09.09.2026, 01:12 ✶
Na widok odłamanego kółka pomyślała najpierw o szufladzie z drobnicą w warsztacie ojca — tej najniższej, wiecznie zaciętej, w której leżały kołeczki, ośki oraz całe pokolenia śrub przeżywających swoich właścicieli. Znalazłoby się tam coś na tę oś…
Pisk uciął tę myśl w pół słowa.
Ramiona podeszły jej pod uszy, a palce zacisnęły się na różdżce na tyle mocno, że wyczuła krawędź własnego paznokcia w skórze. Nad głową zatrzepotało. Podniosła wzrok o ułamek za późno, żeby zobaczyć cokolwiek poza ruchem czarnych skrzydeł rozrywającym na moment ciasne prześwity między koronami. Potem gałęzie wróciły na miejsce. Cisza zeszła z powrotem na ściółkę i ułożyła się tam niczym stary, wysłużony pies, który tylko na chwilę powstał, by zaraz chwilę ułożyć się do snu.
Miała ochotę cofnąć rękę przez te kilka minionych chwil i zdjąć ją z jego barku, zanim zdążyła poklepać go po raz drugi.
— Wczoraj było spokojnie — odpowiedziała ciszej, niż zamierzała. — Ale nie zostaliśmy do ciemna.
I dopiero wypowiedziawszy to, zauważyła, jak niewiele światła zostało na rękawie jego koszuli. Błękit wypłowiał do reszty, krata rozeszła się w szarość i rozmyła, zabierając ze sobą zwyczajową znajomość sylwetki Samuela, do której zdążyła przywyknąć przez ostatnie tygodnie.
Uwaga o utalentowanej wiedźmie dotarła do niej z zupełnie niepotrzebnym ciepłem. Na krótką chwilę zrobiło jej się w środku odrobinę przestronniej, jak gdyby komplement potrafił rozsunąć żebra, między którymi sama od dawna mieściła się z trudem. Miłe, ale teraz musiała przede wszystkim niechętnie przyznać, że jej kompetencje faktycznie kończyły się w miejscu bardzo odległym od wypędzania czegokolwiek z ludzkiego ciała.
— Teleportować się mogę— zaczęła niepewnie, a może po prostu niechętnie, bo naprawdę nie miała ochoty uciekać przed jakimiś widmami — w razie czego do wejścia, tam, gdzie zaczęliśmy.
Ostrożnie przesunęła lewą stopę po ziemi, sprawdzając podparcie, bo lewej ufała mniej niż prawej i miała ku temu powody — i dopiero wtedy zorientowała się, że Samuela nie ma już tuż obok. Mówił o zawracaniu, tymczasem jego plecy oddalały się dokładnie w przeciwnym kierunku.
— Samuelu. — Ruszyła za nim, przytrzymując poły płaszcza.
Zatrzymała się przy jego ramieniu. Własną różdżkę uniosła, ale nie rzuciła zaklęcia; nie chciała na ślepo dokładać swojego do tego, które właśnie próbował wykonać. Wpatrywała się w czarne sploty gałęzi, czując pod pachami wilgoć, która przestała mieć cokolwiek wspólnego z ciepłem pożyczonego okrycia. Niepokój zbierał się w niej z opóźnieniem, przesączając się przez wszystkie te drobne, rozsądne wyjaśnienia, którymi dotąd udawało jej się trzymać go na zewnątrz. Przychodził do niej nie uderzeniem, tylko powolnym nasiąkaniem, niczym wilgoć zbierająca się w lesie.
Coś uwierało ją w biodro. Bączek. Teraz przypomniała sobie czerwony lakier na samochodziku. Czy pisk nie rozległ się czasem zaraz po chrupnięciu pod butem?
— Zaczekaj. Ten krzyk… to było wtedy, kiedy nadepnąłeś na zabawkę.
Wyciągnęła bączek i pokazała mu go na otwartej dłoni, przez moment nieco zakłopotana, jakby przyznawała się do wyniesienia drobiazgu z cudzego domu. Czyjeś dzieciństwo zmieściło jej się w garści i ona je po prostu sobie przywłaszczyła.
— A ja… wzięłam to…
Zęby bezmyślnie zeszły na drżącą wargę.
— Może odłóżmy obie.
Tymczasem coś przebiegło kilka metrów obok i zamarło. Spojrzenie Timmy samo poszło na najbliższy pień, dostatecznie gruby, żeby nie wystawał zza niego ani łokieć, ani but. Bo niczego gorszego poza człowiekiem nie chciała sobie wyobrażać.
