09.09.2026, 17:39 ✶
Uśmiechnąłem się pod nosem, kiedy określiła swoje pytanie mianem „weryfikującego”, bo brzmiało to zdecydowanie lepiej niż „sprawdzałam, czy nie kłamiesz”, chociaż sens pozostawał podejrzanie podobny, nie zamierzałem się jednak obrażać, zwłaszcza że doskonale wiedziałem, iż sam sprowokowałem całą sytuację, odpowiadając z taką pewnością, jakbym od urodzenia zajmował się rękodziełem i posiadał własną pracownię wianków przy Pokątnej. Prawda przedstawiała się nieco mniej korzystnie, ale nie musiała być w tej chwili przedmiotem publicznej dyskusji - byłem uparty, ona była ciekawska, po tylu latach znajomości i w obliczu małżeństwa oboje powinniśmy byli już wiedzieć, że z połączenia tych dwóch cech najczęściej wynikały rzeczy, których efektów nie tak trudno było się domyślić - oczywiście, że musiałem potraktować jej „pytanie weryfikacyjne” tak, jakbym właśnie został postawiony przed komisją, która miała rozstrzygnąć, czy nie pierdoliłem od rzeczy, bo doskonale wiedziałem, iż Prue bardzo świadomie chciała sprawdzić, czy nie fantazjowałem sobie przypadkiem na temat własnych zdolności. Fantazjowałem, rzecz jasna, ale skoro już raz powiedziałem, że potrafię zrobić wianek, nie zamierzałem teraz wycofywać się z tej deklaracji tylko dlatego, że przypomniałem sobie o własnych ograniczeniach manualnych. Właściwie właśnie cała sprawa przestała być zwykłym dodatkiem do rytuału, a zaczęła być kwestią mojego honoru, co prawda, nadal nie wiedziałem, dlaczego tak szybko dawałem się wciągnąć w te idiotyczne rywalizacje z własną żoną, ale chyba właśnie dlatego, że Prue bardzo dobrze wiedziała, gdzie nacisnąć, żeby uruchomić we mnie tę gówniarską potrzebę udowodnienia, że potrafiłem zrobić coś, czego nikt ode mnie nie oczekiwał.
- A więc welyfikujące… - Powtórzyłem, przytakując powoli, jakbym właśnie otrzymał bardzo ważne wyjaśnienie dotyczące charakteru przesłuchania. - Dobsze wiedzieś. W takim lasie będę pamiętał, sze kiedy następnym lasem zapytasz, czy potlafię coś zlobiś, nie będzie to zwykła ciekawość, tylko plóba podwaszenia mojego dolobku zawodowego i leputasji. - Nie potrafiłem powstrzymać krzywego uśmiechu, szczególnie kiedy zaraz potem zapewniła mnie, że wcale nie wątpiła w zakres moich kompetencji, to było nawet miłe, chociaż sposób, w jaki to powiedziała, tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że bardzo dobrze wiedziała, co robi. - Cieszę się, sze mamy to wyjaśnione. Obawiałem się pszes chwilę, sze po tylu latach nadal bespodstawnie lekcewaszysz moją lenomę człowieka pełnego uklytych talentów. - Zerknąłem na nią z ukosa, a potem pozwoliłem sobie na krótką pauzę, zanim dodałem. - Jest ich zlesztą więcej, nisz moszesz zakładaś, ale nie będę psuł ci niespodzianki. - To ostatnie powiedziałem już z uniesieniem brwi i odchrząknięciem, bo tak naprawdę nie miałem najmniejszego zamiaru wyciągać z dupy historii na temat moich domniemanych osiągnięć w zakresie florystyki, rzemieślnictwa czy innego gówna, ale nie zamierzałem także dopuścić do własnej hańby.
Później jednak Dolina Godryka postanowiła rozwiązać mój problem za mnie, im bliżej centrum podchodziliśmy, tym wyraźniej widziałem bowiem ludzi kręcących się pomiędzy stoiskami, skrzynie z kwiatami i ziołami, suszone wiązki zawieszone pod płóciennymi daszkami, świece poustawiane w równych rzędach i wszelkiego rodzaju drobiazgi, które sprzedawcy najwyraźniej uznali za niezbędne każdemu czarodziejowi planującemu przeżyć Samhain w sposób zgodny z tradycją.
