27.08.2026, 13:09 ✶
Lydia rzeczywiście należała do tych panienek, które pozwalały swojemu spojrzeniu spoczywać na człowieku odrobinę dłużej niż nakazywałyby dobre maniery. Nie czyniła tego jednak z natrętnej ciekawości ani z tej próżnej żądzy, która kazała na przykład takim Fawleyom zaglądać pod cudze maski jedynie po to, aby później mogli chełpić się tym, co pod nimi znaleźli.
Uśmiech narzeczonego również nie był dla niej rzeczą tak prostą, jak zwykło się sądzić. Jeden pojawiał się na ustach z obowiązku, drugi z przyzwyczajenia, trzeci najrzadszy rodził się naprawdę i nie potrzebował żadnego usprawiedliwienia. Ostatecznie odkładała w pamięci jak drobne przedmioty do starego wyłożonego aksamitem pudełka bez potrzeby natychmiastowego wydawania sądu.
Oparła plecy o wysokie oparcie krzesła. Jej sylwetka pozostała wyprostowana, ale sztywność ramion zdradzała jeszcze resztki napięcia.
— Twoje przekonania dotyczące jedzenia… Podziwiam je. Nie rozumiem ich do końca, lecz podziwiam. Nie każdy ma odwagę mówić otwarcie o tym, co kładzie na własnym talerzu i z jakiego powodu. Tym bardziej nie każdy posiada dość śmiałości, aby sprzeciwić się tradycji, choćby chodziło o rzecz tak pozornie błahą jak… jedzenie. Twoja matka… twoja rodzina… nie miała z tym problemu? — słowa wydały się nie na miejscu. Pytanie posiadało w sobie niezręczność… Jak gdyby zapytała nie o sposób odżywiania, lecz o cenę, jaką człowiek musiał zapłacić za odmienność. Może zresztą właśnie o to jej chodziło.
Wspomnienie jednego z dawnych kandydatów przemknęło przez jej myśli nieproszone. On również twierdził niegdyś, że się o nią martwił. Później przyszły sugestie, że Whitecroft, rytuały i seanse nazbyt ją wyczerpują, więc powinna ograniczyć swoje zaangażowanie, przynajmniej na czas przygotowań. Lydia pamiętała, jak szybko sprawiła, że przestał być kandydatem.
Od kilku dni rzeczywiście towarzyszyło jej zmęczenie. Sny odbierały jej nocami więcej sił, a granica pomiędzy snem i jawą stawała się cienka. Nie były to jednak rzeczy, które należało wyznawać przy wspólnej kolacji. Pewnych tajemnic nie wypowiadało się nawet przed tymi, z którymi miało się dzielić dom. W związku z tym, uśmiechnęła się jedynie łagodnie.
— Czuję się dobrze. Nie sądzę byśmy musieli jeszcze uciekać. Jakie wymówki stosujesz? Podasz mi przykład?
Uśmiech narzeczonego również nie był dla niej rzeczą tak prostą, jak zwykło się sądzić. Jeden pojawiał się na ustach z obowiązku, drugi z przyzwyczajenia, trzeci najrzadszy rodził się naprawdę i nie potrzebował żadnego usprawiedliwienia. Ostatecznie odkładała w pamięci jak drobne przedmioty do starego wyłożonego aksamitem pudełka bez potrzeby natychmiastowego wydawania sądu.
Oparła plecy o wysokie oparcie krzesła. Jej sylwetka pozostała wyprostowana, ale sztywność ramion zdradzała jeszcze resztki napięcia.
— Twoje przekonania dotyczące jedzenia… Podziwiam je. Nie rozumiem ich do końca, lecz podziwiam. Nie każdy ma odwagę mówić otwarcie o tym, co kładzie na własnym talerzu i z jakiego powodu. Tym bardziej nie każdy posiada dość śmiałości, aby sprzeciwić się tradycji, choćby chodziło o rzecz tak pozornie błahą jak… jedzenie. Twoja matka… twoja rodzina… nie miała z tym problemu? — słowa wydały się nie na miejscu. Pytanie posiadało w sobie niezręczność… Jak gdyby zapytała nie o sposób odżywiania, lecz o cenę, jaką człowiek musiał zapłacić za odmienność. Może zresztą właśnie o to jej chodziło.
Wspomnienie jednego z dawnych kandydatów przemknęło przez jej myśli nieproszone. On również twierdził niegdyś, że się o nią martwił. Później przyszły sugestie, że Whitecroft, rytuały i seanse nazbyt ją wyczerpują, więc powinna ograniczyć swoje zaangażowanie, przynajmniej na czas przygotowań. Lydia pamiętała, jak szybko sprawiła, że przestał być kandydatem.
Od kilku dni rzeczywiście towarzyszyło jej zmęczenie. Sny odbierały jej nocami więcej sił, a granica pomiędzy snem i jawą stawała się cienka. Nie były to jednak rzeczy, które należało wyznawać przy wspólnej kolacji. Pewnych tajemnic nie wypowiadało się nawet przed tymi, z którymi miało się dzielić dom. W związku z tym, uśmiechnęła się jedynie łagodnie.
— Czuję się dobrze. Nie sądzę byśmy musieli jeszcze uciekać. Jakie wymówki stosujesz? Podasz mi przykład?
Nie każ mi odchodzić, moja gwiazdo
Królestwo można utracić,
świątynię można spalić,
imię można wymazać z ksiąg,
lecz cóż pocznie niewiasta, która straciła gwiazdę,
wedle której znała drogę?
Królestwo można utracić,
świątynię można spalić,
imię można wymazać z ksiąg,
lecz cóż pocznie niewiasta, która straciła gwiazdę,
wedle której znała drogę?