03.09.2026, 12:14 ✶
Świat wokół mnie nagle postanowił obrócić się o jakieś dziewięćdziesiąt stopni w prawo, więc musiałam naprawdę mocno wbić obcasy w mokry bruk Chinatown, żeby nie wylądować twarzą w jakiejś obrzydliwej kałuży, nie byłam już pewna, ile właściwie przeszłyśmy od momentu, w którym „Dziupla” wyrzuciła nas na ulicę, ani ile razy po drodze zgubiłam rytm własnych kroków, ale z jakiegoś powodu wciąż wydawało mi się, że poruszałyśmy się całkiem sprawnie, co oczywiście było bardzo odważnym założeniem z mojej strony, zważywszy na to, że kiedy próbowałam oprzeć się plecami o ścianę obok Prudence, minęłam przyjaciółkę o dobre pół metra i prawie przytuliłam rynnę.
- Nieee, mam swojego. Gdzieś. - Poklepałam kieszeń płaszcza, potem drugą, potem jeszcze raz pierwszą, jakby papierosy mogły się tam na powrót pojawić wyłącznie pod wpływem odpowiednio intensywnego poszukiwania. - Mia-am. Na pewno miałam. Chyba wypali–am. Albo zgubiłam. Albo… Ty masz, to w sumie prawie jakbym ja mia-a. To daaj… Daasz? Źsięki. - Pociągnęłam nosem, wyciągnąwszy ku niej rękę i popatrzyłam na nią z najgłębszym, najbardziej poetyckim szacunkiem, na jaki było mnie w tej chwili stać, chociaż jej twarz rozmywała mi się w potrójny, mglisty kontur, a bez mrużenia oczu sylwetka przypominała wielką, lekko drżącą na krawędziach plamę czerni na tle jaskrawych neonów Chinatown.
Przez chwilę milczałam, wpatrując się w mokrą ulicę, wszystko było trochę zbyt jasne, trochę zbyt ruchome i zdecydowanie za bardzo interesujące, biorąc pod uwagę to, że od pewnego czasu musiałam świadomie przypominać sobie, że należało utrzymywać ciało w pionie. Oparłam łokieć o parapet, próbując przetworzyć wszystkie słowa, które właśnie wypowiedziała, chociaż część z przekazu zdążyła mi się po drodze gdzieś zgubić i wrócić dopiero po chwili pod postacią ciągu urywanych haseł, ale tym razem bliżej zrozumiałości - „Morgana”, „kobiety rządzą światem”, „nadszedł ten dzień” i „tatuasz” układały mi się w głowie w bardzo logiczną całość, której prawdopodobnie nie potrafiłabym odtworzyć następnego ranka, lecz co z tego, skoro byłyśmy tu dzisiaj i był już naprawdę późny wieczór.
- Tak. Tak, oczywiście, ższe to znak. To jest bardzo wyaźśny znak. - Przymrużyłam oczy w stronę studia, chociaż obraz przed nimi trochę mi się przesuwał - Morgana raczej nie wysyłała ludziom znaków bez powodu. - Chodźśmy. - Powiedziałam to z pełnym przekonaniem, ale kiedy spróbowałam wyprostować plecy, okazało się, że mój organizm nie został poinformowany o tej decyzji - pospiesznie podparłam dłoń o parapet, przygarbiłam się i zachwiałam, po czym uznałam, że doskonale nad tym zapanowałam, więc już wszystko było okej. - Spokojnie, nic mi nie–est. Podłoższe się pouszyo. - Zrobiłam krok i zatrzymałam się, marszcząc nos. - Tylko nie wiem, czy moszżemy wejść. Może trze–a mieć ukończone… Ile? Osiemnaście? Szesnaście? Tyle wystarczy na duży tauasz? Chyba. Na pewno. - Spojrzałam na Prue z powagą. - Jeśli zapytają, ile mamy, nie odpowiadamy. To jest prywatna ifomazsja. Związana z pciom. Nas się o wiek nie pya. - Pokiwałam głową, bardzo z siebie zadowolona.
- Nieee, mam swojego. Gdzieś. - Poklepałam kieszeń płaszcza, potem drugą, potem jeszcze raz pierwszą, jakby papierosy mogły się tam na powrót pojawić wyłącznie pod wpływem odpowiednio intensywnego poszukiwania. - Mia-am. Na pewno miałam. Chyba wypali–am. Albo zgubiłam. Albo… Ty masz, to w sumie prawie jakbym ja mia-a. To daaj… Daasz? Źsięki. - Pociągnęłam nosem, wyciągnąwszy ku niej rękę i popatrzyłam na nią z najgłębszym, najbardziej poetyckim szacunkiem, na jaki było mnie w tej chwili stać, chociaż jej twarz rozmywała mi się w potrójny, mglisty kontur, a bez mrużenia oczu sylwetka przypominała wielką, lekko drżącą na krawędziach plamę czerni na tle jaskrawych neonów Chinatown.
Przez chwilę milczałam, wpatrując się w mokrą ulicę, wszystko było trochę zbyt jasne, trochę zbyt ruchome i zdecydowanie za bardzo interesujące, biorąc pod uwagę to, że od pewnego czasu musiałam świadomie przypominać sobie, że należało utrzymywać ciało w pionie. Oparłam łokieć o parapet, próbując przetworzyć wszystkie słowa, które właśnie wypowiedziała, chociaż część z przekazu zdążyła mi się po drodze gdzieś zgubić i wrócić dopiero po chwili pod postacią ciągu urywanych haseł, ale tym razem bliżej zrozumiałości - „Morgana”, „kobiety rządzą światem”, „nadszedł ten dzień” i „tatuasz” układały mi się w głowie w bardzo logiczną całość, której prawdopodobnie nie potrafiłabym odtworzyć następnego ranka, lecz co z tego, skoro byłyśmy tu dzisiaj i był już naprawdę późny wieczór.
- Tak. Tak, oczywiście, ższe to znak. To jest bardzo wyaźśny znak. - Przymrużyłam oczy w stronę studia, chociaż obraz przed nimi trochę mi się przesuwał - Morgana raczej nie wysyłała ludziom znaków bez powodu. - Chodźśmy. - Powiedziałam to z pełnym przekonaniem, ale kiedy spróbowałam wyprostować plecy, okazało się, że mój organizm nie został poinformowany o tej decyzji - pospiesznie podparłam dłoń o parapet, przygarbiłam się i zachwiałam, po czym uznałam, że doskonale nad tym zapanowałam, więc już wszystko było okej. - Spokojnie, nic mi nie–est. Podłoższe się pouszyo. - Zrobiłam krok i zatrzymałam się, marszcząc nos. - Tylko nie wiem, czy moszżemy wejść. Może trze–a mieć ukończone… Ile? Osiemnaście? Szesnaście? Tyle wystarczy na duży tauasz? Chyba. Na pewno. - Spojrzałam na Prue z powagą. - Jeśli zapytają, ile mamy, nie odpowiadamy. To jest prywatna ifomazsja. Związana z pciom. Nas się o wiek nie pya. - Pokiwałam głową, bardzo z siebie zadowolona.