - Prue była przy mnie, kiedy coś wymyślałem, potrafiła powiedzieć, kiedy pomysł był beznadziejny, a kiedy nie był beznadziejny, tylko wymagał lepszego przygotowania, pomagała mi to przygotowanie poczynić - nie mogłem sobie wyobrazić lepszego układu. Brzmiało poważnie, naukowo i trochę niebezpiecznie, czyli dokładnie tak, jak powinien był brzmieć każdy dobry eksperyment.
- Nie musisz przygotowywać wszystkiego. - Powiedziałem uspokajająco, wzruszając ramionami. - Wystarczy, że przygotujesz tyle, żebyśmy nie umarli. - Rozumiałem jednak, dlaczego tak bardzo się tym przejmowała, nie robiła rzeczy połowicznie i jeżeli coś już postanowiła, chciała wiedzieć możliwie dużo, zanim się za to zabrała. Mnie wystarczało natomiast, że wiedziała więcej ode mnie, bo dzięki temu mogłem zająć się tą częścią, która naprawdę mnie interesowała. Właściwie byłem gotowy na wszystko, co miała w zanadrzu, choć nadal nie wiedziałem, co dokładnie planowała.
Niestety, wyglądało na to, że jej przygotowania rzeczywiście opierały się głównie na literaturze. Westchnąłem demonstracyjnie, ale tym razem nie marudziłem aż tak bardzo - skoro naprawdę musiała to wszystko przeczytać, żebyśmy mogli przeprowadzić eksperyment, to chyba nawet byłem w stanie uznać, że miało to sens - po prostu nie każdy człowiek został stworzony do siedzenia bez ruchu i czytania przez godziny o czymś, co można było wyjaśnić na własnej skórze.
Gdy jednak zaczęła się zastanawiać nad moimi słowami o kontrzaklęciu, zmarszczyłem brwi, spojrzałem na nią, potem na swoje buty, a potem znowu na nią, bo dopiero teraz dotarło do mnie, że być może istniała możliwość, iż coś pójdzie naprawdę, naprawdę bardzo nie tak i to nie ze spadaniem…
- To znaczy, że jeśli zaklęcie nie wyjdzie, to nie wiesz, czy da się je cofnąć? - Upewniłem się, a kiedy sama zasugerowała odpuszczenie tej części, od razu pokiwałem głową. - Dobra. To nie warto. Spróbujemy tego kiedyś na kimś innym. - Lubiłem ryzyko, ale nie byłem aż tak głupi, żeby celowo pozwolić komuś rzucić na mnie zaklęcie, którego działania nie znał, zwłaszcza że chodziło o moją twarz i sklejanie tkanek, a nie o coś, co można było po prostu obmyć z wierzchu dłoni lub strzepać z ubrań.
Potem ponownie zajrzałem do jej torby i tym razem przyglądałem się książkom nieco dłużej - nie dlatego, że nagle zaczęły mnie interesować, bo zdecydowanie nie zaczęły, po prostu próbowałem znaleźć wśród nich coś, co nie wyglądało jak kolejny podręcznik mający za zadanie skutecznie odebrać człowiekowi wszelką radość życia. Niestety większość wyglądała dokładnie w ten sposób…
- Nie. Mam wszystko. - Odpowiedziałem zdecydowanie. Nie zapytałem nawet, po co dokładnie był nam most. W głowie już układałem sobie kilka możliwości, z których każda wydawała mi się ciekawsza od poprzedniej. - Chodźmy, zanim wymyślisz jeszcze jedną rzecz, którą musisz sprawdzić w literaturze, fuj. - Ruszyłem pierwszy, ale po kilku krokach obejrzałem się przez ramię, żeby upewnić się, że Prue szła za mną, w końcu była integralną częścią wszelkich moich planów, bez niej nic w moim życiu nigdy nie byłoby takie samo…
Koniec sesji
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)