25.08.2026, 12:23 ✶
W pierwszej chwili może i chciała poczekać na niego, lecz dusza hazardzisty nie dała o sobie zapomnieć. Mogłaby śmiać się serdecznie, że to wyborny likier płynący tętnicami kasyna stanowi połowę jej duszy, ale poza tą żyłką popychająca ją ku wyzwaniu i rzucaniu wyzwania nieznajomemu, do głębin ciągnęło ją coś jeszcze.
Śpiew.
Nie była dzieckiem morza, nie była nawet jego wnuczką. Na jej linii miała kompletnie rozrzedzić się krew morza, wciąż jeszcze żywioł odpowiadał na jej obecność, przyjmując ją jak swoją. Urd czuła to za dnia, czuła gdy przechadzała się ulicami miasta, tak bardzo jak uważała sama siebie za miastową, wciąż tęskniąc za bezkresem i spokojem morskiej toni. Za zanurzeniem się w życiu tak jakim ono powinno być dla niej. Nie odziedziczyła skóry, nie chciała tego nawet, uważając przemianę w zwierzę za śmieszną, żeby nie powiedzieć dziecinną zabawę. Ale w chwilach takich jak ta… po prostu musiała płynąć. Morze chciało jej coś powiedzieć. Morze chciało coś jej zaśpiewać.
Nie była pewna, czy mężczyźnie udało się dotrzymać tempa, ale zatrzymała się jak wryta patrząc na marmurową rzeźbę, której energetyczne pole odpychało zmuszenie glonów i ratowało przed korozją czasu. To była para. Martwa. Zimna. Bezbrzeżnie zakochana w sobie. Ich biel odbijała światło ledwie dochodzące tak głęboko, obdarzając ich splecione ciała niecodzienną w tym środowisku łuną, ale co innego zachwyciło potomkinię selki. Para się ruszała. Jak w magicznej pozytywce ich powolne ruchy zachwycały swoim czarem, niemal słyszała melodię, którą och tak, zdecydowanie, byłaby w stanie później wyśpiewać. Odtworzyć kształt gestu potwierdzającego uczucie, tarcie, pragnienie, wzajemne przyciąganie. Dopiero gdy dotknęła chłodu twardego barku milczącej towarzyszki tancerza, zdała sobie sprawę, że rzeźba nie była magiczna, nie w ten sposób, w który się spodziewała. Realnie, rzeczywiście pozostawała nieruchoma, szepcząc jej czy tylko jej? swoje tajemnice. Wstrzymałaby oddech z zachwytu, gdyby nie fakt, że skrzelami i tak oddychało się inaczej. Pragnienie tańca rozkwitło w jej białej piersi, gdy gładziła rzeźbione pukle ukochanej… jak mu tam było na imię…? Oczarowana zjawiskiem zapomniała przez moment o tu i teraz, nucąc podmorską pieśń, uzupełniając harmonię niewidzialnej pozytywki miejsca, które otworzyło przed nią swoje tajemnice.
Śpiew.
Nie była dzieckiem morza, nie była nawet jego wnuczką. Na jej linii miała kompletnie rozrzedzić się krew morza, wciąż jeszcze żywioł odpowiadał na jej obecność, przyjmując ją jak swoją. Urd czuła to za dnia, czuła gdy przechadzała się ulicami miasta, tak bardzo jak uważała sama siebie za miastową, wciąż tęskniąc za bezkresem i spokojem morskiej toni. Za zanurzeniem się w życiu tak jakim ono powinno być dla niej. Nie odziedziczyła skóry, nie chciała tego nawet, uważając przemianę w zwierzę za śmieszną, żeby nie powiedzieć dziecinną zabawę. Ale w chwilach takich jak ta… po prostu musiała płynąć. Morze chciało jej coś powiedzieć. Morze chciało coś jej zaśpiewać.
Nie była pewna, czy mężczyźnie udało się dotrzymać tempa, ale zatrzymała się jak wryta patrząc na marmurową rzeźbę, której energetyczne pole odpychało zmuszenie glonów i ratowało przed korozją czasu. To była para. Martwa. Zimna. Bezbrzeżnie zakochana w sobie. Ich biel odbijała światło ledwie dochodzące tak głęboko, obdarzając ich splecione ciała niecodzienną w tym środowisku łuną, ale co innego zachwyciło potomkinię selki. Para się ruszała. Jak w magicznej pozytywce ich powolne ruchy zachwycały swoim czarem, niemal słyszała melodię, którą och tak, zdecydowanie, byłaby w stanie później wyśpiewać. Odtworzyć kształt gestu potwierdzającego uczucie, tarcie, pragnienie, wzajemne przyciąganie. Dopiero gdy dotknęła chłodu twardego barku milczącej towarzyszki tancerza, zdała sobie sprawę, że rzeźba nie była magiczna, nie w ten sposób, w który się spodziewała. Realnie, rzeczywiście pozostawała nieruchoma, szepcząc jej czy tylko jej? swoje tajemnice. Wstrzymałaby oddech z zachwytu, gdyby nie fakt, że skrzelami i tak oddychało się inaczej. Pragnienie tańca rozkwitło w jej białej piersi, gdy gładziła rzeźbione pukle ukochanej… jak mu tam było na imię…? Oczarowana zjawiskiem zapomniała przez moment o tu i teraz, nucąc podmorską pieśń, uzupełniając harmonię niewidzialnej pozytywki miejsca, które otworzyło przed nią swoje tajemnice.