25.08.2026, 12:40 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.09.2026, 11:53 przez Millie Moody.)
Parsknęła śmiechem na to pytanie o przyjemne rzeczy, które można byłoby usłyszeć od Szeptuchy. Z tego co wiedziała ze słyszenia - było to po protu niemożliwe, a starucha lubowała się w czarnowidztwie i to dosłownie. U niej nic nie było jasnowidzeniem, tylko smród brud i zaraza. Ale jaka była prawda, to też Moody trudno było powiedzieć, bo od czasu pogrzebu mamy nie widziała się z nią w cale, a jeśli gdzieś przemykała jej postać dziwaczki - zwyczajnie wtapiała się w tłum, byle tylko znów nie usłyszeć jej skrzekliwego głosu.
Teraz jednak pewne pytania musiały być postawione. Weszła w dziwny trans. Widziała rzeczy, które ciężko zwalić na chorobę psychiczną. I to nie było to, że srała pod siebie z obawy co się może zadziać. Po prostu kurewsko nienawidziła takich sytuacji.
Na szczęście obecność kuzyna podnosiła ją na duchu. Poczęstowała go fajką, sama rozplanowała sobie zapas, że może z powodzeniem wypalić obecnie dwie.
– Szczerze mówiąc, nie znam Trelawneya, który nie jest w jakiś sposób pierdolnięty. Łącznie z Tobą Złoty Chłopcze, każdy ma swoje dziwactwa. A wuj Albert? Nawet Cassandra, ja po prostu czekam aż panna idealna pierdolnie jakąś manianę, totalnie. Otworzy jej się trzecie oko na czole czy coś. – Wyobrażanie sobie ślicznej buzi pani auror z trzecim okiem na czole było pocieszające, bardziej niż chciałaby się do tego przyznać. Miała z tą kuzynką całkiem niezłe stosunki jak na sytuację, w której zazdrościła jej absolutnie wszystkiego, ale już mniejsza o to.
Powinni skupić się na zadaniu.
– Ja nigdy nie biorę niczego do siebie kurwa dziesięć lat na dywaniku u Bonesa, jednym uchem wchodzi, drugim wychodzi – wypięła dumnie pierś, wiedząc doskonale że kłamie i stety niestety, wizyty u jej obecnego psychiatry tylko to potwierdzały. Każde jedno słowo, każda kurwa, która poleciała w jej stronę, każda obelga. Niby spływała po niej jak po kaczce, a potem… a potem wsiąkała przez skórę i zatruwała duszę.
Może jednak potrzebowała trzech fajek.
– No no, Liszek i Tommy, już widzę jak wiszą nad nami i debatują czym oberwaliśmy. Co dwie głowy to nie jedna jak to mówią, absolutnie masz rację, podnosi mnie na duchu, że w razie czego nas do nich teleportuje. – Przyznała całkiem trzeźwo Miles, nie dodając skąd zna dokładną obecną lokalizację obu klątwołamaczy i dlaczego kiedy myśli o jednym z nich z automatu myśli też o drugim. Rozmawiali o tym z Peregrinusem całkiem niedawno, rzuciła mu więc tylko lekko napięte spojrzenie, bo nie, nie chciała wracać do tematu, na pewno nie tutaj w lesie.
– Dobra, jebać to, teraz albo wcale… – wypluła z siebie, gdy translokowała ich pety gdzieś daleko od lasu, jakby Szeptucha zamierzała złoić im skórę za brudzenie jej obejścia. W końcu bowiem dotarli do jej drzwi. Milles odetchnęła głęboko, spychając na dno świadomości swoją nienawiść do lasu, tego miejsca i dajmy na to swojego życia i zapukała kilkukrotnie.
– Hallo? Jest ktoś w domu? Przyszliśmy porozmawiać. Miałam wizję chciałabym prosić o pomoc w zrozumieniu co się ze mną dzieje. – powiedziała, przypadkiem używając swojego pracowego, policyjnego tonu jakim rzeczowo informowała świadków zdarzenia czemu ich odwiedza. Nie przedstawiła ich tylko. Cóż… zakładała, że starucha z rodu jasnowidzów wybornie orientuje się w tym kto stanął u ich drzwi.
Teraz jednak pewne pytania musiały być postawione. Weszła w dziwny trans. Widziała rzeczy, które ciężko zwalić na chorobę psychiczną. I to nie było to, że srała pod siebie z obawy co się może zadziać. Po prostu kurewsko nienawidziła takich sytuacji.
Na szczęście obecność kuzyna podnosiła ją na duchu. Poczęstowała go fajką, sama rozplanowała sobie zapas, że może z powodzeniem wypalić obecnie dwie.
– Szczerze mówiąc, nie znam Trelawneya, który nie jest w jakiś sposób pierdolnięty. Łącznie z Tobą Złoty Chłopcze, każdy ma swoje dziwactwa. A wuj Albert? Nawet Cassandra, ja po prostu czekam aż panna idealna pierdolnie jakąś manianę, totalnie. Otworzy jej się trzecie oko na czole czy coś. – Wyobrażanie sobie ślicznej buzi pani auror z trzecim okiem na czole było pocieszające, bardziej niż chciałaby się do tego przyznać. Miała z tą kuzynką całkiem niezłe stosunki jak na sytuację, w której zazdrościła jej absolutnie wszystkiego, ale już mniejsza o to.
Powinni skupić się na zadaniu.
– Ja nigdy nie biorę niczego do siebie kurwa dziesięć lat na dywaniku u Bonesa, jednym uchem wchodzi, drugim wychodzi – wypięła dumnie pierś, wiedząc doskonale że kłamie i stety niestety, wizyty u jej obecnego psychiatry tylko to potwierdzały. Każde jedno słowo, każda kurwa, która poleciała w jej stronę, każda obelga. Niby spływała po niej jak po kaczce, a potem… a potem wsiąkała przez skórę i zatruwała duszę.
Może jednak potrzebowała trzech fajek.
– No no, Liszek i Tommy, już widzę jak wiszą nad nami i debatują czym oberwaliśmy. Co dwie głowy to nie jedna jak to mówią, absolutnie masz rację, podnosi mnie na duchu, że w razie czego nas do nich teleportuje. – Przyznała całkiem trzeźwo Miles, nie dodając skąd zna dokładną obecną lokalizację obu klątwołamaczy i dlaczego kiedy myśli o jednym z nich z automatu myśli też o drugim. Rozmawiali o tym z Peregrinusem całkiem niedawno, rzuciła mu więc tylko lekko napięte spojrzenie, bo nie, nie chciała wracać do tematu, na pewno nie tutaj w lesie.
– Dobra, jebać to, teraz albo wcale… – wypluła z siebie, gdy translokowała ich pety gdzieś daleko od lasu, jakby Szeptucha zamierzała złoić im skórę za brudzenie jej obejścia. W końcu bowiem dotarli do jej drzwi. Milles odetchnęła głęboko, spychając na dno świadomości swoją nienawiść do lasu, tego miejsca i dajmy na to swojego życia i zapukała kilkukrotnie.
– Hallo? Jest ktoś w domu? Przyszliśmy porozmawiać. Miałam wizję chciałabym prosić o pomoc w zrozumieniu co się ze mną dzieje. – powiedziała, przypadkiem używając swojego pracowego, policyjnego tonu jakim rzeczowo informowała świadków zdarzenia czemu ich odwiedza. Nie przedstawiła ich tylko. Cóż… zakładała, że starucha z rodu jasnowidzów wybornie orientuje się w tym kto stanął u ich drzwi.