– Ani to, ani to – przyznała i uśmiechnęła się lekko pod nosem. – Jestem uzdrowicielką, powiedzmy na prywatnej praktyce. Nie przyjmuję w żadnym gabinecie, ale jestem zatrudniona na wykopaliskach archeologicznych – wyjaśniła. Oczywiście, gdy przybyła do Anglii do pracy, to złożyła w Ministerstwie potrzebne dokumenty i certyfikaty i uprawnienia, żeby móc legalnie wykonywać tutaj swoją pracę. Nie chciała ściągać problemów na grupę archeologiczną, ani ogólnie na swoich znajomych czy bliskich, bo zresztą czemu by miała, skoro faktycznie studiowała w Egipcie, ukończyła naukę, zdała egzaminy i tak dalej. Była wykwalifikowanym uzdrowicielem, a nie żadnym znachorem czy oszustką. – Dużo pracuję więc w terenie, w warunkach polowych – dodała jeszcze gwoli wyjaśnienia. – Jestem też normalnym członkiem ekipy, bo skończyłam też kursy historyczne i jestem wykwalifikowanym archeologiem – wiedziała, jak się obchodzić z różnymi znaleziskami, jak się poruszać po obszarze wykopalisk, jaką wartość mają rzeczy, które odkopywali i tak dalej. Uczyła się tego z pasji. A jej specjalnością były… stare wróżby i przepowiednie, symbolika i do pewnego stopnia wierzenia.
Nie znała się na chińskich wróżbitach, nie zauważyła więc nic dziwnego w zachowaniu wieszczki, przyjmując być może jej sposób bycia jako dziwactwo, albo element przedstawienia. A ostatecznie oboje odeszli z ciasteczkiem, więc chyba dobrze robiła swoje.
– Dziękuję – odparła gładko i zerknęła przelotnie na Hannibala, będącego niemal jej wzrostu. Przywykła do tego, że w większości nie musi zadzierać głowy, gdy chciała na kogoś spojrzeć. A chwilę później westchnęła i jasnobrązowe oczy wbiła w drogę przed nimi. Przez moment nie widziała, dokąd idą (a gdzieś na granicy podświadomości kołatało jej się, że miała kupić te czekoladki), we wspomnieniach zadźwięczał jej huk i podniesione głosy, które jednak nie mówiły nic konkretnego. Widziała to jak przez mgłę. Zamrugała kilka razy, chcąc się jakoś z tego otrząsnąć. – Prawdę mówiąc… Zorientować się było dość prosto, tylko że uparcie nie przyjmowałam tego do wiadomości – powiedziała w końcu i raz jeszcze westchnęła. – Były… znaki. Miałam sny. O rzeczach, których wcześniej nie widziałam, o zdarzeniach, które się nie wydarzyły. Przeczucia, że coś będzie miało miejsce… Aż w końcu te rzeczy się działy, w sekwencjach jakie pamiętałam ze snów. Miejsca, których nie widziałam, okazały się rzeczywiste… – mówiła. I choć nie powiedziała wprost, że chodziło o widzenie przyszłości, to sądziła, że to wynika z kontekstu. – Zawsze myślałam o tym, jak o ciężarze. Nigdy nie chciałam, żeby… – żeby okazało się, że jednak odziedziczyła po rodzinie matki Oko Horusa. Żeby przebudzić ten „dar” – lub przekleństwo jak sądziła… chociaż ostatnie wydarzenia kazały jej spojrzeć na to nieco inaczej. – Więc… Próbuję to jakoś… przetrawić – zakończyła może nieco kulawo, a gdy Hannibal dostał się do swojej części wróżby, rozchmurzyła się nieco. – Beczka mówi o tym, że czeka cię jakieś przyjęcie. Może spotkanie rodzinne? Impreza z przyjaciółmi? – podsunęła.