25.08.2026, 16:33 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.08.2026, 17:54 przez Helloise Rowle.)
Czarownice stały złączone rękoma i mocą zawiązującego się rytuału. Wokół nich furkotały szaty podrywane wiatrem i włosy tańczyły, przeplatając się z sobą wzajemnie. Ściągająca nad polanę burza podniosła suche liście jesienne, drobne gałązki, piach — wszystko to omiotło w szaleńczej gonitwie ogołocone z roślinności pole bitwy. Dłonie Helloise marzły, zimne podmuchy smagały jej nogi, lecz pozostawała skupiona na Ceolsige. Pochłaniała ją bez reszty magia buzująca między nimi. Co za bóstwo złączyło je węzłem tak ściśle, że mimo wrzeszczącego wichru ani jedno słowo Burke nie umknęło wiedźmie i głos brzmiał wyraźnie w jej uszach?
Od uroczystości rytuału wezbrała w Helloise ekscytacja, słowa Ceolsige z całą mocą wplecionego w nie czaru przepełniły ją błogostanem. Rozpoznała źródło tej zalewającej zmysły boskiej pogody. Nie była to pierwsza dla Helloise eutierria, lecz każde jej nadejście było niepowtarzalnym doświadczeniem. Wiedźmę przepełniło najczystsze, rajskie podniecenie, gdy granice jej jestestwa cieniały, zamazywały się, wtapiając jej ducha gładko w podszewkę wszechświata. Wyzwolona z ram ciała świadomość rozprysła się po ziemi i stała ziarnem, z którego w jednej chwili wykiełkowała przyroda w całej swej obfitości. Stała się udziałem czarownicy orgia lasu rozkwitającego w rozrodczym szale. Helloise była szumem miliona liści, korzeniem penetrującym żywe gleby. Ofiarą i drapieżcą. Konsumowanym i konsumującym. Jej ząb miękko odrywał jej ciało od jej kości, dzielił ją na cząstki. Własną śmiercią karmiła własne życie w innej istocie. Istniała w miliardach stworzeń, w setkach miejsc. W ogrodach skąpanych słońcem, między skalistymi wzgórzami, pośród prosperujących sadów, odpryski jej ducha zaś jaśniały jako gwiazdy na niebie. Rozpostarła się na jej głowie korona lasów, klejnoty z kwiecia dociążyły nadgatstki. Śpiew pradawnych zaklęć spajających wszelką magię brzmiał nuceniem w jej duszy.
I była w tej chwili Wszechistotą.
I skończyło się wszystko wraz z nastaniem ciepłego deszczu roszącego gorące policzki. Kwiat łapczywie rozsmakowany w tajemnicy istnienia zamknął swój kielich, Helloise otuliły znów miękkie tkanki ciała. Zszyta na powrót w ludzką powłokę, wciąż zdawała się obezwładniona euforią i przez mgłę tych niebiańskich rozkoszy ducha spoglądała teraz na Ceolsige. Niczego w Ceolsige nie było brak, widziała w niej wiedźma doskonałość boskiego stworzenia.
Kolana Helloise zmiękły, chwyt jej rąk osłabł, nie puściła jednak Burke, a zbliżyła się do niej, oparła ciężarem ciała o jej ciało. Wspięła się na palce, aby z wypiekami na twarzy policzkiem przytulić się do jej równie rozgrzanego policzka.
— Nic, co byłoby ci przykre — wymruczała rozmarzona do ucha Ceolsige, delektując się bliskością. Mimo że euforia wypłukała się, ona czuła wciąż w głowie las, ziemisty smak milczącej obecności drzewiastych dusz przodków gdzieś obok własnych myśli. Czarownica odchyliła się lekko od Burke, aby spojrzeć w dół, na ziemię pod ich stopami. — Więc skarb jest twój.
A ty jesteś moja — dodała w myśli.
Od uroczystości rytuału wezbrała w Helloise ekscytacja, słowa Ceolsige z całą mocą wplecionego w nie czaru przepełniły ją błogostanem. Rozpoznała źródło tej zalewającej zmysły boskiej pogody. Nie była to pierwsza dla Helloise eutierria, lecz każde jej nadejście było niepowtarzalnym doświadczeniem. Wiedźmę przepełniło najczystsze, rajskie podniecenie, gdy granice jej jestestwa cieniały, zamazywały się, wtapiając jej ducha gładko w podszewkę wszechświata. Wyzwolona z ram ciała świadomość rozprysła się po ziemi i stała ziarnem, z którego w jednej chwili wykiełkowała przyroda w całej swej obfitości. Stała się udziałem czarownicy orgia lasu rozkwitającego w rozrodczym szale. Helloise była szumem miliona liści, korzeniem penetrującym żywe gleby. Ofiarą i drapieżcą. Konsumowanym i konsumującym. Jej ząb miękko odrywał jej ciało od jej kości, dzielił ją na cząstki. Własną śmiercią karmiła własne życie w innej istocie. Istniała w miliardach stworzeń, w setkach miejsc. W ogrodach skąpanych słońcem, między skalistymi wzgórzami, pośród prosperujących sadów, odpryski jej ducha zaś jaśniały jako gwiazdy na niebie. Rozpostarła się na jej głowie korona lasów, klejnoty z kwiecia dociążyły nadgatstki. Śpiew pradawnych zaklęć spajających wszelką magię brzmiał nuceniem w jej duszy.
I była w tej chwili Wszechistotą.
I skończyło się wszystko wraz z nastaniem ciepłego deszczu roszącego gorące policzki. Kwiat łapczywie rozsmakowany w tajemnicy istnienia zamknął swój kielich, Helloise otuliły znów miękkie tkanki ciała. Zszyta na powrót w ludzką powłokę, wciąż zdawała się obezwładniona euforią i przez mgłę tych niebiańskich rozkoszy ducha spoglądała teraz na Ceolsige. Niczego w Ceolsige nie było brak, widziała w niej wiedźma doskonałość boskiego stworzenia.
Kolana Helloise zmiękły, chwyt jej rąk osłabł, nie puściła jednak Burke, a zbliżyła się do niej, oparła ciężarem ciała o jej ciało. Wspięła się na palce, aby z wypiekami na twarzy policzkiem przytulić się do jej równie rozgrzanego policzka.
— Nic, co byłoby ci przykre — wymruczała rozmarzona do ucha Ceolsige, delektując się bliskością. Mimo że euforia wypłukała się, ona czuła wciąż w głowie las, ziemisty smak milczącej obecności drzewiastych dusz przodków gdzieś obok własnych myśli. Czarownica odchyliła się lekko od Burke, aby spojrzeć w dół, na ziemię pod ich stopami. — Więc skarb jest twój.
A ty jesteś moja — dodała w myśli.
dotknij trawy