19.03.2023, 15:32 ✶
Cathal nie miał pojęcia, że tego dnia będzie organizowany Marsz Charłaków. Ba, jeszcze tydzień temu nie wiedział, że tego dnia będzie w Anglii.
Śmierć ciotki, wdowy po wuju Nolanie, dość nieoczekiwany spadek (nie setki galeonów, te przeszły na ich wnuka, za to coś w rodzie Shafiqów znacznie bardziej cenione: rezultaty prac badawczych oraz kilka eksponatów) oraz parę innych pilnych spraw sprawiły jednak, że Shafiq w błyskawicznym tempie musiał załatwić kilka spraw. Podróż do Anglii objęła trzy teleportacje, dwa świstokliki i jeden przejazd pociągiem i w sumie zajęła mu jakieś pięć godzin. I w to jakże piękne popołudnie, które zakończyło się puszczaniem zaklęć, krwią, pożogą i innymi atrakcjami, Cathal u boku dziesięcioletniego wnuka Nolana i Estery, szedł Pokątną ku Horyzontalnej – gdzie w posiadłości rodowej miały zostać ustalone ostatnie szczegóły jutrzejszego pogrzebu.
Tyle że najpierw wpadli w tłum, a potem wokół fruwały zaklęcia.
Shafiq mógłby się teleportować. Do diaska, miał ochotę. Musiał przywyknąć do przebywania czasem w tłumie, ale wciąż tego nie lubił, a w tym wypadku to był tłum z gatunku tych morderczych. Ludzie go potrącali, wokół rozbrzmiewały krzyki, fruwały zaklęcia, raz Cathal złapał jakąś upadającą kobietę, innym razem drętwota śmignęła mu tuż koło ucha, i wszystko to zapisywało się na zawsze w jego pamięci. Został jednak. Nie z powodu poczucia obowiązków czy sympatii wobec charłaków, którzy pozostawali mu równie obojętni, co mugole, mijani na egipskich bazarach albo londyńskich ulicach.
W tym tłumie był jego krewny. Wnuk Nolana. Fala ludzi rozdzieliła ich, a potem jeden czarodziej rzucił zaklęcie w tłumie, i ostatni moment, gdy Shafiq widział chłopaka, to był ten, kiedy jakiś inny czarodziej odciągał go na bok, zanim wszystko błysnęło…
A nawet gdyby Cathal nie czuł się w obowiązku próbować wyłowić chłopca z tłumu, doskonale wiedział, za jak podejrzane uznano by jego stratowanie akurat, gdy przebywał pod opieką wujka Cathala. Wujka Cathala, który, czystym przypadkiem, był potencjalnym spadkobiercą majątku wuja, gdyby Lorentesowi coś się stało. Kto uwierzy, że Shafiq nie poprowadził go Pokątną celowo? Że nie miał pojęcia o tym cholernym marszu, o którym trąbiły wszystkie gazety…?
Dlatego był w tłumie. A potem, kiedy główna fala się przetoczyła, i wokół zostali głównie ranni, zagubieni oraz ci aresztowywani, Cathal ciągle biegał po Pokątnej. Gdzieś w międzyczasie dostał czyimś łokciem, potem różdżką, a wreszcie zderzył się ze ścianą, więc obecnie paradował z modnie rozciętą wargą i twarzą zalaną krwią z rozciętego łuku brwiowego.
- Loren! – krzyknął, po czym jego wzrok padł na Victorię i mężczyznę, którego właśnie aresztowywała.
Cathal nie zapominał twarzy. Nie zapominał niczego. I ta twarz mignęła mu w tłumie: czarodziej złapał jego kuzyna i pociągnął, a potem wybuchło zaklęcie. Teraz go aresztowywano…
Nie dbając o to, że tuż obok jest dwóch Brygadzistów, Cathal rzucił się do przodu z furią.
- Gdzie jest dzieciak, ty sukinsynu?!
Śmierć ciotki, wdowy po wuju Nolanie, dość nieoczekiwany spadek (nie setki galeonów, te przeszły na ich wnuka, za to coś w rodzie Shafiqów znacznie bardziej cenione: rezultaty prac badawczych oraz kilka eksponatów) oraz parę innych pilnych spraw sprawiły jednak, że Shafiq w błyskawicznym tempie musiał załatwić kilka spraw. Podróż do Anglii objęła trzy teleportacje, dwa świstokliki i jeden przejazd pociągiem i w sumie zajęła mu jakieś pięć godzin. I w to jakże piękne popołudnie, które zakończyło się puszczaniem zaklęć, krwią, pożogą i innymi atrakcjami, Cathal u boku dziesięcioletniego wnuka Nolana i Estery, szedł Pokątną ku Horyzontalnej – gdzie w posiadłości rodowej miały zostać ustalone ostatnie szczegóły jutrzejszego pogrzebu.
Tyle że najpierw wpadli w tłum, a potem wokół fruwały zaklęcia.
Shafiq mógłby się teleportować. Do diaska, miał ochotę. Musiał przywyknąć do przebywania czasem w tłumie, ale wciąż tego nie lubił, a w tym wypadku to był tłum z gatunku tych morderczych. Ludzie go potrącali, wokół rozbrzmiewały krzyki, fruwały zaklęcia, raz Cathal złapał jakąś upadającą kobietę, innym razem drętwota śmignęła mu tuż koło ucha, i wszystko to zapisywało się na zawsze w jego pamięci. Został jednak. Nie z powodu poczucia obowiązków czy sympatii wobec charłaków, którzy pozostawali mu równie obojętni, co mugole, mijani na egipskich bazarach albo londyńskich ulicach.
W tym tłumie był jego krewny. Wnuk Nolana. Fala ludzi rozdzieliła ich, a potem jeden czarodziej rzucił zaklęcie w tłumie, i ostatni moment, gdy Shafiq widział chłopaka, to był ten, kiedy jakiś inny czarodziej odciągał go na bok, zanim wszystko błysnęło…
A nawet gdyby Cathal nie czuł się w obowiązku próbować wyłowić chłopca z tłumu, doskonale wiedział, za jak podejrzane uznano by jego stratowanie akurat, gdy przebywał pod opieką wujka Cathala. Wujka Cathala, który, czystym przypadkiem, był potencjalnym spadkobiercą majątku wuja, gdyby Lorentesowi coś się stało. Kto uwierzy, że Shafiq nie poprowadził go Pokątną celowo? Że nie miał pojęcia o tym cholernym marszu, o którym trąbiły wszystkie gazety…?
Dlatego był w tłumie. A potem, kiedy główna fala się przetoczyła, i wokół zostali głównie ranni, zagubieni oraz ci aresztowywani, Cathal ciągle biegał po Pokątnej. Gdzieś w międzyczasie dostał czyimś łokciem, potem różdżką, a wreszcie zderzył się ze ścianą, więc obecnie paradował z modnie rozciętą wargą i twarzą zalaną krwią z rozciętego łuku brwiowego.
- Loren! – krzyknął, po czym jego wzrok padł na Victorię i mężczyznę, którego właśnie aresztowywała.
Cathal nie zapominał twarzy. Nie zapominał niczego. I ta twarz mignęła mu w tłumie: czarodziej złapał jego kuzyna i pociągnął, a potem wybuchło zaklęcie. Teraz go aresztowywano…
Nie dbając o to, że tuż obok jest dwóch Brygadzistów, Cathal rzucił się do przodu z furią.
- Gdzie jest dzieciak, ty sukinsynu?!