09.09.2026, 12:19 ✶
Nie byłem zwolennikiem przewidywania katastrof na podstawie samego kalendarza, ale rozumiałem ten tok rozumowania, jeżeli więc istniała możliwość, że podczas Samhain mogło wydarzyć się coś nieprzyjemnego, a zrobienie kilku prostych rzeczy było w stanie zmniejszyć ponoszone przez nas ryzyko, nie widziałem powodu, żeby z tej możliwości rezygnować tylko dlatego, że nie spędzałem życia na składaniu pokłonów przed bóstwami - miałem już wystarczająco dużo powodów, żeby mieć pretensje do własnej głupoty, nie potrzebowałem kolejnych, zwłaszcza tak błahych, wolałem popełniać znacznie bardziej efektowne pomyłki niż faux pas związane z ofiarami wotywnymi - skinąłem głową, całkiem zadowolony z tego, że pierwszy element naszego planu udało się ustalić bez konieczności przeprowadzania debaty teologicznej nad klasyfikacją zbiorników wodnych.
- No i świetnie. Tolfowisko. - Powiedziałem ze śmiertelną, niemal pobożną powagą, której nie udało mi się utrzymać dłużej niż kilka sekund. - Zawsze chciałem spędziś lomantyszne popołudnie topiąc coś na mokladłach. - Nie było w tym zresztą nic szczególnie niezwykłego, kiedy było się nami, z jakiegoś powodu nasze małżeństwo obejmowało znacznie więcej spacerów po miejscach, w których normalni ludzie nie mieli żadnego interesu przebywać, niż początkowo zakładałem, nie narzekałem jednak - w gruncie rzeczy odpowiadało mi to bardziej, niż powinno, chociaż wspomniane mokradła, bagna i torfowiska nasuwały mi osobiście na myśl topienie zwłok, nie wianków, co też pewnie bylibyśmy w stanie razem zrobić…
Sama myśl o tym, że pierwszym punktem naszego wielkiego przygotowania do Samhain było znalezienie odpowiedniej wody, wydawała mi się zresztą nawet zabawna, ale nie zamierzałem jej tego mówić w sposób, który mógłby zabrzmieć nazbyt lekceważąco - zbiorniki wodne miały swoje klasyfikacje, tradycje lokalne również, a torfowiska rzeczywiście pojawiały się nawet w starszych praktykach ofiarnych, szczególnie tam, gdzie cienka granica pomiędzy wodą, ziemią i tym, co znajdowało się pod nią, była traktowana jako istotna część obrzędu - nie potrzebowałem przy tym udawać uczonego kapłana, bo większość rzeczy, które wiedziałem, pochodziła z praktyki, nie z siedzenia nad księgami w oczekiwaniu na objawienie. Nie zamierzałem robić z rytuału farsy, rzecz jasna, ale drobna dawka zdrowego powątpiewania zawsze pomagała mi zachować równowagę pomiędzy szacunkiem dla niedostrzegalnego a świętojebliwością, której nie posiadałem i nie planowałem sobie przyswajać. Jeżeli coś miało zadziałać, chciałem wiedzieć dlaczego, a jeżeli nie wiedziałem, dlaczego działało, chciałem przynajmniej wiedzieć, czego nie należało robić - to zwykle wystarczało, żeby przeżyć, gdyż z mojego doświadczenia magia nie przejmowała się aż tak znowu szczególnie tym, czy człowiek był pobożny, reagowała za to na intencję, składniki, miejsce, czas i sposób wykonania, i tylko czasem również na rzeczy, których nikt nie potrafił rozsądnie wyjaśnić - może to właśnie była ta część związana z duchowością, nie wykluczałem tej możliwości, lecz również zbytnio jej nie analizowałem.
