02.09.2026, 18:43 ✶
Niewiele ta sprawa Helloise poruszyła. Nie nawykła była kobieta do mszczenia się na ludziach czyniących krzywdy przypadkiem bądź w jakim afekcie, bez intencji wyrządzenia jej nieprzyjemności. Potrafiła zrozumieć wypadek, wystarczała jej za zadośćuczynienie skrucha. Nawet gdy mężczyźni w zawoalowany sposób pokpiwali sobie z wiary, robili to w sposób tak naiwny, tak ignorancki, że żal jej było na starych głupców gniewu. Z przykrością odkrywała zawsze charaktery tych z wiekowych czarodziejów, którzy w swoim czasie na ziemi zamiast posiąść mądrość, posiedli demencję. Bądź alkoholizm, bądź awanturnictwo. Widok należał do smutnych.
— Modlę się, dziaduniu, aby to butelka przez ciebie przemawiała — odrzekła, wyczuwszy prześmiewczy ton w sformułowaniu pani wierząca.
W jej łagodnej uprzejmości próżno było jednak szukać pokory i uniżoności. Traktowała staruszków z dobrotliwą pobłażliwością, jak dwoje ograniczonych, bo takimi właśnie musiały być ich znękane starością umysły.
Tymczasem Edith zdecydowała się dołączyć do zamieszania. Lyshard przyjął jej kroki i słowa z niesmakiem. W poważaniu miał zdanie zarozumiałych dziewcząt i spodziewał się, że Rookwoodówna spłoszona odejdzie, a tu smarkula zdecydowała się mu odwinąć. Spojrzał na nią z dezaprobatą. Osadzone głęboko pod siwiutkimi, krzaczastymi brwiami oczka starca błyszczały alkoholowym wzburzeniem. Starał się w przeciwieństwie do zapieklonego kolegi trzymać fason i kreować się na eleganta… którym być może był tę flaszkę i dwadzieścia lat wcześniej.
— Dlaczego dywagujemy? Panią to dziwi? To ja powinienem pytać, czemu młodzież nie dywaguje częściej — odparł protekcjonalnie, wykonując parę gestów laseczką dla podkreślenia wagi pytania. — Młodzież się nie interesuje polityką i potem mamy takich leachów u władzy.
Święte przekonanie Lysharda o jego błędnych wszak racjach niezmiennie jątrzyło Ezoteriusza. Osioł nie miał pojęcia, o czym mówi, do stu piorunów! Ezoteriusz nie miał nawet kiedy zabrać głosu, bo niezrażony kolega z laseczką kontynuował na ich wspólną obronę:
— Nerwik czasem poniesie. Zdarza się, a pani nam przecież za złe nie ma, tak? — Wbił w Helloise wyczekujący wzrok.
Po wstępnym braku reakcji odchrząknął znacząco.
Helloise zajmowało bowiem oglądanie stojącej obok Edith. Całkiem przyjemna dla oka była z niej istotka, mimo że jakaś bladawa. Częsta przypadłość ludzi miastowo-salonowych, i za salonową właśnie wzięła ją wiedźma, która umiała rozpoznać, kiedy kto nosił drogie szaty, nawet jeśli bogactwo nie było ostentacyjne. Lubiła takie salonowe istoty badać, jeśli tylko trafiała się po temu okazja. Mimo że żyła z dala od socjety, chętnie poznawała jej kondycję duchową. Zwykle z takich spotkań potrafiła wyciągnąć coś, czego później używała, aby dokonywać nieuprawnionych uogólnień wobec całej współczesnej arystokracji.
Poza tym: lubiła mieć towarzystwo, szczególnie ładne towarzystwo, którym mogła nakarmić oczy.
— Cieszę się jedynie, że mamy tak pełnych energii starszych — odpowiedziała czarownica po przedłużonej ciszy.
I wówczas padło zapewnienie Edith, że Jenkins jest krwi czystej. Sama Helloise również tak sądziła, lecz nie interesowała się tematem wystarczająco, by stwierdzić to z tą samą pewnością, co Edith. Żaden Minister by jej nie zadowolił, więc po co na próżno zawracać sobie głowę? Lecz Ezoteriusz! Ach, dziadyga czekał tylko na potwierdzenie stanowiska, które forsował od początku.
— A! A! — zakrzyknął triumfalnie, patrząc na kolegę ze swojej zwycięskiej pozycji. — Ta młodzież lepiej douczona niż ty.
Lyshard fuknął oburzony, zadzierając dumnie podbródek.
— Mój wnuk… jak wiesz, wysoko postawiony urzędnik Departamentu Skarbu… — otworzył swoją kontrę, lecz drugi ze starców, puszący się wciąż wygraną, wszedł mu od razu w słowo:
— Twój wnuk… — I z pewnością miał coś wielce ciekawego do powiedzenia o wnuku, lecz ich dalsza sprzeczka toczyła się już poza uwagą kobiet.
Helloise zbyła uśmiechem zmartwienie Edith o jej stan.
— Gdyby stała się krzywda, byłoby może wtedy za co się odpłacać, ale to tu to zupełnie niegroźny wypadek, a ja nie potrzebuję troski od dwóch pijanych starców — zaśmiała się nisko. Wiedźma rozejrzała się po ulicy. Nikt już niemal nie zwracał na zajście uwagi. Dotknęła więc łokcia Rookwoodówny, zachęcając ją tym drobnym gestem i wymownym spojrzeniem, aby przeszła się z nią kawałek. — Zostawmy ich sobie — powiedziała cicho, po czym zrobiła w aleję prowadzącą ku Whitecroft Street kilka kroków, aby się przekonać, czy nieznajoma przyjmie zaproszenie. — Więc nie przepadasz za mężczyznami? — zapytała, z jakimś nieodgadnionym rozbawieniem przyjmując ostatni komentarz Edith.
