Ta noc wydawała się dosłownie nie mieć końca. Dodatkowo, nie ważne ile robili, wszystko wydawało się niewystarczające. Kamienice wciąż płonęły, ludzie wciąż krzyczeli. Wciąż gubili się w dziwacznych kłębach dymu, wciąż dusili się, zostawali ranni, tracili dorobki swojego życia i stawali się ofiarami bezcelowej przemocy. Atreus wciąż miał w głowie grupkę bogatych chłopaczków, jego znajomych - kurwa mać, którzy postanowili że ta dzień to moment ich życia, w czego następstwie pobili się z nim i Hestią. Czuł się tą sytuacją niesamowicie wręcz zażenowany i dochodził do wniosku, że może powinien nieco przewartościować swoje życie i to z kim właściwie się zadawał. Ale biorąc pod uwagę płonący Londyn, to zmartwienie powinien zostawić na kolejne dni.
Dostarczenie rannych do Munga wcale nie było takie proste, jak mogłoby się wydawać. Wszyscy pchali się tam drzwiami i oknami, a do tego jakiś skurwol postanowił zaatakować sklepową witrynę w centrum handlowym, gdzie znajdowało się przejście do szpitala. Plotki niosły się cicho, pełne paniki i ulgi, że jednak sprawca uciekł, a Atreusowi tylko rósł poziom zmęczenia, jakby na irytowanie się i denerwowanie nie miał już zbytnio siły.
Z resztą, zwisający mu na ramieniu mężczyzna słaniał się na nogach i coraz bardziej polegał na sile Bulstrode'a. Pewnie nie przeszkadzałoby mu to aż tak bardzo, gdyby parę godzin temu nie teleportował się źle i uległ rozszczepieniu. Noga ciągnęła więc, tym bardziej że była teraz nadmiernie obciążona, a auror czuł że zapodane mu wcześniej przez Basiliusa eliksiry, chyba wymagają poprawki. W sumie skoro już był w Mungu, to może uda mu się nieco uszczknąć w tym chaosie.
Już miał o to zapytać, kiedy oddawał rannego w ręce jednego z uzdrowicieli, kiedy jego uwagę przykuło coś innego. Czerwień pomagała skoncentrować uwagę, a teraz rozlewała się na postaci wysokawej blondynki, która wydawała mu się całkiem znajoma. Pewnie rozpoznałby ją szybciej, gdyby spojrzenie nie uciekło na moment w bok, za mężczyzną który ją oblał, ale zaraz zgubił się w tłumie. Nie było kogo gonić…
— Sabrina? — Nie wydawało jej się i ktoś faktycznie do niej mówił. Imię powtórzyło się jeszcze parę razy, różnymi tonami. Najpierw było pytanie, potem pewne zdziwienie, może i zaskoczenie. — Hej, słyszysz mnie? — W końcu też były ręce, które złapały ją za ramię by w ten sposób zwrócić jej uwagę. Odcinały się na tle fartucha i czerwieni, bo umazane były od wszechobecnego popiołu. — Cholera, usiądź może sobie? Ej, rusz dupę na chwilę i daj pani usiąść — zabrzmiało obok jej ucha, kiedy Atreus spojrzał na jakiegoś w miarę sprawnego obywatela i kazał mu grzecznie ustąpić miejsca. Zdziwione oczy wpatrywały się w niego przez chwilę, ale mężczyzna ustąpił wreszcie, dlatego Morgan została usadzona na jednym ze szpitalnych krzesełek.