31.08.2026, 09:04 ✶
– Wydaje mi się, że się z tym uporałam… tyle że przyznaję, że za bardzo tego nie testowałam i cóż, zaraz się przekonamy, czy mam rację? – powiedziała Brenna, bo w końcu miała tu spróbować „rozmowy z przedmiotem”. Tymczasem jednak opadła na podłogę, i w wilczej postaci przemierzała pomieszczenie, szukając tropów.
Zapach, niewyczuwalny dla człowieka, wręcz wwiercał się w wilcze nozdrza. Wilczy węch był czuły, i liczyła, że pochwyci wonie i po takim czasie, ale był na tyle mocny, że Brenna od razu miała pewność: Victoria się nie myliła. Wyhodowanie tych madragor miało coś wspólnego z nekromancją.
Manipulacja siłami życiowymi…
Zbliżyła się do ściany, siedziała przed nią przez chwilę, przekrzywiając wilczą głowę, co pewnie wyglądało albo zabawnie, albo nienaturalnie, bo to co za zwierzak, tak zaintrygowany ścianą, a potem znów stała się sobą.
– Ładne perfumy – rzuciła: sama celowo dziś żadnych nie użyła, ale te Viki były dużo słabsze od cuchnącego odoru czarnej magii. Na klęczkach przesunęła się wzdłuż ściany. Zaczęła od jej opukiwania, sprawdzając, czy dźwięk będzie inny niż kawałek dalej. – Nie wiem, czego użyto do wyhodowania tak wielkich madragor, ale nie zdziwiłabym się, gdyby podlewano je krwią i nawożono zwłokami. Rzuć tu proszę zaklęcie rozpraszające – dodała. Wprawdzie wątpiła, aby to było tak proste, by samo rozproszenie mogło wystarczyć, jeśli tu coś się kryło, to prawdopodobnie lepiej zamaskowane, może jakimiś mechanizmami, ale warto było spróbować. – Zapach robi się najsilniejszy tutaj, nie przy drzwiach, więc coś mi nie gra – wyjaśniła, nie odrywając spojrzenia od muru, nie dostrzegła więc na razie, co znalazła Lestrange. Szukała… właściwie czegokolwiek. Jakiejś nierówności. Innego koloru. Zadrapań. Chropowatości, którą da się wyczuć pod palcem. Czy była zdziwiona albo podekscytowana, że być może kryło się tu jakieś przejście? Siedem lat spędziła w Hogwarcie i tam człowiek jakoś przywykł – do pokoi za obrazami, posągów, luster, ścian, kryjących różne tajemnice. Nie spodziewała się czegoś takiego w siedzibie towarzystwa, ale sam fakt tego, że takie przejście istnieje, jeśli faktycznie tu było, jej nie zdziwił. O nie. Bardziej zdumiewające było, że Mirabella Abbott albo o nim nie wiedziała, albo im o tym nie wspomniała.
Zapach, niewyczuwalny dla człowieka, wręcz wwiercał się w wilcze nozdrza. Wilczy węch był czuły, i liczyła, że pochwyci wonie i po takim czasie, ale był na tyle mocny, że Brenna od razu miała pewność: Victoria się nie myliła. Wyhodowanie tych madragor miało coś wspólnego z nekromancją.
Manipulacja siłami życiowymi…
Zbliżyła się do ściany, siedziała przed nią przez chwilę, przekrzywiając wilczą głowę, co pewnie wyglądało albo zabawnie, albo nienaturalnie, bo to co za zwierzak, tak zaintrygowany ścianą, a potem znów stała się sobą.
– Ładne perfumy – rzuciła: sama celowo dziś żadnych nie użyła, ale te Viki były dużo słabsze od cuchnącego odoru czarnej magii. Na klęczkach przesunęła się wzdłuż ściany. Zaczęła od jej opukiwania, sprawdzając, czy dźwięk będzie inny niż kawałek dalej. – Nie wiem, czego użyto do wyhodowania tak wielkich madragor, ale nie zdziwiłabym się, gdyby podlewano je krwią i nawożono zwłokami. Rzuć tu proszę zaklęcie rozpraszające – dodała. Wprawdzie wątpiła, aby to było tak proste, by samo rozproszenie mogło wystarczyć, jeśli tu coś się kryło, to prawdopodobnie lepiej zamaskowane, może jakimiś mechanizmami, ale warto było spróbować. – Zapach robi się najsilniejszy tutaj, nie przy drzwiach, więc coś mi nie gra – wyjaśniła, nie odrywając spojrzenia od muru, nie dostrzegła więc na razie, co znalazła Lestrange. Szukała… właściwie czegokolwiek. Jakiejś nierówności. Innego koloru. Zadrapań. Chropowatości, którą da się wyczuć pod palcem. Czy była zdziwiona albo podekscytowana, że być może kryło się tu jakieś przejście? Siedem lat spędziła w Hogwarcie i tam człowiek jakoś przywykł – do pokoi za obrazami, posągów, luster, ścian, kryjących różne tajemnice. Nie spodziewała się czegoś takiego w siedzibie towarzystwa, ale sam fakt tego, że takie przejście istnieje, jeśli faktycznie tu było, jej nie zdziwił. O nie. Bardziej zdumiewające było, że Mirabella Abbott albo o nim nie wiedziała, albo im o tym nie wspomniała.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.