adnotacja moderatora
Popiół opadający na Londyn wyglądał jak czarny śnieg.Rozliczono - The Edge - osiągnięcie Badacz Tajemnic I
Kozioł musiał już dopaść do rogu następnej alejki, ale to nie uspokajało Crowa wcale. Chował twarz pod przepaloną chustą, którą Laurent obwiązał go kiedy przekraczali granicę miasta, obserwując dwójkę Śmierciożerców z dachu, na którym leżał od dobrych kilku minut. Powietrze wokół miało smak miedzi i parzącej gardło sadzy, więc pewien był tego, że gdyby nie lata hartowania się paląc i czołgając po podziemiach, kaszlałby teraz niemiłosiernie, zdradzając swoją pozycję parze oprychów.
To nie było tak, że lubił zabijać. Prawdę mówiąc, gdyby miał wymienić rzeczy, które lubił w życiu najmniej, liczne morderstwa jakich się dopuścił umiejscowiłby wysoko na swojej liście niechęci. Mimo tego trochę nie mógł się powstrzymać. Trzy lata – tyle wytrzymał bez moczenia palców w krwi tych pierdolonych miernot – to i tak było sporo mając na uwadze to, jak wielu bliskich musiało mierzyć się z krzywymi spojrzeniami i narastającą z miesiąca na miesiąc niechęcią. Śmierciożercy uczyli społeczeństwo nienawiści, Flynn mógł wreszcie nauczyć ich, co społeczeństwo myślało o ich podejściu do rzeczywistości. Ktoś inny dopisałby pewnie do listy powodów tego, dlaczego chciał zobaczyć jak jeden z typów potyka się i wpada w zastawioną na niego pułapkę, dzisiejszą próbę obrócenia w pył setek lat historii. Ale wiecie co? Kiedy tak o tym myślał, to może i dobrze, że tym wszystkim bogatym sukinsynom spłonie dorobek życia.
Na jego ruinach przykrytych czarną mazią, będzie można budować inny świat. Ścieżki zapadały się wielokrotnie i każda ich kolejna wersja była doskonalsza, trwalsza i coraz mocniej pozbawiano je więzów z fundamentami świata, którego Crow nienawidził. Spopielenie stolicy, gdyby tylko nie wiązało się z cierpieniem tych najniżej postawionych, byłoby właściwie ziszczeniem jego niegdysiejszych marzeń. W końcu tam, gdzie Lewis i Waughy marzyli o bezwzględnej równości, Crow skręcał niebezpiecznie w kierunku tego, co kiedyś napędzało jego istnienie.
Anarchia.
Ta dwójka miała już tego świata po Spalonej Nocy nie zobaczyć.
Sam nie wiedział, co ostatecznie przypieczętowało ich wyrok. Czy było to bardziej to, że próbowali zabić jego przyjaciela, noszone na mordach paskudne maski, czy jednak obelżywe zdania sypiące im się z ust, kiedy wybijali kolejne okna okolicznych kamieniczek w poszukiwaniu ofiar? Crow słyszał krzyki ludzi, którym wcześniej nie pomógł i coś chyba jednak w jego głowie rozbłysło – spoglądał na światło pożaru spowijające ulice i dwie postacie w czarnych płaszczach wściekłą czerwienią – i najwyraźniej jakaś iskra wpadła mu przez ucho i nie wyleciała drugą stroną. Zapłonęła w nim pasja, ta sama kiedy zakładał na twarz maskę i przez ten absurdalnie krótki moment wyreżyserowanego występu mógł poczuć się bohaterem. Zapowietrzył się, napuszył. Mógłby po prostu przejść po dachu na drugą stronę kamienicy, zeskoczyć, pobiec w kierunku Rejwachu i zapomnieć, ale zamiast tego obserwował ich jak postacie w kinie, bezczelnie sterując celem ich wędrówki.
Poruszył ręką, chcąc wprawić w ruch okiennicę mieszkania z zastawioną pułapką.
Rzut PO 1d100 - 87
Sukces!
Sukces!
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.