07.09.2026, 21:51 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.09.2026, 23:03 przez Gareth Rowle.)
Poszedł za nią, z opóźnieniem potrzebnym na ostatnie spojrzenie w staw. Po papierosie nie zostało nic, nawet tłuste oczko na powierzchni; przez chwilę miał do sadzawki pretensję, że nie tylko łatwo pożarła jego dymną miłostkę, ale pożarła również swoją tajemniczą wizję, po której oboje z Edith niby się otrząsnęli. Ale chyba żadne z nich nie wiedziało co z tym do końca zrobić.
— Owszem, ale na ogół jakoś się ze mną te nieszczęścia nie mogą uporać.
Uśmiechnął się pod nosem tak jak uśmiecha się każdy przeciętny facet, który przekonany jest o przepotężnej mocy swojej pięści. Większości rzeczy, które go trapiły (bądź wkurzały), potrafiłby przyłożyć w mordę, a temu, czemu przyłożyć się nie dało, nie umiał sobie zawczasu wyobrazić; wyobraźnię miał oczywiście dosyć kiepską i między innymi dlatego tak dobrze szacował własne szanse.
Zrównał z nią krok i zerknął z ukosa, z zaciekawieniem, którego tym razem nie próbował przebierać za uprzejmość. Panna Rookwood miała całkiem przyjemny sposób dobierania się człowiekowi pod żebra; mówiła o winie i obiedzie, zostawiając mu miejsce na podstawienie czegoś gorszego. Gdyby był choć trochę wstawiony, pewnie by jej pomógł. Na trzeźwo język lubił wymykać się z żelaznych pęt sztywnych konwenansów, w których oboje musieli manewrować.
— Porada zdrowotna? — charknął ubawiony, aż prawie zakasłał — i to żeby mniej pić? Mam nadzieję, że za życia była w czymś lepsza niż w przekonywaniu ludzi.
Gary nawet nie wnikał w to, że sam był poniekąd uzdrowicielem i choćby z czystej przyzwoitości, podobnych twierdzeń wyśmiewać nie powinien. Ale najwidoczniej nie mógł.
Spojrzał w stronę oranżerii, której szyby ginęły pod czarnymi pędami, i przez moment znów poczuł wilgoć na dłoni. Pamięć skóry, nic więcej. Potarł ją o szew kieszeni i pokręcił głową, powstrzymując się od kolejnego walijskiego przekleństwa.
Jej zapewnienie o dobrym prowadzeniu przyjął lekkim skinieniem głowy.
— Nie wątpię.— Nie miał żadnych namacalnych podstaw, żeby jej nie wierzyć, poznał ją dziś, a młodych kobiet jej pochodzenia z reguły nie posądzał o prawdziwe łachudrzenie. To ewidentnie wchodziło im w nawyk dopiero po ślubie.
I potem właśnie zeszło na temat męża, na co Gareth obejrzał się na nią uważniej.
Znajdą.
Oho, znał ten czasownik. Przy rodzinnych stołach odmieniano go z wielką swobodą, przeważnie pod nieobecność osoby, której zamierzano kogoś znaleźć. Lekko przeszedł jej przez usta i to bardzo lekko, biorąc pod uwagę, że wypłynęło zaraz po groźbie utopienia go za źle dobrany żart.
— Mnie pani wybrała miejsce pochówku, a męża pozwala sobie pani znaleźć?
Uśmiechnął się pod nosem, lecz dalszą uwagę zatrzymał za zębami. „Szczęśliwa” aż błagało o obśmianie, ale wiedział, że mocniej przyciskać nie powinien i to chyba takich właśnie instynktów mu brakowało kiedy sięgał po kieliszek. Może baba z wody miała jakąś rację?
— Podoba mi się pani ostrożność. „Może nawet będę szczęśliwa”. Dobrze zostawić sobie możliwość złożenia reklamacji.
Przy oranżerii zwolnił. Jeden z pędów przechodził przez oczko żeliwnej balustrady, zbyt gruby, żeby dało się go tamtędy przeciągnąć. Musiał rosnąć już w środku. Gareth przykucnął, odchylając połę płaszcza od mokrej ziemi, i wyjął zabrany przy wejściu ołówek. Wsunął jego tępy koniec pod liść, ostrożnie unosząc go ku resztce dziennego światła.
Znów czysto. Żadnego śladu żerowania, choć roślina zajęła już dobrych kilka jardów muru. Coraz mniej mu się to podobało.
— A pani? Gdyby już znalazł się ten kandydat, co musiałby zrobić, żeby nie wrzuciła go pani do sadzawki?