— Modlę się, dziaduniu, aby to butelka przez ciebie przemawiała — odrzekła, wyczuwszy prześmiewczy ton w sformułowaniu pani wierząca.
W jej łagodnej uprzejmości próżno było jednak szukać pokory i uniżoności. Traktowała staruszków z dobrotliwą pobłażliwością, jak dwoje ograniczonych, bo takimi właśnie musiały być ich znękane starością umysły.
Tymczasem Edith zdecydowała się dołączyć do zamieszania. Lyshard przyjął jej kroki i słowa z niesmakiem. W poważaniu miał zdanie zarozumiałych dziewcząt i spodziewał się, że Rookwoodówna spłoszona odejdzie, a tu smarkula zdecydowała się mu odwinąć. Spojrzał na nią z dezaprobatą. Osadzone głęboko pod siwiutkimi, krzaczastymi brwiami oczka starca błyszczały alkoholowym wzburzeniem. Starał się w przeciwieństwie do zapieklonego kolegi trzymać fason i kreować się na eleganta… którym być może był tę flaszkę i dwadzieścia lat wcześniej.
— Dlaczego dywagujemy? Panią to dziwi? To ja powinienem pytać, czemu młodzież nie dywaguje częściej — odparł protekcjonalnie, wykonując parę gestów laseczką dla podkreślenia wagi pytania. — Młodzież się nie interesuje polityką i potem mamy takich leachów u władzy.
Święte przekonanie Lysharda o jego błędnych wszak racjach niezmiennie jątrzyło Ezoteriusza. Osioł nie miał pojęcia, o czym mówi, do stu piorunów! Ezoteriusz nie miał nawet kiedy zabrać głosu, bo niezrażony kolega z laseczką kontynuował na ich wspólną obronę:
— Nerwik czasem poniesie. Zdarza się, a pani nam przecież za złe nie ma, tak? — Wbił w Helloise wyczekujący wzrok.
Po wstępnym braku reakcji odchrząknął znacząco.
Helloise zajmowało bowiem oglądanie stojącej obok Edith. Całkiem przyjemna dla oka była z niej istotka, mimo że jakaś bladawa. Częsta przypadłość ludzi miastowo-salonowych, i za salonową właśnie wzięła ją wiedźma, która umiała rozpoznać, kiedy kto nosił drogie szaty, nawet jeśli bogactwo nie było ostentacyjne. Lubiła takie salonowe istoty badać, jeśli tylko trafiała się po temu okazja. Mimo że żyła z dala od socjety, chętnie poznawała jej kondycję duchową. Zwykle z takich spotkań potrafiła wyciągnąć coś, czego później używała, aby dokonywać nieuprawnionych uogólnień wobec całej współczesnej arystokracji.
Poza tym: lubiła mieć towarzystwo, szczególnie ładne towarzystwo, którym mogła nakarmić oczy.
— Cieszę się jedynie, że mamy tak pełnych energii starszych — odpowiedziała czarownica po przedłużonej ciszy.
I wówczas padło zapewnienie Edith, że Jenkins jest krwi czystej. Sama Helloise również tak sądziła, lecz nie interesowała się tematem wystarczająco, by stwierdzić to z tą samą pewnością, co Edith. Żaden Minister by jej nie zadowolił, więc po co na próżno zawracać sobie głowę? Lecz Ezoteriusz! Ach, dziadyga czekał tylko na potwierdzenie stanowiska, które forsował od początku.
— A! A! — zakrzyknął triumfalnie, patrząc na kolegę ze swojej zwycięskiej pozycji. — Ta młodzież lepiej douczona niż ty.
Lyshard fuknął oburzony, zadzierając dumnie podbródek.
— Mój wnuk… jak wiesz, wysoko postawiony urzędnik Departamentu Skarbu… — otworzył swoją kontrę, lecz drugi ze starców, puszący się wciąż wygraną, wszedł mu od razu w słowo:
— Twój wnuk… — I z pewnością miał coś wielce ciekawego do powiedzenia o wnuku, lecz ich dalsza sprzeczka toczyła się już poza uwagą kobiet.
Helloise zbyła uśmiechem zmartwienie Edith o jej stan.
— Gdyby stała się krzywda, byłoby może wtedy za co się odpłacać, ale to tu to zupełnie niegroźny wypadek, a ja nie potrzebuję troski od dwóch pijanych starców — zaśmiała się nisko. Wiedźma rozejrzała się po ulicy. Nikt już niemal nie zwracał na zajście uwagi. Dotknęła więc łokcia Rookwoodówny, zachęcając ją tym drobnym gestem i wymownym spojrzeniem, aby przeszła się z nią kawałek. — Zostawmy ich sobie — powiedziała cicho, po czym zrobiła w aleję prowadzącą ku Whitecroft Street kilka kroków, aby się przekonać, czy nieznajoma przyjmie zaproszenie. — Więc nie przepadasz za mężczyznami? — zapytała, z jakimś nieodgadnionym rozbawieniem przyjmując ostatni komentarz Edith.
dotknij trawy