26.08.2026, 01:32 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.09.2026, 17:54 przez Septima Ollivander.)
Dłoń, która złapała ją za ramię, była wyjątkowo zimna.
Nie chłodna, zimna, i to zimnem niezrozumiałym, nie z tych, których człowiek nabiera od wiatru czy od strachu. Septima znała temperaturę materii, bo się nią żyło przy warsztacie. Mosiądz był zimniejszy od stali, stal od szkła, szkło od kości, a dłuto zostawione na parapecie na noc paliło w palce niczym lód. Ta ręka trzymała ją przez dwie warstwy materiału, a i tak przechodziła przez nie na wskroś, w środku wrześniowego pożaru, przy ogniu, który zlizywał farbę z szyldów po drugiej stronie ulicy. Zarejestrowała to sobie gdzieś z boku, w tej samej szufladzie, do której szły policzone oraz niepoliczone sęki i słoje, szufladę zamknęła, bo nie miała teraz czasu.
Ojciec kazał jej wracać przed zamknięciem okiennic. Powiedziała mu wtedy coś złośliwego o tym, że sam mógłby raz wyjść na powietrze, że może ona ma ochotę na spacer, albo na wieczorne towarzystwo, ale on tylko machnął ręką, jakby odganiał muchę. A teraz nie wiedziała czy wciąż żyje.
Żywica, którą kupiła, leżała teraz na bruku, rozdeptana, wmieszana w to, w co wsiąkał korzeń wilczej jagody.
— Ollivander — wyszeptała, a nazwisko wyszło z niej suche, dumne, jedyne wyraźne w całym tym bełkocie. — Garrick Ollivander. Pokątna dwadzieścia sześć. Jest w środku, w warsztacie.
Pył osiadał jej na rzęsach; przetarła oko wierzchem czystszej dłoni i zamiast węgla poczuła coś słodkawego i obcego. To nie była zwykła spalenizna.
Septima próbowała dalej. Tym razem, prawa noga poszła posłusznie, lewa dokleiła się do niej z opóźnieniem, ciężka, cudza, i całe biodro odezwało się jednym długim, tępym pociągnięciem, jak piła, która utknęła w rzazie. Znowu skurcz, orzekła w duchu, z pełnym przekonaniem człowieka, który wybiera sobie diagnozę zamiast ją przyjąć. Skurcz od upadku. Rozejdzie się, musi. Na pewno.
— Co z kominkami?
Mankiet Victorii wciąż był w jej palcach i Septima nie miała najmniejszego zamiaru go puścić.
— Podobno dwa dni temu w Berlinie — przełknęła głośno ślinę, ale ta ewidentnie zmieszała się z popiołem, więc Septima zaczęła nią spluwać. Zakręciło się jej w głowie i na moment zapomniała o czym w ogóle zaczęła mówić — mugole… mugole jednej frakcji bez ostrzeżenia wybili mugoli drugiej…
Uniosła głowę ku niebu.
Stuknięta głowa, szyba w ciele, może wstrząs mózgu, ale najwidoczniej instynkty rozchodziły się z całego ciała i do tego całego rozumu nie potrzebowała. Wiedziała czym są ataki terrorystyczne, nie musiała żadnego do tej pory widzieć, aby to poczuć.
— Kto jest celem?
Bo cel był. Ogień nigdy nie jest przypadkiem, ogień się rozpala, ktoś przykłada, ktoś dmucha, ktoś wybiera moment — wieczór. Za wcześnie, to sklepy jeszcze puste. Za późno, to okiennice już na haczykach. Ktoś to policzył. Ktoś stał nad tym z ołówkiem, ale o tym jeszcze tak wnikliwie nie myślała.
I nie jedna ulica. Horyzontalna i Pokątna naraz — więc nie porachunki, nie podpalony sklep konkurenta ani nie pijacka zemsta. Kto chce zabić jednego człowieka, nie pali dzielnicy. Kto pali dzielnicę, chce, żeby patrzono.
Uniosła głowę i dopiero teraz przyjrzała się aurorce naprawdę — twarzy z pierwszych stron, twarzy sprzed dziesięciu lat, ze szkolnego korytarza, gdzie ktoś taki mijał kogoś takiego jak ona bez jednego spojrzenia. I zobaczyła to, czego pewnie widzieć nie miała — że Victoria co chwilę odrywa wzrok, przerzuca go nad jej ramieniem w tłum, po twarzach, i wraca dopiero z opóźnieniem. Nawet piękne aurorki miały rodziny, nawet piękne aurorki cierpiały, gdy płonęło całe miasto.
— Pani też kogoś szuka — powiedziała.
Nie było w tym pytania.
— Czy w takich chwilach warto jest ratować obcych, gdy kilka ulic dalej któryś z pani bliskich może akurat leżeć tak, jak ja leżałam?
Septima nawet w swoim stanie wiedziała, z czym wiązało się zadawanie takich pytań. I była absolutnie gotowa na każdą odpowiedź. Również na tę uczciwą, tę, której aurorzy nie powinni mówić głośno przy poszkodowanych. Że dopóki chodziło o kogoś swojego, to nie było warto.
