• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Pokój Życzeń Sny v
1 2 Dalej »
[Jesień 72, 15.09 sen | Henry & Anthony] When yellow leaves, or none, or few

[Jesień 72, 15.09 sen | Henry & Anthony] When yellow leaves, or none, or few
the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#3
06.09.2026, 11:30  ✶  
Dłoń była szczupła i młodzieńcza. Nie dziecięca, nie bezbronna, a jednak pozbawiona jeszcze tej ciężkości, którą dłonie nabierają z wiekiem, kiedy coraz więcej rzeczy trzeba nimi podnosić, podpisywać, odsuwać i przytrzymywać. Wyciągnięta ku niemu drżała lekko, choć nie z lęku. Anthony patrzył na nią przez chwilę z osobliwym zdumieniem, jakby ktoś podał mu przedmiot znaleziony pośród ruin i oczekiwał, że będzie wiedział, do czego służy. W końcu pochwycił ją swoją własną. Była ciepła. Z jakiegoś powodu poczuł wtedy, że nie powinien jej puszczać. Nie wiedział dlaczego. Nie znał przecież tego chłopaka na tyle, by rościć sobie prawo do podobnego odruchu. Nie był jego krewnym, opiekunem ani przyjacielem. A jednak coś w sposobie, w jaki Henry stał przed nim, sprawiało, że Anthony'emu trudno było myśleć o nim jak o kimś zupełnie obcym. Jakby sam widok wyciągniętej dłoni nakładał na niego obowiązek, którego nikt nigdy nie wypowiedział. Ulica pod ich stopami uspokoiła się. Płomienie zastygły w powietrzu, popiół zawisł pomiędzy nimi jak nieruchomy śnieg, a odległe budynki przestały oddychać. Anthony spojrzał na twarz Henry'ego i przez moment miał niepokojące wrażenie, że patrzy nie na kogoś, kogo powinien rozpoznać, lecz na kogoś, kogo powinien pamiętać z przeszłości, która nigdy nie miała miejsca.

Czerwień na jego dłoni zaczęła spływać ku nadgarstkowi, cienkimi strużkami przesuwając się pomiędzy palcami. Zamiast kapać, wsiąkała w skórę Henry'ego. Chłopak nie cofnął ręki. Anthony chciał ją wytrzeć, lecz im mocniej próbował, tym więcej koloru pojawiało się na obu dłoniach. Wtedy zrozumiał, że nie jest to jego krew i że nie jest również krwią Henry'ego. Pochodziła z miasta – z dachów, murów, różdżek, z popękanych ulic i spalonych domów, z rąk ludzi, którzy tej nocy podnosili innych z ziemi, z tych, którzy patrzyli, i tych, którzy odwracali wzrok, z tych, którzy byli pewni, że zdążą, oraz z tych, którzy już wiedzieli, że nie zdążą. Z każdego człowieka, który tej nocy zostawił po sobie coś na ulicach Londynu. Anthony spróbował zacisnąć palce, jakby mógł w ten sposób zatrzymać tę czerwień po swojej stronie, lecz wtedy Henry zachwiał się lekko i starszy mężczyzna przyciągnął go do siebie. Gest przyszedł zbyt łatwo. Nie było w nim namysłu ani decyzji, żadnego wyboru pomiędzy właściwym a niewłaściwym. Anthony po prostu objął chłopaka, jakby ciało samo wiedziało, co zrobić, zanim rozum zdążyłby zaprotestować. Nie było w tym geście polityki, nazwiska, różnicy wieku, krwi czy majątku. Nie było Ministerstwa, rodów, tytułów ani wszystkich tych murów, które ludzie tak pracowicie wznosili między sobą, by później odkrywać, że ogień przechodzi przez nie bez najmniejszego wysiłku. Był tylko ciężar drugiego człowieka i potrzeba, aby przez kilka oddechów nie pozwolić mu upaść. Nie pozwolić zapaść się w osamotnienie.