Gdy nasza rozmowa przeszła na sezonowe stoiska, praktycznie od razu spojrzałem w stronę zabudowań, bo jeżeli Dolina rzeczywiście zaczynała przygotowywać się do Samhain, co było naturalną koleją rzeczy, znalezienie odpowiedniego wianka nie powinno było stanowić większego problemu - ludzie mieli niezwykły talent do robienia interesu ze wszystkiego, co tylko w jakimkolwiek stopniu dało się powiązać z jakimkolwiek świętem, więc na pewno stały tam już jakieś stragany.
- Oczywiście, sze umiałbym. - Odpowiedziałem zdecydowanie szybciej, niż powinienem, patrząc na nią z niedowierzaniem, bo chociaż pytanie samo w sobie było niewinne, sposób, w jaki je zadała, był już wyraźną prowokacją - nie zamierzałem, oczywiście, przyznać, że moje zdolności manualne obracały się wyłącznie gdzieś w okolicy zajęć, które wymagały przede wszystkim siły, szybkości reakcji albo czystej technicznej znajomości mechanizmu, a nie delikatnego przeplatania łodyżek wielkimi paluchami - co to, to nie. - Co to za pytanie? - Uniosłem brodę odrobinę wyżej i spojrzałem na nią z urażoną dumą, chociaż sam doskonale wiedziałem, że posiadane przeze mnie umiejętności w zakresie rzemieślnictwa zwykle kończyły się tam, gdzie zaczynała się potrzeba wykonania czegoś dekoracyjnego. Potrafiłem rozbrajać klątwy, składać fragmenty artefaktów, nakładać pieczęcie, pracować z zabezpieczeniami, czasem nawet zszyć ranę, kiedy sytuacja tego wymagała, ale wianek był zupełnie inną kategorią wyzwania, to było zadanie artystyczne, a zatem potencjalnie niebezpieczne dla mojego dobrego imienia. Przede wszystkim jednak była to moja żona, przecież nie mogłem teraz wycofać się z nieopatrznie rzuconych słów i powiedzieć, że nie umiałem zrobić wianka, bo równie dobrze mógłbym od razu oddać jej swoją różdżkę, płaszcz i resztki męskiej godności.
- Umiem zlobiś wiele zaskakujących szeszy, Sunny. Wianek zadowalający bóstwa jest zdecydowanie w zaklesie moich kompetencji. - Ostatnie słowo wypowiedziałem z takim naciskiem, jakbym właśnie referował jej zakres uprawnień zawodowych, a nie próbował przekonać ją, że bym tego nie zjebał, wewnątrz jednak naprawdę liczyłem na to, iż w miasteczku miało się znaleźć coś, co zaspokoiłoby wysokie standardy Prudence i dzięki temu nie musiałbym jej tego udowadniać…
- No i świetnie. Tolfowisko. - Powiedziałem ze śmiertelną, niemal pobożną powagą, której nie udało mi się utrzymać dłużej niż kilka sekund. - Zawsze chciałem spędziś lomantyszne popołudnie topiąc coś na mokladłach. - Nie było w tym zresztą nic szczególnie niezwykłego, kiedy było się nami, z jakiegoś powodu nasze małżeństwo obejmowało znacznie więcej spacerów po miejscach, w których normalni ludzie nie mieli żadnego interesu przebywać, niż początkowo zakładałem, nie narzekałem jednak - w gruncie rzeczy odpowiadało mi to bardziej, niż powinno, chociaż wspomniane mokradła, bagna i torfowiska nasuwały mi osobiście na myśl topienie zwłok, nie wianków, co też pewnie bylibyśmy w stanie razem zrobić…
