04.09.2026, 19:56 ✶
Niewiele Helloise pamiętała o tym, czym jest zaufanie, bo zaufania z zasady nie żywiła do nikogo. Podobnie jak Nicholas była sama sobie. Wyłącznie przy swoich braciach czuła się swobodnie i bezpiecznie na tyle, aby ze spokojną głową powierzyć im jakąś kwestię. Wszędzie indziej ważyła ryzyka i nie polegała na ludziach bezwarunkowo. Nie bała się mimo to podejmować działania, była gotowa na konsekwencje — sądziła, że była gotowa.
Nie miała wiele więcej informacji, którymi mogła podzielić się z nieznajomym. Gościnna z niej jednak była istota i z ciekawością słuchała ludzi, więc przystała na jego propozycję i udzieliła mu zaproszenia.
Kurczęta nie biegały po podwórzu, jako że nie należały do zwierząt aktywnych nocną. Ptaki drzemały w kurniku, lecz powinna dostarczyć Traversowi wystarczającej wskazówki kurza noga, na której stał domek wiedźmy.
Helloise zbudziła się w swojej sypialni i przez jakiś czas obracała się w półśnie z boku na bok. Nie przypuszczała, że wizyta zostanie jej złożona tak prędko. Dopiero gdy kurze kolano chatki zgięło się i dom siadł przy ziemi, aby wpuścić przybysza, czarownica zorientowała się, że ma towarzystwo. Skrzypiące drzwi otworzyły się przed Nicholasem same, wpuszczając go do kuchni. Na kominku trzaskał słaby ogień, który z rzadka o tej porze roku bywał wygaszony. Po chwili czarnoksiężnik mógł słyszeć dźwięki krzątaniny z sąsiedniego pokoju.
To Helloise w swojej sypialni wstała wreszcie z łóżka i podłoga trzeszczała pod nią, mimo że kroki bosych stóp kobiety były raczej miękkie. Wiedźma otuliła się długim, zielonym szlafrokiem, jako że w chacie nie było znowuż aż tak ciepło, aby paradować w cienkiej sukience. Do kieszonki okrycia wsunęła przezornie różdżkę. Nie mogła wiedzieć, jakie są intencje tego człowieka.
Zjawiła się w kuchni ospała, zaspana, ale mimo to dziwnie ucieszona. Lubiła gości niezależnie od pory.
— Nie lubisz sypiać w swoim domu? — zapytała zaczepnie Nicholasa, po czym dorzuciła drew do kominka, żeby się mogła dogrzać i ona, i jej gość.
Wiedźma podeszła bliżej mężczyzny, aby w blasku płomieni rozpraszających mroki chaty przyjrzeć się temu człowiekowi — tym razem z krwi i kości, nie splecionemu z energii. Wreszcie mogła go dotknąć. Wyciągnęła rękę i zebrała kilka kropel deszczu z rękawa jego płaszcza. Uśmiechnęła się do siebie, gdy tym razem jej palce nie przeszły przez obcego na wylot.
— To ma więcej uroku — stwierdziła, rozcierając zimny deszcz między opuszkami.
Kobieta cofnęła się w głąb pomieszczenia i zapraszająco wskazała Traversowi przystawione do stołu krzesło, z którego brzydko łuszczyła się farba. Cała kuchnia zdawała się zapylona, pełno było na podłodze pokruszonych ziół. Na kuchennych blatach zalegały zabrudzone przyrządy alchemiczne, z czego można było wnioskować, że Travers trafił do domowego laboratorium.
Nie miała wiele więcej informacji, którymi mogła podzielić się z nieznajomym. Gościnna z niej jednak była istota i z ciekawością słuchała ludzi, więc przystała na jego propozycję i udzieliła mu zaproszenia.
Kurczęta nie biegały po podwórzu, jako że nie należały do zwierząt aktywnych nocną. Ptaki drzemały w kurniku, lecz powinna dostarczyć Traversowi wystarczającej wskazówki kurza noga, na której stał domek wiedźmy.
Helloise zbudziła się w swojej sypialni i przez jakiś czas obracała się w półśnie z boku na bok. Nie przypuszczała, że wizyta zostanie jej złożona tak prędko. Dopiero gdy kurze kolano chatki zgięło się i dom siadł przy ziemi, aby wpuścić przybysza, czarownica zorientowała się, że ma towarzystwo. Skrzypiące drzwi otworzyły się przed Nicholasem same, wpuszczając go do kuchni. Na kominku trzaskał słaby ogień, który z rzadka o tej porze roku bywał wygaszony. Po chwili czarnoksiężnik mógł słyszeć dźwięki krzątaniny z sąsiedniego pokoju.
To Helloise w swojej sypialni wstała wreszcie z łóżka i podłoga trzeszczała pod nią, mimo że kroki bosych stóp kobiety były raczej miękkie. Wiedźma otuliła się długim, zielonym szlafrokiem, jako że w chacie nie było znowuż aż tak ciepło, aby paradować w cienkiej sukience. Do kieszonki okrycia wsunęła przezornie różdżkę. Nie mogła wiedzieć, jakie są intencje tego człowieka.
Zjawiła się w kuchni ospała, zaspana, ale mimo to dziwnie ucieszona. Lubiła gości niezależnie od pory.
— Nie lubisz sypiać w swoim domu? — zapytała zaczepnie Nicholasa, po czym dorzuciła drew do kominka, żeby się mogła dogrzać i ona, i jej gość.
Wiedźma podeszła bliżej mężczyzny, aby w blasku płomieni rozpraszających mroki chaty przyjrzeć się temu człowiekowi — tym razem z krwi i kości, nie splecionemu z energii. Wreszcie mogła go dotknąć. Wyciągnęła rękę i zebrała kilka kropel deszczu z rękawa jego płaszcza. Uśmiechnęła się do siebie, gdy tym razem jej palce nie przeszły przez obcego na wylot.
— To ma więcej uroku — stwierdziła, rozcierając zimny deszcz między opuszkami.
Kobieta cofnęła się w głąb pomieszczenia i zapraszająco wskazała Traversowi przystawione do stołu krzesło, z którego brzydko łuszczyła się farba. Cała kuchnia zdawała się zapylona, pełno było na podłodze pokruszonych ziół. Na kuchennych blatach zalegały zabrudzone przyrządy alchemiczne, z czego można było wnioskować, że Travers trafił do domowego laboratorium.
dotknij trawy