03.09.2026, 18:38 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.09.2026, 18:38 przez Bard Beedle.)
Dopadłam do końca uliczki kilka sekund po niej, zdecydowanie mniej efektownie, ponieważ ostatnie metry pokonałam bardziej siłą rozpędu niż dzięki jakiejkolwiek świadomej kontroli nad własnym ciałem - jeden z moich obcasów ześlizgnął mi się z kociego łba, sunąc po mokrym bruku, moje kolano ugięło się niebezpiecznie, ręce machnęły w powietrzu w poszukiwaniu czegoś, czego można byłoby się złapać, ale ostatecznie tylko odbiłam się dłonią od ściany i utrzymałam pion, co uznałam za wystarczający sukces, jak na ten absurdalny wieczór. Przez chwilę nawet nie próbowałam mówić, ponieważ moje płuca palaczki najwyraźniej postanowiły zaprotestować przeciwko pomysłowi biegania po Londynie w przemoczonym ubraniu, po dwóch butelkach wina i w kozaczkach, które projektowano raczej do wyglądania ładnie niż do ścigania przestępców, oparłam dłonie na kolanach, głęboko zaciągnęłam powietrze i dopiero wtedy spojrzałam na Prue, która również wyglądała tak, jakby właśnie przebiegła maraton.
Nikt za nami nie pobiegł, nikt nie zainteresował się naszymi krzykami, nikt nawet nie próbował pomóc, kiedy wołałyśmy, żeby złapać tego małego drania, więc cała nasza heroiczna akcja zakończyła się dokładnie tam, gdzie można było się tego spodziewać - w głębokiej, czarnej du…norze - goblin miał pieniądze, przewagę i znajomość terenu, my miałyśmy mokre ubrania, zadyszkę oraz coraz bardziej absurdalne poczucie, że właśnie urządziłyśmy sobie wycieczkę po najgorszych, najbardziej kryminalnie aktywnych zakamarkach magicznego Londynu.
- Wiesz co? - Odezwałam się w końcu, kiedy mój oddech przestał przypominać próbę wycharczenia sobie płuc przez usta. - Chyba jednak nie jesteśmy stworzone do pracy w organach ścigania. - Popatrzyłam jeszcze raz na przejście, o którym wspomniała przyjaciółka, po czym westchnęłam ciężko i odsunęłam się od ściany, bo w tej chwili nie zamierzałam przeciskać się za goblinem do jego nory, szczególnie że nie miałam pojęcia, dokąd prowadziła, ilu jego kolegów mogło znajdować się po drugiej stronie i czy przypadkiem za kolejnym zakrętem nie czekałoby nas następne bardzo nieprzyjemne spotkanie.
Moment później dotarło do mnie zresztą coś jeszcze - to, że przez cały ten pościg ani razu nie obejrzałam się za siebie. Zrobiłam to więc teraz, z pewnym opóźnieniem, i zobaczyłam dokładnie to, czego chyba powinnam była się spodziewać od samego początku - dziewczyny nie było - ani kawałka jej płaszcza wyłaniającego się z opóźnieniem zza rogu, ani śladu sylwetki biegnącej za nami, ani nawet cienia zainteresowania całym tym przedstawieniem. Została przy barze, z fałszywymi monetami w dłoni, podczas gdy my właśnie przebiegłyśmy pół ulicy, zgubiłyśmy parasolkę, papierosa i resztki godności, a na koniec pozwoliłyśmy goblinowi zniknąć w jakiejś dziurze. Właściwie trudno było jej się dziwić, jeśli sama zostałabym wstrętnie oszukana, a potem zobaczyłabym dwie osoby altruistycznie biegnące za podejrzanym typem, który mi to zrobił, też prawdopodobnie zostałabym na miejscu, szczególnie gdybym nie miała najmniejszej pewności, czy za chwilę nie rozpoczną się kolejne krzyki, bójka albo coś jeszcze gorszego.
