27.08.2026, 14:56 ✶
Adrian, choć nie wyglądał, był całkiem wysportowany. Codziennie biegał, za to w dzieciństwie dużo pływał, przynajmniej w wakacje, gdy rodzice zabierali go w jakieś przyjazne dla fanatyka pływania miejsca. Może i w quidditcha w szkole nie grywam jeśli nie musiał, ale zawsze uważał to za idiotyczne, gdy ktoś wyśmiewał jego brak umiejętności w dziedzinie miotlarstwa. Dzieciaki, które tak mówiły, musiały mieć zamknięty umysł, a przynajmniej zawsze tak o nich myślał. W końcu musiał sobie jakoś radzić z tym, że mu dokuczali ze względu na jego mugolskie pochodzenie.
W pływaniu w rzece nie miał doświadczenia, dlatego w środku czuł wybierając adrenalinę, która pompowała do jego żył tę odwagę w najczystszej postaci. Jednak gdy już stanął z powrotem na moście i zobaczył ze szef biegnie w jego stronę, zaczął się czuć… gorzej. Zaczynał czuć ten ziąb, który wydawał się mrozić mu kończyny, choć przecież jeszcze mrozu nie było. Gdy Robert okrył go swoim designerskim płaszczem, zrobiło mu się cholernie głupio. Przede wszystkim uważał, że na taki gest nie zasługiwał, ale… było to miłe. I zaskakujące, bo od razu zaczęło mu się robić cieplej. Miał wrażenie, że kundelki również, bo przestał się trząść w jego ramionach. Instynktownie pogłaskał go pod brodą i dopiero wtedy dotarło do niego, co Crouch powiedział. Zmarszczył więc brwi, zaskoczony, ale też niepewny.
– Ja… – zaczął, ale zanim kontynuował, przełknąć gulasz rosnącą mu w gardle z nerwów. – Ja nie wiem czy dam radę, Robercie. Nigdy nie zajmowałem się psem – odpowiedział, ale w gruncie rzeczy się ucieszył. Tylko że faktycznie nie wiedział czego taki psiak potrzebuje oprócz ciepłego miejsca do spania, bezpieczeństwa, jedzenia i zabawy. Mycie zębów? Czesanie? Obcinanie pazurków? Czuł się jak dzieciak, który nie wie nic o świecie, ale w rzeczywistości zawsze miał tylko sowy. Raz, jak był małym chłopcem, ojciec kupił mu chomika, ale wszyscy wiemy jak wygląda posiadanie chomika w dzieciństwie. Historia z nim związana była zwyczajnie przykra i Adrian nie chciał o niej nawet myśleć. Jednak pies… Cóż, może mogli sobie nawzajem pomoc. Psiak potrzebował opieki i swojego człowieka, a Norwid potrzebował czyjejś obecności w domu, nawet jeśli miał to być szczekający i merdający całym sobą na jego widok zwierzak. Mimowolnie się uśmiechnął, przekonany głównie swoimi przemyśleniami.
Kiwnął głową, zgadzając się z Crouchem w kwestii wezwania klątwołamaczy. Sam już tak do przekleństw szefa przywykł, że mu ono kompletnie umknęło, sam przecież niekiedy klął jak szewc. Nic jednak nie powiedział, bo wiedział, że zgłoszenie tego jest jedyną logiczną opcją. Dlatego stwierdził, że nawiąże do swoich wcześniejszych rozmyślań.
– Myślę, że powrót jednym świstoklikiem będzie wciąż dobrym pomysłem. Przynajmniej po drodze opowiesz mi więcej o tym, jak się takim maluchem zajmować – powiedział i zakaszlał. Oj. Bedzie musiał wypić jakieś ziółka.
W pływaniu w rzece nie miał doświadczenia, dlatego w środku czuł wybierając adrenalinę, która pompowała do jego żył tę odwagę w najczystszej postaci. Jednak gdy już stanął z powrotem na moście i zobaczył ze szef biegnie w jego stronę, zaczął się czuć… gorzej. Zaczynał czuć ten ziąb, który wydawał się mrozić mu kończyny, choć przecież jeszcze mrozu nie było. Gdy Robert okrył go swoim designerskim płaszczem, zrobiło mu się cholernie głupio. Przede wszystkim uważał, że na taki gest nie zasługiwał, ale… było to miłe. I zaskakujące, bo od razu zaczęło mu się robić cieplej. Miał wrażenie, że kundelki również, bo przestał się trząść w jego ramionach. Instynktownie pogłaskał go pod brodą i dopiero wtedy dotarło do niego, co Crouch powiedział. Zmarszczył więc brwi, zaskoczony, ale też niepewny.
– Ja… – zaczął, ale zanim kontynuował, przełknąć gulasz rosnącą mu w gardle z nerwów. – Ja nie wiem czy dam radę, Robercie. Nigdy nie zajmowałem się psem – odpowiedział, ale w gruncie rzeczy się ucieszył. Tylko że faktycznie nie wiedział czego taki psiak potrzebuje oprócz ciepłego miejsca do spania, bezpieczeństwa, jedzenia i zabawy. Mycie zębów? Czesanie? Obcinanie pazurków? Czuł się jak dzieciak, który nie wie nic o świecie, ale w rzeczywistości zawsze miał tylko sowy. Raz, jak był małym chłopcem, ojciec kupił mu chomika, ale wszyscy wiemy jak wygląda posiadanie chomika w dzieciństwie. Historia z nim związana była zwyczajnie przykra i Adrian nie chciał o niej nawet myśleć. Jednak pies… Cóż, może mogli sobie nawzajem pomoc. Psiak potrzebował opieki i swojego człowieka, a Norwid potrzebował czyjejś obecności w domu, nawet jeśli miał to być szczekający i merdający całym sobą na jego widok zwierzak. Mimowolnie się uśmiechnął, przekonany głównie swoimi przemyśleniami.
Kiwnął głową, zgadzając się z Crouchem w kwestii wezwania klątwołamaczy. Sam już tak do przekleństw szefa przywykł, że mu ono kompletnie umknęło, sam przecież niekiedy klął jak szewc. Nic jednak nie powiedział, bo wiedział, że zgłoszenie tego jest jedyną logiczną opcją. Dlatego stwierdził, że nawiąże do swoich wcześniejszych rozmyślań.
– Myślę, że powrót jednym świstoklikiem będzie wciąż dobrym pomysłem. Przynajmniej po drodze opowiesz mi więcej o tym, jak się takim maluchem zajmować – powiedział i zakaszlał. Oj. Bedzie musiał wypić jakieś ziółka.