— Bardzo słuszna idea. W sumie to sabat, a te należy spędzać w rodzinnym gronie, żeby człowiek pamiętał, że rodzina też jest ważna i aby poczuć jej ciepło — pokiwał głową, wyraźnie chwaląc to co mówiła. Jako ktoś, kto część życia spędził w sierocińcu, bliscy byli dla niego szczególnie ważni. Biologicznej rodziny nie posiadał, ale zamiast niej przygarnął sobie Moodych i nie zamieniłby ich na kogokolwiek innego.
— Tak, też nad tym myślałem. Jakieś niewielkie. Krótkie czy niegroźne, tak żeby nikt nie był poszkodowany, albo aby dzieci nie zrobiły sobie krzywdy — uśmiechnął się do Nory lekko. — Ogólnie rzecz ujmując, to pomyślałem sobie, że z otwarcia mojej restauracji zostało mi sporo pewnych typów słodkości, które nadałyby się tematycznie na Samhain. Z tego co pamiętam były to duszki i gwiazdki. Można by znowu zrobić taki miks smakołyków do wzięcia, co myślisz? — zapytał, ani na moment nie wyzbywając się tego pozytywnego wyrazu twarzy, człowieka zaangażowanego w rozmowę i szukającego myślami nowych wątków, które można by pod nią podczepić by rozwinąć plany dalej i dalej. Lubił myśleć z rozmachem, bo skoro już miał coś robić to po co się ograniczać?
— Gulasz? Albo jakaś bardzo gęsta zupa? Dyniowa to zawsze klasyk takich spotkań. W sumie skoro jest jesień i bardzo dużo z przygotowań oscylowało wokół drążenia warzyw, można je wykorzystać i jeszcze zaznaczyć, że wykorzystujemy to co zostało z lampionów by nic się nie zmarnowało. Grzańca też bardzo chętnie. Ah, jesienny albo zimowy sabat bez niego to niemalże grzech! — zaśmiał się, no ale kto nie lubił ciepłego winka z przyprawami, kiedy robiło się chłodno? Ano nikt, wszyscy to uwielbiali. — Robi nam się z tego potężne stanowisko. Bardziej taka przejezdna oberża. Tak sobie myślę, że trzeba będzie zorganizować parę takich długich, drewnianych stołów z ławeczkami, dla samego jedzenia. Żeby to wspólne robienie i jedzenie się ze sobą nie pomieszało aż tak. Niektórzy lubią zjeść w spokoju.