Przyglądała się Anthonemu przez moment badawczo, zastanawiając się nad słowami, które wypowiedział.
– Skąd więc ta zmiana kierunku? – zapytała miękko, nie pytając, przynajmniej na razie, choć nie wiedziała, czy się na to zdecyduje, dlaczego tak tej Doliny unikał. Może odpowiedź na tę zagadkę sama się znajdzie w odpowiedzi Shafiqa, o ile ten zdecyduje się jej taką dać. Bo od unikania, do kupienia tutaj wielkiej, starej, wymagającej remontu posiadłości, była jakoś zaskakująco cienka linia w przypadku Anthonego i Ginny jeszcze nie bardzo wiedziała, jak się po niej poruszać.
– Mogę się wybrać. Ale choć sporo uczyłam się o duchach w szkole, to nie mam talentu spirytysty – ale o tym Anthony przecież wiedział. Natomiast w takich chwilach jak ta, Guinevere nie mogła się momentami nadziwić nad różnicą programów nauki w szkole pomiędzy takim Uagadou czy Hogwartem, a i zapewne innymi szkołami magii również. – Ale masz rację. Każdy szanujący się zamek ma swojego ducha – roześmiała się cicho.
Przyglądała się Anthonemu jeszcze przez chwilę, zupełnie nieświadoma emocji, które nim targały. Guinevere nie kryła się ze swoją umiejetnością animagii przed ludźmi, a już na pewno nie z kocią formą, którą używała… bardzo często, również w formach pośrednich, bo kocie oczy bardzo się przydawały. Formę sokoła wybierała znacznie rzadziej, pomimo tego, że była jej pierwszą, ale Ginewra uważała, że choć ta była trafiona i świadoma, to opanowana w wieku dwunastu lat, nie była tak w pełni przez nią przemyślana i tę drugą, kocią, dobrała już znacznie bardziej pod swój własny charakter. Dlatego też wielu jej znajomych nawet nie wiedziało o tej drugiej, ptasiej formie i nie pomagał fakt, że gdy przeprowadziła się do Anglii, to w Ministerstwie w Urzędzie Niewłaściwego Użycia Czarów, zgłosiła tylko jedną ze swoich zwierzęcych form: właśnie kocią. Była więc animagiem zarejestrowanym… ale tylko w połowie.
– Zobaczmy… – mruknęła, po czym puściła do Anthonego oko i wyciągnęła z kieszeni swoją różdżkę, by zaraz zacząć się przemieniać i zaraz w jej miejscu stała sobie kotka o złotych oczach, wielkich uszach i gładkim rdzawobrązowym umaszczeniu. Nie była to w żadnym razie rasa charakterystyczna dla Anglii, za to koty abisyńskie były rodowite dla Egiptu. Kotka… zapatrzyła się przez moment na Anthonego, z jakimś takim zuchwałym błyskiem w oku, przeciągnęła się leniwie, prężąc swoje smukłe ciałko, a za chwilę zaczęła obracać głową i podnosić ją delikatnie, w jasnym sygnale, ze Ginny węszy. Za chwilę kichnęła, gdy kurz, podrzucony w powietrze ich obecnością, krokami i przemianą, dostał się jej do nosa, na co miauknęła z niezadowoleniem i na moment zamarła.
Lekko zmrużyła oczy, bardzo nie po kociemu, bliżej było temu ludzkiemu gestowi. Mieszało się tu sporo różnych zapachów – pomijając perfumy Anthonego, to rzecz jasna kurz i jakieś zatęchłe zapachy charakterystyczne dla budynku, w którym dawno nie sprzątano i nie wietrzono. Ale również coś… ostrzejszego, bardziej dzikiego…
Niemalże bez ostrzeżenia poderwała się z miejsca, by pogonić za tym zapachem i wytropić szczura (świadoma, że jeśli zbliżą się do jakiegoś jego gniazda, to zapewne uderzy ją też zapach szczurzych odchodów, ale to nic, czego już by nie czuła, albo na co nie byłaby gotowa). Ciekawe, czy tłusty szkodnik już zwietrzył zapach drapieżnika, który był na jego tropie?