Trudno było właściwie stwierdzić na jakiej podstawie powinni założyć ile to jest wystarczająco, tyle ile udźwigną brzmiało całkiem rozsądnie, czy było to jednak ich maksimum? Pewnie mogliby dorzucić jeszcze jeden patyk, czy dwa, ale bez sensu było to robić, bo równie dobrze dodanie kolejnej gałązki mogłoby spowodować, że ich konstrukcja spektakularnie jebnie. Była zadowolona z efektu swojej pracy, niosła cały ten chrust bardzo dzielnie, mimo, że przysłaniał jej widoczność, ale była przecież bardzo zwinna. Wszystko powinno się udać, nie miała wątpliwości, że doniesie każdą z tych gałązek na miejsce.
Szli i szli, skrót nie wydawał jej się być skrótem, pewnie przez to, że te gałęzie ważyły swoje, ale nie narzekała, nie należała do tych marudnych osób, którym nic się nie podobało. Benjy na pewno wiedział co robi, musiał wiedzieć, inaczej przecież nie szedłby tak pewnie przed siebie. No, aż w końcu stanął, przez co odbiła się od niego niemalże tak jak od ceglanego muru - on zapewne nawet tego nie poczuł w przeciwieństwie do niej. Na szczęście ani jeden patyczek nie wypadł z jej pięknej konstrukcji, wtedy bowiem mogłaby się zirytować.
Znaleźli się więc na opuszczonym cmentarzu, który leżał na działce jego znajomych. Fantastycznie, nie mogło być lepiej. Ruda nie była jakąś ogromną fanką cmentarzy, bo niby dlaczego? Co było ciekawego w trupach leżących pod ziemią? Zresztą Little Hangleton kojarzyło jej się z trupami wychodzącymi z błota… Tutaj pierwszy raz widziała żywe trupy, gdy znalazła się na mglistych mokradłach. Na samą myśl o tym wspomnieniu się skrzywiła, pamiętała jak wtedy obrzygała sobie buty.
- Byłaby zachwycona? Dziwne ma upodobania. - Nie do końca chyba znała kogoś kto lubiłby cmentarze, ludzie raczej pojawiali się na nich, zostawiali kwiaty, palili świeczkę i tyle ich widziano. Co mogło być fajnego w takich miejscach? Ludzie mieli różne zainteresowania…
Zaczęła iść z chrustem na rękach, bo szkoda by było, żeby ktoś jej go teraz podpierdolił, żywy, czy też martwy. Nie miała pojęcia, czy umarlaki również zbierały patyki na sabat, jeśli tak, to była dzisiaj wyjątkowo przezorna.
- Jesteś pewien, że żaden truposz nie postanowi podpierdolić mi moich zbiorów? - Niby zostawił swoje, to oznaczałoby, że ufał swojemu osądowi. W końcu ciężko westchnęła i nachyliła się tak, żeby zrzucić swoje patyki w jedną kupkę. Poprawiła ją tak, aby wszystko było ładnie ułożone i nie daj Merlinie nikt nie zabrał jej chociaż patyka.
Ruszyła w kierunku swojego towarzysza, przystanęła tuż za nim - obserwowała jak ten zeskrobywał mech z nagrobka. Nie wydawało jej się, aby nazwiska, które tutaj znajdą cokolwiek im powiedziały, no, ale skoro chciał sobie je sprawdzić, to nie zamierzała mu w tym przeszkadzać. No i wtedy, zupełnie znikąd pojawił się on…
Wyleciał chyba zza nagrobka, tak właściwie to tego nie zarejestrowała, bo zrobił to bardzo szybko. Był to duch, no wyglądał jak duch, jego postać wyglądała jednak bardzo charakterystycznie - włosy miał długie, ulizane, ubrany był w szaty sprzed kilku epok. Podleciał do Benjy'ego i wydusił z siebie - BLABLABLA - Potem odleciał na chwilę i zaatakował go z drugiej strony, zbliżając swoją twarz trochę zbyt blisko jego twarzy, kolejne BLABLABLA zostało przez niego powiedziane, wtedy kichnął i odpadł mu nos. Odfrunął nieco dalej, żeby odłożyć go sobie na miejsce.