- No pięknie. Gonimy go, żeby ratować jej pieniądze, a ona nawet nie uznała, że warto zobaczyć, czy nam się uda. - Pokręciłam głową, mimo to, nadal próbując złapać oddech, spojrzałam jeszcze raz w stronę przejścia, za którym zniknął goblin, po czym wzruszyłam ramionami. - Dobra. Koniec bohaterstwa. - Oznajmiłam, poprawiając przemoknięte włosy. - Wracamy po parasolkę, zanim ktoś ją ukradnie, a potem możemy udawać, że ta część wieczoru wcale nie miała miejsca. Trochę tu upiornie. - Nie sądziłam zresztą, żeby ktokolwiek nam uwierzył, gdybyśmy próbowały tę wersję zdarzeń opowiadać na głos przy kubku kakao.
Nikt za nami nie pobiegł, nikt nie zainteresował się naszymi krzykami, nikt nawet nie próbował pomóc, kiedy wołałyśmy, żeby złapać tego małego drania, więc cała nasza heroiczna akcja zakończyła się dokładnie tam, gdzie można było się tego spodziewać - w głębokiej, czarnej du…norze - goblin miał pieniądze, przewagę i znajomość terenu, my miałyśmy mokre ubrania, zadyszkę oraz coraz bardziej absurdalne poczucie, że właśnie urządziłyśmy sobie wycieczkę po najgorszych, najbardziej kryminalnie aktywnych zakamarkach magicznego Londynu.
- Wiesz co? - Odezwałam się w końcu, kiedy mój oddech przestał przypominać próbę wycharczenia sobie płuc przez usta. - Chyba jednak nie jesteśmy stworzone do pracy w organach ścigania. - Popatrzyłam jeszcze raz na przejście, o którym wspomniała przyjaciółka, po czym westchnęłam ciężko i odsunęłam się od ściany, bo w tej chwili nie zamierzałam przeciskać się za goblinem do jego nory, szczególnie że nie miałam pojęcia, dokąd prowadziła, ilu jego kolegów mogło znajdować się po drugiej stronie i czy przypadkiem za kolejnym zakrętem nie czekałoby nas następne bardzo nieprzyjemne spotkanie.
Moment później dotarło do mnie zresztą coś jeszcze - to, że przez cały ten pościg ani razu nie obejrzałam się za siebie. Zrobiłam to więc teraz, z pewnym opóźnieniem, i zobaczyłam dokładnie to, czego chyba powinnam była się spodziewać od samego początku - dziewczyny nie było - ani kawałka jej płaszcza wyłaniającego się z opóźnieniem zza rogu, ani śladu sylwetki biegnącej za nami, ani nawet cienia zainteresowania całym tym przedstawieniem. Została przy barze, z fałszywymi monetami w dłoni, podczas gdy my właśnie przebiegłyśmy pół ulicy, zgubiłyśmy parasolkę, papierosa i resztki godności, a na koniec pozwoliłyśmy goblinowi zniknąć w jakiejś dziurze. Właściwie trudno było jej się dziwić, jeśli sama zostałabym wstrętnie oszukana, a potem zobaczyłabym dwie osoby altruistycznie biegnące za podejrzanym typem, który mi to zrobił, też prawdopodobnie zostałabym na miejscu, szczególnie gdybym nie miała najmniejszej pewności, czy za chwilę nie rozpoczną się kolejne krzyki, bójka albo coś jeszcze gorszego.
- No pięknie. Gonimy go, żeby ratować jej pieniądze, a ona nawet nie uznała, że warto zobaczyć, czy nam się uda. - Pokręciłam głową, mimo to, nadal próbując złapać oddech, spojrzałam jeszcze raz w stronę przejścia, za którym zniknął goblin, po czym wzruszyłam ramionami. - Dobra. Koniec bohaterstwa. - Oznajmiłam, poprawiając przemoknięte włosy. - Wracamy po parasolkę, zanim ktoś ją ukradnie, a potem możemy udawać, że ta część wieczoru wcale nie miała miejsca. Trochę tu upiornie. - Nie sądziłam zresztą, żeby ktokolwiek nam uwierzył, gdybyśmy próbowały tę wersję zdarzeń opowiadać na głos przy kubku kakao.