Mroczny Znak wisiał nad domem, wyznaczając kres tragedii, która się w nim odegrała. Atreus zadarł na moment głowę ku górze, wpatrując się w skłębiony, zielonkawy obłok, formujący w czaszkę i przecinającego ją węża. Gdyby nie to, jak w poważnej sytuacji się znajdowali, auror pewnie bardzo chętnie podzieliłby się ze swoim starszym kolegą przemyśleniami, jakie właśnie chodziły mu po głowie; tego typu znaczki, to się lubiło w szkole. Wtedy każdy ze slytherinu lubił węże i zgniłą zieleń, jakby od tego miało zależeć jego życie. Bulstrode więc miał już w głowie zakolejkowanych parę tekstów odnośnie tego, że Voldemort najwyraźniej zatrzymał się mentalnie na wieku szkolnym, albo tak cholernie kochał wszystkie węże (tu obowiązkowe nawiązanie do tych u kolegów w spodniach) że nie mógł sobie poradzić w dorosłym życiu.
Zamiast żarcików młodego mężczyzny, była tylko pełna wyczekiwania cisza, aż osoby które znajdowały się w budynku dadzą znać życia. Albo zaczną posyłać w ich stronę zaklęcia. Nigdy nie można było mieć stu procentowej pewności odnośnie tego, jak potoczą się podobne sytuacje. Dlatego Atreus zawsze wolał człowieka widzieć. Widzieć i oglądać sobie otaczające go kolory, tak by dzięki temu móc zareagować może odrobinkę wcześniej i lepiej.
— Tylko powoli — uprzedził blondyn. Różdżka została uniesiona, z resztą, jego towarzysz zrobił dokładnie to samo, bo nie ważne ile zapewnień można było w życiu usłyszeć, albo jak bardzo chcieć wierzyć w to, ze faktycznie byli to cywile, czasem można było się okropnie wręcz zdziwić.
Pierwszy pojawił się mężczyzna, a za nim pojawiła się kobieta. Atreus przyglądał im się przez chwilę badawczo, dopatrując się wszelkich przejawów nieszczerości z ich strony, ale otulające ich kolory działały uspokajająco. Sytuacja co prawda wciąż była napięta, ale przynajmniej wydawało się, że mówili prawdę. Byli cywilami. Zerknęli na siebie porozumiewawczo, zanim różdżki aurorów opuściły się nieco.
— Zajmij się nimi — zaordynował ten starszy, przez chwilę patrząc tylko w ciemność zionącą z wnętrza budynku, zanim nie zanurzył się z nim. Powoli, ostrożnie, jakby niebezpieczeństwo wciąż mogło kryć się gdzieś po kątach.
— Co państwo robili w środku? — zapytał bez ogródek, zbliżając się do nich, z różdżką wciąż w ręku, ale opuszczoną całkowicie. — Wydaje mi się, ze są państwo cali, mam rację? Widzieli państwo zajście i chcieli sprawdzić…?