Anthony poczuł pod policzkiem jasne włosy Henry'ego, ciepło jego skroni i zapach dymu zmieszany z wonią papieru, ołówka i starego płótna fotograficznego. Chciał powiedzieć chłopcu, że dobrze sobie radzi, tak jak wtedy, tamtej nocy, tej samej nocy, gdy koszmar stał się rzeczywistością, aby rzeczywistość mogła zacząć tkać koszmary. Zamiast słów pociechy z jego ust wydobył się czarny obłok, który osiadł na ramieniu Henry'ego. Anthony spróbował ponownie, a wtedy z jego gardła wysypały się drobne, metaliczne klisze. Uderzały o bruk z cichym brzękiem, jedna po drugiej, a na każdej zatrzymany był fragment nocy: czyjaś twarz, czyjaś dłoń, płonące okno, dziecko wynoszone z ruin, mężczyzna klęczący na ulicy, kobieta patrząca w niebo. Obrazy nakładały się na siebie, mnożyły i rozmnażały bez końca, aż cały bruk pokrył się tysiącami maleńkich fotografii. Czy tylko to miał mu do zaoferowania? Czy tylko tym dla niego był chłopak o włosach jasnych jak len?

Pracuj. Rób zdjęcia. Zapamiętaj koszmar. Uczyń go rzeczywistością na wieczność.

Ponad dachami Londynu zaczęła wyrastać złota korona. Nie spadała z nieba – rosła z płomieni, z kominów, z wież i z czarnej ziemi, aż ogromniała i zasłoniła większą część horyzontu. Pod nią pojawiła się biała maska, pozbawiona twarzy, a za nią coś, czego Anthony nie chciał widzieć. Nie imię. Nie człowiek. Nie potwór. Raczej cień idei, która nauczyła ludzi, że cudze życie może być warte mniej od ich własnego. Anthony odruchowo przesunął dłoń na tył głowy Henry'ego, jakby mógł w ten sposób zasłonić mu widok, nie myśląc o tym że mógłby poczuć kapiącą lepką ciecz, ochrona infekująca zbrodnią… Dopiero po chwili zorientował się, co zrobił. Było w tym coś niemal absurdalnego. Jak można osłonić człowieka przed czymś, co zawisło nad całym światem? Jak można zasłonić oczy przed nocą, która już się wydarzyła? A jednak trzymał dłoń na jego karku, przyciskał go do siebie, nie chcąc wypuścić. Anthony pomyślał wtedy, że być może na tym właśnie polega cała różnica pomiędzy ocaleniem a pozostaniem przy kimś. Jednego można dokonać tylko raz. Drugie można powtarzać tak długo, jak długo starcza sił.

Londyn zaczął się zmieniać. Domy przesuwały się, jakby były zbudowane z papieru, ulice rozciągały się i zwijały, a schody antykwariatu rosły pod ich stopami, prowadząc coraz wyżej, choć za plecami wciąż pozostawała ta sama płonąca ulica. Wtedy usłyszał, usłyszeli głos. Nie należał do chłopaka, nie należał do miasta i nie należał do nikogo, kogo Anthony potrafiłby nazwać. Przyszedł zewsząd naraz, cichy jak oddech pod wodą.

Nie możesz go ocalić.

Anthony spojrzał na Henry'ego, potem na swoje ręce. Ręce całe we krwi. Tym razem również nie próbował jej zmyć. Wiedział już, że nie chodziło o ocalenie. Nie mógł cofnąć Spalonej Nocy, nie mógł przywrócić ludziom ich domów ani odebrać śmierci tych, których zabrała. Nie mógł również obiecać Henry'emu, że podobna noc nigdy więcej nie nadejdzie. Mógł jedynie zrobić coś znacznie mniejszego i przez to trudniejszego: pozostać. Anthony przyciągnął chłopaka do siebie ponownie i przez chwilę trzymał go bez słowa, czując pod dłonią ciepło młodego karku i ciężar głowy opierającej się o jego ramię. Nie wiedział, kiedy przestał myśleć o nim jak o obcym. Nie wiedział nawet, czy kiedykolwiek rzeczywiście przestał. Być może człowiek nie musi znać drugiego człowieka przez lata, żeby przez jedną noc poczuć odpowiedzialność za jego przyszłość.

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Anthony Shafiq (1550), Henry Lockhart (443)




Wiadomości w tym wątku
[Jesień 72, 15.09 sen | Henry & Anthony] When yellow leaves, or none, or few - przez Anthony Shafiq - 31.07.2026, 14:03
RE: [Jesień 72, 15.09 sen | Henry & Anthony] When yellow leaves, or none, or few - przez Henry Lockhart - 07.08.2026, 16:16
RE: [Jesień 72, 15.09 sen | Henry & Anthony] When yellow leaves, or none, or few - przez Anthony Shafiq - 06.09.2026, 11:30

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa