26.08.2026, 00:13 ✶
Ostrze wbiło się w podłogę, omijając przeciwnika w sposób, który potrafił opisać tylko i wyłącznie jako żałosny. Na tyle żałosny, żeby nawet obłąkana i chora od obsesji Fontaine mogła zmienić zdanie co do tego, czy nadal miała ochotę wysyłać mu listy nagabujące go do powrotu do domu. Wbrew wszelkiej logice łatwiejszym do przełknięcia scenariuszem wydawało mu się teraz, gdyby błędnie wyliczył to wszystko w swojej głowie i nie doprowadził do jego śmierci mimo trafienia. Wielki i zły Crow, samozwańczy postrach Nokturnu, wrócił na Ścieżki tylko po to, żeby zaprezentować swój spektakularny upadek. Nie miał nawet pomysłu jak mógłby przemienić tę sytuację w scenę mogącą pociągnąć tę opowieść dalej. Charyzmatyczny jak kałuża, pozwolił wypełznąć na twarz… zwątpieniu.
Zdradziwszy swoją pozycję, w pełni świadom tego, że drżenie ręki mógł przypłacić własną śmiercią, Crow stał na tym murku i wpatrywał się w tego cholernego kleszcza w niemalże bezruchu. Zgodnie z przewidywaniem Śmierciożerca odwrócił się w jego kierunku i uniósł różdżkę do góry, nie mając zamiaru oddawać tutaj życia, nawet jeśli deptał właśnie po krwi swojego sprzymierzeńca i nie mogło to nie odbić na jego psychice żadnego śladu. Crow wpatrywał się więc dalej. W to jak drżała mu ręka, jak cofnął się o krok i tym samym nieco lepiej skrył się za framugą drzwi, omijając śmiercionośną żyłkę, ale nieświadomie udając się głębiej w przygotowane wcześniej miejsce walki. To musiał być ktoś stąd. Ktoś znający miejscowe legendy, ktoś zastanawiający się teraz głęboko, czy kompletna porażka w rzucie nożem była faktyczną porażką, czy jednak elementem misternie skrojonego planu*. Ktoś, kto bał się śmierci i nie chciał wcale z nim rywalizować, bo zasłyszane plotki stawiały zaginionego przydupasa Fontaine w świetle czyniącym go kimś, z kim nie było warto stawać do równej walki.
I to było to.
Zmrużył te swoje smutne oczy. Nie poruszył głową, chociaż już planował w którym miejscu powinien zeskoczyć na ulicę.
Ten idiota nie chciał umierać. To wcale nie legendy o morderczym Crowie sprawiały, że wygra tę walkę. Zwycięży to, choćby miał przypłacić to zdrowiem, bo śmierć była mu obojętna. Niech przyjdzie! Laurent poradzi sobie bez niego, a on będzie mógł dołączyć do Caina w nicości. Koniec nie był nigdy jego wrogiem, nigdy nie lękał się chwili, w której człowiek orientuje się, że odchodzi i nic więcej go już nie czeka. Nicość oznaczała spokój. Nie miał szans na zaznanie go za życia – więc powita go kiedyś jak najlepszego przyjaciela.
Ale jeszcze nie teraz. Najpierw spróbuje wyrwać temu chujowi język.
Łup.
Skoczył na bruk, a powietrze przeciął świst różdżki i rzucanego przez Śmierciożercę zaklęcia tworzącego tarczę.
Odkryj wiadomość pozafabularną
Zdradziwszy swoją pozycję, w pełni świadom tego, że drżenie ręki mógł przypłacić własną śmiercią, Crow stał na tym murku i wpatrywał się w tego cholernego kleszcza w niemalże bezruchu. Zgodnie z przewidywaniem Śmierciożerca odwrócił się w jego kierunku i uniósł różdżkę do góry, nie mając zamiaru oddawać tutaj życia, nawet jeśli deptał właśnie po krwi swojego sprzymierzeńca i nie mogło to nie odbić na jego psychice żadnego śladu. Crow wpatrywał się więc dalej. W to jak drżała mu ręka, jak cofnął się o krok i tym samym nieco lepiej skrył się za framugą drzwi, omijając śmiercionośną żyłkę, ale nieświadomie udając się głębiej w przygotowane wcześniej miejsce walki. To musiał być ktoś stąd. Ktoś znający miejscowe legendy, ktoś zastanawiający się teraz głęboko, czy kompletna porażka w rzucie nożem była faktyczną porażką, czy jednak elementem misternie skrojonego planu*. Ktoś, kto bał się śmierci i nie chciał wcale z nim rywalizować, bo zasłyszane plotki stawiały zaginionego przydupasa Fontaine w świetle czyniącym go kimś, z kim nie było warto stawać do równej walki.
I to było to.
Zmrużył te swoje smutne oczy. Nie poruszył głową, chociaż już planował w którym miejscu powinien zeskoczyć na ulicę.
Ten idiota nie chciał umierać. To wcale nie legendy o morderczym Crowie sprawiały, że wygra tę walkę. Zwycięży to, choćby miał przypłacić to zdrowiem, bo śmierć była mu obojętna. Niech przyjdzie! Laurent poradzi sobie bez niego, a on będzie mógł dołączyć do Caina w nicości. Koniec nie był nigdy jego wrogiem, nigdy nie lękał się chwili, w której człowiek orientuje się, że odchodzi i nic więcej go już nie czeka. Nicość oznaczała spokój. Nie miał szans na zaznanie go za życia – więc powita go kiedyś jak najlepszego przyjaciela.
Ale jeszcze nie teraz. Najpierw spróbuje wyrwać temu chujowi język.
Łup.
Skoczył na bruk, a powietrze przeciął świst różdżki i rzucanego przez Śmierciożercę zaklęcia tworzącego tarczę.
Rzut Z 1d100 - 70
Sukces!
Sukces!
* – XDDDDDDDDDDD pozdrawiam każdego kto to czyta
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.