09.09.2026, 02:11 ✶
Nie mogłem powiedzieć, iż czasami nie czułem się tak, jakby moja matka miała rację i „bogowie mnie opuścili” - wręcz przeciwnie, przynajmniej jeszcze jakiś czas temu, byłem w stanie z powodzeniem stwierdzić, iż ewidentnie im kiedyś czymś jakoś podpadłem - obecnie moje życie zaczęło zmieniać się na lepsze, nie dało się tego nie zauważyć, zwłaszcza że czasami nadal czułem się zaskoczony biegiem wydarzeń, nie oznaczało to jednak, że zamierzałem klękać przed każdą kałużą i składać jej ofiary w nadziei, że kiedyś zostanę wpisany na listę ulubionych wyznawców jakiegoś bóstwa wodnego i dzięki temu los już zawsze będzie nam sprzyjał. Szanowałem wiarę, owszem, w tym sensie, w jakim człowiek wychowany w naszym świecie przyjmował do wiadomości istnienie rzeczy, których nie dało się sprowadzić do prostych praw fizyki, ale nigdy nie należałem do ludzi, którzy chylili głowę, zatrzymując się przed każdym ołtarzem i traktowali każdą tradycję niczym drobiazgową instrukcję obsługi wszechświata. W opatrzność bytów wyższych wierzyłem mniej więcej w takim stopniu, w jakim wierzyłem w istnienie innych rzeczy, których mechaniki działania nie rozumiałem jeszcze od samego początku do samego końca, ale których skutki zdarzało mi się obserwować na własne oczy i odczuwać na swojej skórze, co w praktyce oznaczało, że traktowałem jej istnienie jako całkiem prawdopodobne i wolałem nie sprawdzać osobiście, jak cierpliwi potrafili być ci, którzy mieli ją zsyłać, kiedy ktoś zaczął nieopatrznie za bardzo podważać ich kompetencje - czym innym była odrobina zdrowej kpiny, czym innym zachowywanie się aż nadto heretycznie, szczególnie gdy dało się tym samym przypadkiem wywołać coś, czego później nie sposób było przekonać, żeby wróciło tam, skąd przyszło. Z rytuałami sprawa wyglądała zupełnie inaczej, ponieważ w przeciwieństwie do wiary miały fizycznie weryfikowalne zasady, odrobinę bardziej obliczalne matematycznie mechanizmy, statystycznie istotne podobieństwa w wariantach regionalnych i całkiem konkretne konsekwencje źle wykonanych albo pominiętych etapów, a to było już coś, co doskonale rozumiałem. Klątwy, obrzędy, zaklęcia ochronne, ofiary, symbole, odpowiednia kolejność gestów i dobór przedmiotów, zależności pomiędzy miejscem a tym, co próbowało się w nim osiągnąć, wszystko to należało do tej części magii, w której bardziej niż pobożność liczyła się wiedza, dlatego słysząc Prue rozważającą torfowisko, spojrzałem w stronę, o której wspomniała.
Przez sekundę obserwowałem ciemniejszy pas terenu za pobliskimi drzewami, próbując przypomnieć sobie, co właściwie wiedziałem o tutejszych wodach, zamiast od razu kiwnąć głową albo przyjąć, że każde bagienko w promieniu pięciu mil stanowiło lokalne sanktuarium.
- Bszmi spoko. - Przyznałem jej rację właściwie od razu, nawet jeśli na swój sposób, bo nie zamierzałem robić z tego żadnego szczególnie podniosłego wniosku. Znałem różnice pomiędzy wodą bieżącą, stojącą i gruntową, mineralną i destylowaną, ognistą, przegotowaną, filtrowaną i tak dalej, i tak dalej, taka w torfowisku natomiast brzmiała całkiem w porządku, jak na to, co planowaliśmy zrobić.
- Na pewno jakiś dostaniemy. - Rzuciłem, patrząc w stronę zabudowań centrum miasteczka majaczących na horyzoncie - po tym wszystkim, co się tutaj wydarzyło - w Dolinie Godryka przed sabatem ludzie pewnie sprzedawali wianki nawet tym, którzy przyszli tylko po mleko, miód i bułki z lokalnego wypieku. - A jeśli nie, znajdziemy coś, co się nada. W najgolszym lasie sam ci zlobię. - Ostatnie zdanie powiedziałem tonem kogoś, kto właśnie zaoferował jej usługę wymagającą niezwykłych umiejętności manualnych, chociaż prawda była taka, że moje ostatnie doświadczenie w tej dziedzinie skończyło się na kilku próbach splecenia roślin podczas Mabon i finalnym efekcie, którego rezultaty przypominały raczej gniazdo po bardzo zdenerwowanym ptaku niż cokolwiek, co można było z szacunkiem złożyć w dziękczynnym wotum.
Przez sekundę obserwowałem ciemniejszy pas terenu za pobliskimi drzewami, próbując przypomnieć sobie, co właściwie wiedziałem o tutejszych wodach, zamiast od razu kiwnąć głową albo przyjąć, że każde bagienko w promieniu pięciu mil stanowiło lokalne sanktuarium.
- Bszmi spoko. - Przyznałem jej rację właściwie od razu, nawet jeśli na swój sposób, bo nie zamierzałem robić z tego żadnego szczególnie podniosłego wniosku. Znałem różnice pomiędzy wodą bieżącą, stojącą i gruntową, mineralną i destylowaną, ognistą, przegotowaną, filtrowaną i tak dalej, i tak dalej, taka w torfowisku natomiast brzmiała całkiem w porządku, jak na to, co planowaliśmy zrobić.
- Na pewno jakiś dostaniemy. - Rzuciłem, patrząc w stronę zabudowań centrum miasteczka majaczących na horyzoncie - po tym wszystkim, co się tutaj wydarzyło - w Dolinie Godryka przed sabatem ludzie pewnie sprzedawali wianki nawet tym, którzy przyszli tylko po mleko, miód i bułki z lokalnego wypieku. - A jeśli nie, znajdziemy coś, co się nada. W najgolszym lasie sam ci zlobię. - Ostatnie zdanie powiedziałem tonem kogoś, kto właśnie zaoferował jej usługę wymagającą niezwykłych umiejętności manualnych, chociaż prawda była taka, że moje ostatnie doświadczenie w tej dziedzinie skończyło się na kilku próbach splecenia roślin podczas Mabon i finalnym efekcie, którego rezultaty przypominały raczej gniazdo po bardzo zdenerwowanym ptaku niż cokolwiek, co można było z szacunkiem złożyć w dziękczynnym wotum.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)