Spojrzał jeszcze raz na różę, po czym wstał, otrzepując kolano.
— Pytam, bo dotąd poznałem panią od strony samych bardzo poważnych gróźb. Ciekaw jestem… wymagań.
— Owszem, ale na ogół jakoś się ze mną te nieszczęścia nie mogą uporać.
Uśmiechnął się pod nosem tak jak uśmiecha się każdy przeciętny facet, który przekonany jest o przepotężnej mocy swojej pięści. Większości rzeczy, które go trapiły (bądź wkurzały), potrafiłby przyłożyć w mordę, a temu, czemu przyłożyć się nie dało, nie umiał sobie zawczasu wyobrazić; wyobraźnię miał oczywiście dosyć kiepską i między innymi dlatego tak dobrze szacował własne szanse.
Zrównał z nią krok i zerknął z ukosa, z zaciekawieniem, którego tym razem nie próbował przebierać za uprzejmość. Panna Rookwood miała całkiem przyjemny sposób dobierania się człowiekowi pod żebra; mówiła o winie i obiedzie, zostawiając mu miejsce na podstawienie czegoś gorszego. Gdyby był choć trochę wstawiony, pewnie by jej pomógł. Na trzeźwo język lubił wymykać się z żelaznych pęt sztywnych konwenansów, w których oboje musieli manewrować.
— Porada zdrowotna? — charknął ubawiony, aż prawie zakasłał — i to żeby mniej pić? Mam nadzieję, że za życia była w czymś lepsza niż w przekonywaniu ludzi.
Gary nawet nie wnikał w to, że sam był poniekąd uzdrowicielem i choćby z czystej przyzwoitości, podobnych twierdzeń wyśmiewać nie powinien. Ale najwidoczniej nie mógł.
Spojrzał w stronę oranżerii, której szyby ginęły pod czarnymi pędami, i przez moment znów poczuł wilgoć na dłoni. Pamięć skóry, nic więcej. Potarł ją o szew kieszeni i pokręcił głową, powstrzymując się od kolejnego walijskiego przekleństwa.
Jej zapewnienie o dobrym prowadzeniu przyjął lekkim skinieniem głowy.
— Nie wątpię.— Nie miał żadnych namacalnych podstaw, żeby jej nie wierzyć, poznał ją dziś, a młodych kobiet jej pochodzenia z reguły nie posądzał o prawdziwe łachudrzenie. To ewidentnie wchodziło im w nawyk dopiero po ślubie.
I potem właśnie zeszło na temat męża, na co Gareth obejrzał się na nią uważniej.
Znajdą.
Oho, znał ten czasownik. Przy rodzinnych stołach odmieniano go z wielką swobodą, przeważnie pod nieobecność osoby, której zamierzano kogoś znaleźć. Lekko przeszedł jej przez usta i to bardzo lekko, biorąc pod uwagę, że wypłynęło zaraz po groźbie utopienia go za źle dobrany żart.
— Mnie pani wybrała miejsce pochówku, a męża pozwala sobie pani znaleźć?
Uśmiechnął się pod nosem, lecz dalszą uwagę zatrzymał za zębami. „Szczęśliwa” aż błagało o obśmianie, ale wiedział, że mocniej przyciskać nie powinien i to chyba takich właśnie instynktów mu brakowało kiedy sięgał po kieliszek. Może baba z wody miała jakąś rację?
— Podoba mi się pani ostrożność. „Może nawet będę szczęśliwa”. Dobrze zostawić sobie możliwość złożenia reklamacji.
Przy oranżerii zwolnił. Jeden z pędów przechodził przez oczko żeliwnej balustrady, zbyt gruby, żeby dało się go tamtędy przeciągnąć. Musiał rosnąć już w środku. Gareth przykucnął, odchylając połę płaszcza od mokrej ziemi, i wyjął zabrany przy wejściu ołówek. Wsunął jego tępy koniec pod liść, ostrożnie unosząc go ku resztce dziennego światła.
Znów czysto. Żadnego śladu żerowania, choć roślina zajęła już dobrych kilka jardów muru. Coraz mniej mu się to podobało.
— A pani? Gdyby już znalazł się ten kandydat, co musiałby zrobić, żeby nie wrzuciła go pani do sadzawki?
Spojrzał jeszcze raz na różę, po czym wstał, otrzepując kolano.
— Pytam, bo dotąd poznałem panią od strony samych bardzo poważnych gróźb. Ciekaw jestem… wymagań.