— Teleportujmy się razem — powiedziała stanowczo, przez zęby, bo krtań i fałdy głosowe jakoś nie chciały ruszyć z pomocą.
Pisk uciął tę myśl w pół słowa.
Ramiona podeszły jej pod uszy, a palce zacisnęły się na różdżce na tyle mocno, że wyczuła krawędź własnego paznokcia w skórze. Nad głową zatrzepotało. Podniosła wzrok o ułamek za późno, żeby zobaczyć cokolwiek poza ruchem czarnych skrzydeł rozrywającym na moment ciasne prześwity między koronami. Potem gałęzie wróciły na miejsce. Cisza zeszła z powrotem na ściółkę i ułożyła się tam niczym stary, wysłużony pies, który tylko na chwilę powstał, by zaraz chwilę ułożyć się do snu.
Miała ochotę cofnąć rękę przez te kilka minionych chwil i zdjąć ją z jego barku, zanim zdążyła poklepać go po raz drugi.
— Wczoraj było spokojnie — odpowiedziała ciszej, niż zamierzała. — Ale nie zostaliśmy do ciemna.
I dopiero wypowiedziawszy to, zauważyła, jak niewiele światła zostało na rękawie jego koszuli. Błękit wypłowiał do reszty, krata rozeszła się w szarość i rozmyła, zabierając ze sobą zwyczajową znajomość sylwetki Samuela, do której zdążyła przywyknąć przez ostatnie tygodnie.
Uwaga o utalentowanej wiedźmie dotarła do niej z zupełnie niepotrzebnym ciepłem. Na krótką chwilę zrobiło jej się w środku odrobinę przestronniej, jak gdyby komplement potrafił rozsunąć żebra, między którymi sama od dawna mieściła się z trudem. Miłe, ale teraz musiała przede wszystkim niechętnie przyznać, że jej kompetencje faktycznie kończyły się w miejscu bardzo odległym od wypędzania czegokolwiek z ludzkiego ciała.
— Teleportować się mogę— zaczęła niepewnie, a może po prostu niechętnie, bo naprawdę nie miała ochoty uciekać przed jakimiś widmami — w razie czego do wejścia, tam, gdzie zaczęliśmy.
Ostrożnie przesunęła lewą stopę po ziemi, sprawdzając podparcie, bo lewej ufała mniej niż prawej i miała ku temu powody — i dopiero wtedy zorientowała się, że Samuela nie ma już tuż obok. Mówił o zawracaniu, tymczasem jego plecy oddalały się dokładnie w przeciwnym kierunku.
— Samuelu. — Ruszyła za nim, przytrzymując poły płaszcza.
Zatrzymała się przy jego ramieniu. Własną różdżkę uniosła, ale nie rzuciła zaklęcia; nie chciała na ślepo dokładać swojego do tego, które właśnie próbował wykonać. Wpatrywała się w czarne sploty gałęzi, czując pod pachami wilgoć, która przestała mieć cokolwiek wspólnego z ciepłem pożyczonego okrycia. Niepokój zbierał się w niej z opóźnieniem, przesączając się przez wszystkie te drobne, rozsądne wyjaśnienia, którymi dotąd udawało jej się trzymać go na zewnątrz. Przychodził do niej nie uderzeniem, tylko powolnym nasiąkaniem, niczym wilgoć zbierająca się w lesie.
Coś uwierało ją w biodro. Bączek. Teraz przypomniała sobie czerwony lakier na samochodziku. Czy pisk nie rozległ się czasem zaraz po chrupnięciu pod butem?
— Zaczekaj. Ten krzyk… to było wtedy, kiedy nadepnąłeś na zabawkę.
Wyciągnęła bączek i pokazała mu go na otwartej dłoni, przez moment nieco zakłopotana, jakby przyznawała się do wyniesienia drobiazgu z cudzego domu. Czyjeś dzieciństwo zmieściło jej się w garści i ona je po prostu sobie przywłaszczyła.
— A ja… wzięłam to…
Zęby bezmyślnie zeszły na drżącą wargę.
— Może odłóżmy obie.
Tymczasem coś przebiegło kilka metrów obok i zamarło. Spojrzenie Timmy samo poszło na najbliższy pień, dostatecznie gruby, żeby nie wystawał zza niego ani łokieć, ani but. Bo niczego gorszego poza człowiekiem nie chciała sobie wyobrażać.
— Teleportujmy się razem — powiedziała stanowczo, przez zęby, bo krtań i fałdy głosowe jakoś nie chciały ruszyć z pomocą.
Kocham drewno i duże bicepsy.