Pył sypał się dalej, cierpliwie, jak mąka przez sito.
Nie chłodna, zimna, i to zimnem niezrozumiałym, nie z tych, których człowiek nabiera od wiatru czy od strachu. Septima znała temperaturę materii, bo się nią żyło przy warsztacie. Mosiądz był zimniejszy od stali, stal od szkła, szkło od kości, a dłuto zostawione na parapecie na noc paliło w palce niczym lód. Ta ręka trzymała ją przez dwie warstwy materiału, a i tak przechodziła przez nie na wskroś, w środku wrześniowego pożaru, przy ogniu, który zlizywał farbę z szyldów po drugiej stronie ulicy. Zarejestrowała to sobie gdzieś z boku, w tej samej szufladzie, do której szły policzone oraz niepoliczone sęki i słoje, szufladę zamknęła, bo nie miała teraz czasu.
Ojciec kazał jej wracać przed zamknięciem okiennic. Powiedziała mu wtedy coś złośliwego o tym, że sam mógłby raz wyjść na powietrze, że może ona ma ochotę na spacer, albo na wieczorne towarzystwo, ale on tylko machnął ręką, jakby odganiał muchę. A teraz nie wiedziała czy wciąż żyje.
Żywica, którą kupiła, leżała teraz na bruku, rozdeptana, wmieszana w to, w co wsiąkał korzeń wilczej jagody.
— Ollivander — wyszeptała, a nazwisko wyszło z niej suche, dumne, jedyne wyraźne w całym tym bełkocie. — Garrick Ollivander. Pokątna dwadzieścia sześć. Jest w środku, w warsztacie.
Pył osiadał jej na rzęsach; przetarła oko wierzchem czystszej dłoni i zamiast węgla poczuła coś słodkawego i obcego. To nie była zwykła spalenizna.
Septima próbowała dalej. Tym razem, prawa noga poszła posłusznie, lewa dokleiła się do niej z opóźnieniem, ciężka, cudza, i całe biodro odezwało się jednym długim, tępym pociągnięciem, jak piła, która utknęła w rzazie. Znowu skurcz, orzekła w duchu, z pełnym przekonaniem człowieka, który wybiera sobie diagnozę zamiast ją przyjąć. Skurcz od upadku. Rozejdzie się, musi. Na pewno.
— Co z kominkami?
Mankiet Victorii wciąż był w jej palcach i Septima nie miała najmniejszego zamiaru go puścić.
— Podobno dwa dni temu w Berlinie — przełknęła głośno ślinę, ale ta ewidentnie zmieszała się z popiołem, więc Septima zaczęła nią spluwać. Zakręciło się jej w głowie i na moment zapomniała o czym w ogóle zaczęła mówić — mugole… mugole jednej frakcji bez ostrzeżenia wybili mugoli drugiej…
Uniosła głowę ku niebu.
Stuknięta głowa, szyba w ciele, może wstrząs mózgu, ale najwidoczniej instynkty rozchodziły się z całego ciała i do tego całego rozumu nie potrzebowała. Wiedziała czym są ataki terrorystyczne, nie musiała żadnego do tej pory widzieć, aby to poczuć.
— Kto jest celem?
Bo cel był. Ogień nigdy nie jest przypadkiem, ogień się rozpala, ktoś przykłada, ktoś dmucha, ktoś wybiera moment — wieczór. Za wcześnie, to sklepy jeszcze puste. Za późno, to okiennice już na haczykach. Ktoś to policzył. Ktoś stał nad tym z ołówkiem, ale o tym jeszcze tak wnikliwie nie myślała.
I nie jedna ulica. Horyzontalna i Pokątna naraz — więc nie porachunki, nie podpalony sklep konkurenta ani nie pijacka zemsta. Kto chce zabić jednego człowieka, nie pali dzielnicy. Kto pali dzielnicę, chce, żeby patrzono.
Uniosła głowę i dopiero teraz przyjrzała się aurorce naprawdę — twarzy z pierwszych stron, twarzy sprzed dziesięciu lat, ze szkolnego korytarza, gdzie ktoś taki mijał kogoś takiego jak ona bez jednego spojrzenia. I zobaczyła to, czego pewnie widzieć nie miała — że Victoria co chwilę odrywa wzrok, przerzuca go nad jej ramieniem w tłum, po twarzach, i wraca dopiero z opóźnieniem. Nawet piękne aurorki miały rodziny, nawet piękne aurorki cierpiały, gdy płonęło całe miasto.
— Pani też kogoś szuka — powiedziała.
Nie było w tym pytania.
— Czy w takich chwilach warto jest ratować obcych, gdy kilka ulic dalej któryś z pani bliskich może akurat leżeć tak, jak ja leżałam?
Septima nawet w swoim stanie wiedziała, z czym wiązało się zadawanie takich pytań. I była absolutnie gotowa na każdą odpowiedź. Również na tę uczciwą, tę, której aurorzy nie powinni mówić głośno przy poszkodowanych. Że dopóki chodziło o kogoś swojego, to nie było warto.
Pył sypał się dalej, cierpliwie, jak mąka przez sito.
Kocham drewno i duże bicepsy.