03.09.2026, 20:38 ✶
Uśmiechnęłam się do niej równie promiennie, co ona do mnie, chociaż mój uśmiech prawdopodobnie był już trochę mniej subtelny niż zazwyczaj, ponieważ na tym etapie wieczoru ani trochę nie planowałam nad mimiką i jeszcze mniej się tym przejmowałam. To, co powiedziałyśmy na temat naszej wspólnej najlepszości, brzmiało dla mnie wyjątkowo sensownie, więc uznałam temat za zamknięty - byłyśmy świetne i nie potrzebowałyśmy nikogo innego, aby nam to udowadniał, szczególnie już nie żadnego faceta - kiedy jednak ruszyłyśmy w stronę przejścia, złapałam ją za brzeg płaszcza, bo nagle wydało mi się niezwykle istotne, żebyśmy się nie zgubiły, chociaż odległość do drugiej strony ulicy była śmiesznie mała.
Droga rzeczywiście okazała się podstępna, ale naprawdę nie zamierzałam dać satysfakcji chodnikowi, przynajmniej nie za bardzo, przejście przez ulicę pamiętałam bardzo słabo, ale pamiętałam za to moment, w którym drzwi nagle znalazły się zdecydowanie zbyt blisko i Prue w nie uderzyła, a ja razem z nią, wtedy w progu pojawił się ten wielki koleś i natychmiast przestałam się uśmiechać. Spojrzałam na niego, potem na Prue, potem znowu na niego, a następnie przysunęłam się odrobinę bliżej przyjaciółki.
- Taa-k, taa-ak. Ta-–aaa-tu–aa-szu. - Potwierdziłam bardzo powoli, starając się mówić wyraźnie, co w moim przypadku oznaczało tylko tyle, że każde słowo podzieliłam na przesadnie dokładne części.
- To są wraszife dane osobo’e. - Dodałam, kiwnąwszy głową, jakbym właśnie przekazała mu ważną zasadę prowadzenia działalności gospodarczej, która polegała na unikaniu przetwarzania zbyt wielu informacji, szczególnie o klientkach damach.
Kiedy mężczyzna wreszcie przemówił, przez kilka sekund patrzyłam na niego w milczeniu, ponieważ jego zdanie musiało pokonać bardzo długą drogę, przedzierając się przez zakamarki mojego nie do końca jasnego umysłu - z Pree miałam łatwiej, bo pijany potrafił z pijanym pogadać, ale ten tu był trzeźwy, co z drugiej strony było chyba dobrym omenem, prawda? „Ktoś się nie pojawił”, zmarszczyłam brwi, usiłując zrozumieć, co właściwie oznaczało to zdanie i dlaczego było nam przekazywane.
- Szyli… Miejse jies. - Spojrzałam na Prue. - Mamy miejse. - Zwróciłam się do niej, w razie, gdyby tego nie usłyszała, a kiedy powiedział, że możemy wejść, aż klasnęłam w dłonie, choć jedna z nich natychmiast poleciała za daleko i musiałam pospiesznie odzyskać koordynację, by znowu się nie wyjebać. - Możemy! On pozwolił. - Oznajmiłam z ogromnym entuzjazmem, po czym spojrzałam na tatuatora z podejrzliwym skupieniem. - Tyko pan nas nje zabi-e. - Nie pytałam, uprzedzałam, chociaż nie miałam pojęcia, co by się stało, gdyby jednak postanowił postąpić inaczej - może bym go nawiedzała? Studio tatuażu brzmiało na interesujące miejsce do nawiedzania. Złapałam Prue za rękę i pociągnęłam ją do środka, chociaż po dwóch krokach sama zwolniłam, bo podłoga okazała się równie podejrzana, co chodnik.
- Tylko osrosznie. - Wymamrotałam. - Tutaj te wszystko śę ruszsza… - Zmarszczyłam nos, patrząc z wyrzutem na lastryko, które w mojej ocenie ponosiło pełną odpowiedzialność za nasze problemy.
Droga rzeczywiście okazała się podstępna, ale naprawdę nie zamierzałam dać satysfakcji chodnikowi, przynajmniej nie za bardzo, przejście przez ulicę pamiętałam bardzo słabo, ale pamiętałam za to moment, w którym drzwi nagle znalazły się zdecydowanie zbyt blisko i Prue w nie uderzyła, a ja razem z nią, wtedy w progu pojawił się ten wielki koleś i natychmiast przestałam się uśmiechać. Spojrzałam na niego, potem na Prue, potem znowu na niego, a następnie przysunęłam się odrobinę bliżej przyjaciółki.
- Taa-k, taa-ak. Ta-–aaa-tu–aa-szu. - Potwierdziłam bardzo powoli, starając się mówić wyraźnie, co w moim przypadku oznaczało tylko tyle, że każde słowo podzieliłam na przesadnie dokładne części.
- To są wraszife dane osobo’e. - Dodałam, kiwnąwszy głową, jakbym właśnie przekazała mu ważną zasadę prowadzenia działalności gospodarczej, która polegała na unikaniu przetwarzania zbyt wielu informacji, szczególnie o klientkach damach.
Kiedy mężczyzna wreszcie przemówił, przez kilka sekund patrzyłam na niego w milczeniu, ponieważ jego zdanie musiało pokonać bardzo długą drogę, przedzierając się przez zakamarki mojego nie do końca jasnego umysłu - z Pree miałam łatwiej, bo pijany potrafił z pijanym pogadać, ale ten tu był trzeźwy, co z drugiej strony było chyba dobrym omenem, prawda? „Ktoś się nie pojawił”, zmarszczyłam brwi, usiłując zrozumieć, co właściwie oznaczało to zdanie i dlaczego było nam przekazywane.
- Szyli… Miejse jies. - Spojrzałam na Prue. - Mamy miejse. - Zwróciłam się do niej, w razie, gdyby tego nie usłyszała, a kiedy powiedział, że możemy wejść, aż klasnęłam w dłonie, choć jedna z nich natychmiast poleciała za daleko i musiałam pospiesznie odzyskać koordynację, by znowu się nie wyjebać. - Możemy! On pozwolił. - Oznajmiłam z ogromnym entuzjazmem, po czym spojrzałam na tatuatora z podejrzliwym skupieniem. - Tyko pan nas nje zabi-e. - Nie pytałam, uprzedzałam, chociaż nie miałam pojęcia, co by się stało, gdyby jednak postanowił postąpić inaczej - może bym go nawiedzała? Studio tatuażu brzmiało na interesujące miejsce do nawiedzania. Złapałam Prue za rękę i pociągnęłam ją do środka, chociaż po dwóch krokach sama zwolniłam, bo podłoga okazała się równie podejrzana, co chodnik.
- Tylko osrosznie. - Wymamrotałam. - Tutaj te wszystko śę ruszsza… - Zmarszczyłam nos, patrząc z wyrzutem na lastryko, które w mojej ocenie ponosiło pełną odpowiedzialność za nasze problemy.