Kiwnęła głową. Wiedziała, że obecność mugoli w okolicy to przy takich przypadkach tylko problem, bo wystarczy, że zwieje (a zwieje na pewno), szukanie go zajmie czas, nie wiadomo co komu powie, wyczyszczenie tym wszystkim ludziom pamięci to dodatkowa robota… Jakby nie mogła zagwarantować, że tutaj rzeczywiście nikogo nie było, ale dziadek ani ona nikogo nie widzieli, natomiast było takie okno pomiędzy tym, w którym ktoś mógł się tutaj znaleźć…
Tyle, że jak tak o tym myślała, to chyba mugole nie potrafili zacierać swoich śladów w śniegu? Nie pomyślała o tym od razu, bo śnieg to nie było naturalne zjawisko do którego była przyzwyczajona w Egipcie. Styczność z nim miała tylko tutaj, w Anglii, więc niezbyt często i niezbyt intensywnie. Ale… lubiła zimę na swój sposób. Było nieznośnie zimno, to prawda, ale jakoś gdy śnieg spadł, to robiło się jakoś przytulniej, jakby świat układał się do snu pod puchową kołderką? To pewnie przez to, że nie miała tego w Egipcie.
– Czytałam o tym w gazecie, wiadomości dotarły nawet do Egiptu. O tym, hyhhm, obwieszczeniu – wyjaśniła, dając też zapewne przy okazji wskazówkę co do miejsca, z którego pochodziła, a przynajmniej skąd tutaj przyjechała – i jej egzotycznego akcentu i urody. – Okropne… Traktować ludzi jak zwierzęta… a te przecież też czują – niektórzy porównywali ludzi „gorszego sortu” właśnie do zwierząt, mugoli, mugolaków, ale czym oni zawinili? Czy wybrali sobie to, kim się urodzili i w jakich warunkach? Przecież rodziny się nie wybiera, to raz. Dwa: czym zawiniły zwierzęta, by stawiać je niżej, jak coś gorszego, zamiast po prostu innego? Jasne, nie były tak rozwinięte umysłowo jak ludzie, ale wiele z nich było przecież obdarzone magicznymi zdolnościami i prawdę mówiąc gdyby nie zwierzęta, to ludziom żyłoby się dużo gorzej. Nie mieściło jej się w głowie, jak można ogłaszać się kimś lepszym. I tych „gorszych” teraz… wybijać. Zmuszać do niewolniczej pracy. W imię czego? Czystej krwi, która skazana była na zagładę prędzej niż później? To była biologia, tego nie dało się oszukać – prędzej czy później skończy się to źle. – Nie mam za często do czynienia z rozszczepieniem – przyznała po chwili. – Uczyłam się o tym oczywiście, ale tak na co dzień to nie bardzo – a osobiście nie znosiła teleportacji i unikała jej jak ognia. Świstokliki na dużą odległość w dużych ilościach w młodym wieku, by dostać się z Egiptu do Uagadou w Górach Księżycowych, zrobiło swoje i Ginewra zwyczajnie źle znosiła wszelkie takie podróże.
Uśmiechnęła się uprzejmie do dziewczyny, która podeszła na chwilę i przez moment przyglądała się tej interakcji. Sama nie zapytała o personalia poszkodowanego, bo tak prawdę powiedziawszy nie było jej to potrzebne do szczęścia. Wystarczało jej, że zdołała mu pomóc na czas.
– Miał szczęście, że dziadek go zauważył – powiedziała po chwili, w odpowiedzi. – I że akurat byłam na miejscu. I że ojcu łatwiej dostać się do Ministerstwa, żeby dać znać – dodała i uśmiechnęła się pod nosem. – Myślę po prostu, że pisane mu jest inne zakończenie.