09.09.2026, 08:03 ✶
– Zastanawiam się, czemu nikt tego nie znalazł… To znaczy Brygadziści mogli na to po prostu spojrzeć i uznać, że to nic ważnego, ale skoro nikt z towarzystwa nie zwrócił na nie uwagi, chyba znaczy to, że serio niewiele osób miało tutaj dostęp.
Ktoś wejść musiał i przynajmniej powinien się rozejrzeć, skoro kradzież zgłoszono. Nawet jeżeli od razu wezwali Brygadę, zwykle naturalne w takiej sytuacji było też rozglądanie się na własną rękę. Jedna, dwie osoby mogły jeszcze nie zauważyć tego wszystkiego, ale kilka?
– Czy ta kobieta, która opiekowała się mandragorami, nie jest Irlandką albo coś takiego? – dopytała jeszcze, bo zdaje się, że ona była jedną z tych, których nie udało się przesłuchać. Czy irlandzki mógł brzmieć w ten sposób? Do Hogwartu chodzili i Irlandczycy, ale raczej rzadko mówili w gaelickim, Bren więc w pierwszej chwili jakoś odruchowo założyła, że to co czyta Victoria to łacina…
Tkwiła w kręgu przez długą chwilę. Nie była pewna, dlaczego niczego nie widzi: czy to wciąż tkwiący gdzieś pod skórą lęk przed ogniem przejmował nad nią władzę i blokował umiejętność, czy nie osiadło tu dostatecznie dużo emocji, ale w końcu musiała się poddać. Westchnęła.
– Przykro mi. Nie wiem, czy nie zostało tu dość śladów, czy złodziej był oklumentą, czy to ja, ale nic nie przychodzi… – powiedziała, otwierając oczy. – Zgasisz je?
Nie zamarła wprawdzie z przerażenia, nie czuła ataku paniki – jedynie nieprzyjemny ścisk w żołądku – ale wolała nie próbować robić tego sama, na wypadek, gdyby nie wyszło, ani nie przestępować nad nimi, póki płoną. Dopiero jeśli Victoria to zrobiła wstała, a potem zebrała świece.
– To co? Na zewnątrz, czy sądzisz, że może tu być coś jeszcze? – spytała, rzucając ostatnie spojrzenie tubom, zanim ruszyła ku wyjściu, a potem znaleźć miejsce za tą ścianą. Po takim czasie ślady pewnie znikną, ale chciała rozejrzeć się za możliwą ścieżką, jaką ktoś mógł obrać, i na wszelki wypadek pokręcić się też w pobliżu jako wilk.
Ktoś wejść musiał i przynajmniej powinien się rozejrzeć, skoro kradzież zgłoszono. Nawet jeżeli od razu wezwali Brygadę, zwykle naturalne w takiej sytuacji było też rozglądanie się na własną rękę. Jedna, dwie osoby mogły jeszcze nie zauważyć tego wszystkiego, ale kilka?
– Czy ta kobieta, która opiekowała się mandragorami, nie jest Irlandką albo coś takiego? – dopytała jeszcze, bo zdaje się, że ona była jedną z tych, których nie udało się przesłuchać. Czy irlandzki mógł brzmieć w ten sposób? Do Hogwartu chodzili i Irlandczycy, ale raczej rzadko mówili w gaelickim, Bren więc w pierwszej chwili jakoś odruchowo założyła, że to co czyta Victoria to łacina…
Tkwiła w kręgu przez długą chwilę. Nie była pewna, dlaczego niczego nie widzi: czy to wciąż tkwiący gdzieś pod skórą lęk przed ogniem przejmował nad nią władzę i blokował umiejętność, czy nie osiadło tu dostatecznie dużo emocji, ale w końcu musiała się poddać. Westchnęła.
– Przykro mi. Nie wiem, czy nie zostało tu dość śladów, czy złodziej był oklumentą, czy to ja, ale nic nie przychodzi… – powiedziała, otwierając oczy. – Zgasisz je?
Nie zamarła wprawdzie z przerażenia, nie czuła ataku paniki – jedynie nieprzyjemny ścisk w żołądku – ale wolała nie próbować robić tego sama, na wypadek, gdyby nie wyszło, ani nie przestępować nad nimi, póki płoną. Dopiero jeśli Victoria to zrobiła wstała, a potem zebrała świece.
– To co? Na zewnątrz, czy sądzisz, że może tu być coś jeszcze? – spytała, rzucając ostatnie spojrzenie tubom, zanim ruszyła ku wyjściu, a potem znaleźć miejsce za tą ścianą. Po takim czasie ślady pewnie znikną, ale chciała rozejrzeć się za możliwą ścieżką, jaką ktoś mógł obrać, i na wszelki wypadek pokręcić się też w pobliżu jako wilk.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.