Sama myśl o tym, że pierwszym punktem naszego wielkiego przygotowania do Samhain było znalezienie odpowiedniej wody, wydawała mi się zresztą nawet zabawna, ale nie zamierzałem jej tego mówić w sposób, który mógłby zabrzmieć nazbyt lekceważąco - zbiorniki wodne miały swoje klasyfikacje, tradycje lokalne również, a torfowiska rzeczywiście pojawiały się nawet w starszych praktykach ofiarnych, szczególnie tam, gdzie cienka granica pomiędzy wodą, ziemią i tym, co znajdowało się pod nią, była traktowana jako istotna część obrzędu - nie potrzebowałem przy tym udawać uczonego kapłana, bo większość rzeczy, które wiedziałem, pochodziła z praktyki, nie z siedzenia nad księgami w oczekiwaniu na objawienie. Nie zamierzałem robić z rytuału farsy, rzecz jasna, ale drobna dawka zdrowego powątpiewania zawsze pomagała mi zachować równowagę pomiędzy szacunkiem dla niedostrzegalnego a świętojebliwością, której nie posiadałem i nie planowałem sobie przyswajać. Jeżeli coś miało zadziałać, chciałem wiedzieć dlaczego, a jeżeli nie wiedziałem, dlaczego działało, chciałem przynajmniej wiedzieć, czego nie należało robić - to zwykle wystarczało, żeby przeżyć, gdyż z mojego doświadczenia magia nie przejmowała się aż tak znowu szczególnie tym, czy człowiek był pobożny, reagowała za to na intencję, składniki, miejsce, czas i sposób wykonania, i tylko czasem również na rzeczy, których nikt nie potrafił rozsądnie wyjaśnić - może to właśnie była ta część związana z duchowością, nie wykluczałem tej możliwości, lecz również zbytnio jej nie analizowałem.
Gdy nasza rozmowa przeszła na sezonowe stoiska, praktycznie od razu spojrzałem w stronę zabudowań, bo jeżeli Dolina rzeczywiście zaczynała przygotowywać się do Samhain, co było naturalną koleją rzeczy, znalezienie odpowiedniego wianka nie powinno było stanowić większego problemu - ludzie mieli niezwykły talent do robienia interesu ze wszystkiego, co tylko w jakimkolwiek stopniu dało się powiązać z jakimkolwiek świętem, więc na pewno stały tam już jakieś stragany.
- Oczywiście, sze umiałbym. - Odpowiedziałem zdecydowanie szybciej, niż powinienem, patrząc na nią z niedowierzaniem, bo chociaż pytanie samo w sobie było niewinne, sposób, w jaki je zadała, był już wyraźną prowokacją - nie zamierzałem, oczywiście, przyznać, że moje zdolności manualne obracały się wyłącznie gdzieś w okolicy zajęć, które wymagały przede wszystkim siły, szybkości reakcji albo czystej technicznej znajomości mechanizmu, a nie delikatnego przeplatania łodyżek wielkimi paluchami - co to, to nie. - Co to za pytanie? - Uniosłem brodę odrobinę wyżej i spojrzałem na nią z urażoną dumą, chociaż sam doskonale wiedziałem, że posiadane przeze mnie umiejętności w zakresie rzemieślnictwa zwykle kończyły się tam, gdzie zaczynała się potrzeba wykonania czegoś dekoracyjnego. Potrafiłem rozbrajać klątwy, składać fragmenty artefaktów, nakładać pieczęcie, pracować z zabezpieczeniami, czasem nawet zszyć ranę, kiedy sytuacja tego wymagała, ale wianek był zupełnie inną kategorią wyzwania, to było zadanie artystyczne, a zatem potencjalnie niebezpieczne dla mojego dobrego imienia. Przede wszystkim jednak była to moja żona, przecież nie mogłem teraz wycofać się z nieopatrznie rzuconych słów i powiedzieć, że nie umiałem zrobić wianka, bo równie dobrze mógłbym od razu oddać jej swoją różdżkę, płaszcz i resztki męskiej godności.
- Umiem zlobiś wiele zaskakujących szeszy, Sunny. Wianek zadowalający bóstwa jest zdecydowanie w zaklesie moich kompetencji. - Ostatnie słowo wypowiedziałem z takim naciskiem, jakbym właśnie referował jej zakres uprawnień zawodowych, a nie próbował przekonać ją, że bym tego nie zjebał, wewnątrz jednak naprawdę liczyłem na to, iż w miasteczku miało się znaleźć coś, co zaspokoiłoby wysokie standardy Prudence i dzięki temu nie musiałbym jej tego udowadniać…
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)