- No, plosę. - Mruknąłem, przechylając głowę. - Jakiesz to pszykle. Chyba musimy jakieś kupiś. - Przesunąłem spojrzeniem po najbliższych nam wiankach, a potem po następnym stole, na którym znajdowały się gotowe kompozycje przygotowane przez lokalnych rzemieślników. Zawiesiłem głos, po czym dodałem z pełną powagą. - Chociasz, oczywiście, gdyby szadnego gotowego nie było, zlobiłbym taki, sze musiałabyś potem długo pszekonywaś bóstwa wodne, sze naplawdę zlobiłem go sam. - Skrzywiłem wargi, kiwając do siebie głową, miałem jeszcze wystarczająco dużo godności, żeby nie pozwolić, aby Prue zobaczyła, jak bardzo ucieszyłem się na widok gotowych darów. - Ten odpada. Za duszo suszonej lawendy. - Wskazałem jeden z nich. - Ten tesz. Ma szelasne dluty. Ten wygląda dobsze, ale tutaj ktoś wsadził jagody ostlokszewu, więc do wody tesz bym go nie blał. Ten natomiast… - Nachyliłem się nad kolejnym i obejrzałem go dokładniej. - Ekhm. - Skierowałem ten komentarz tylko do niej, porozumiewawczo kręcąc głową, ponieważ wydawało mi się, że oboje wyraźnie widzieliśmy, jak bardzo nic na tym konkretnym straganie nie nadawało się do przeprowadzenia rytuału. Mimo to zostałem jeszcze chwilę przy stoisku, oglądając kolejne wianki i udając, że odczuwałem lekkie rozczarowanie tym, iż moje rzekome, tajemnicze zdolności florystyczne nie miały zostać dziś wystawione na próbę.
- A więc welyfikujące… - Powtórzyłem, przytakując powoli, jakbym właśnie otrzymał bardzo ważne wyjaśnienie dotyczące charakteru przesłuchania. - Dobsze wiedzieś. W takim lasie będę pamiętał, sze kiedy następnym lasem zapytasz, czy potlafię coś zlobiś, nie będzie to zwykła ciekawość, tylko plóba podwaszenia mojego dolobku zawodowego i leputasji. - Nie potrafiłem powstrzymać krzywego uśmiechu, szczególnie kiedy zaraz potem zapewniła mnie, że wcale nie wątpiła w zakres moich kompetencji, to było nawet miłe, chociaż sposób, w jaki to powiedziała, tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że bardzo dobrze wiedziała, co robi. - Cieszę się, sze mamy to wyjaśnione. Obawiałem się pszes chwilę, sze po tylu latach nadal bespodstawnie lekcewaszysz moją lenomę człowieka pełnego uklytych talentów. - Zerknąłem na nią z ukosa, a potem pozwoliłem sobie na krótką pauzę, zanim dodałem. - Jest ich zlesztą więcej, nisz moszesz zakładaś, ale nie będę psuł ci niespodzianki. - To ostatnie powiedziałem już z uniesieniem brwi i odchrząknięciem, bo tak naprawdę nie miałem najmniejszego zamiaru wyciągać z dupy historii na temat moich domniemanych osiągnięć w zakresie florystyki, rzemieślnictwa czy innego gówna, ale nie zamierzałem także dopuścić do własnej hańby.
Później jednak Dolina Godryka postanowiła rozwiązać mój problem za mnie, im bliżej centrum podchodziliśmy, tym wyraźniej widziałem bowiem ludzi kręcących się pomiędzy stoiskami, skrzynie z kwiatami i ziołami, suszone wiązki zawieszone pod płóciennymi daszkami, świece poustawiane w równych rzędach i wszelkiego rodzaju drobiazgi, które sprzedawcy najwyraźniej uznali za niezbędne każdemu czarodziejowi planującemu przeżyć Samhain w sposób zgodny z tradycją.
- No, plosę. - Mruknąłem, przechylając głowę. - Jakiesz to pszykle. Chyba musimy jakieś kupiś. - Przesunąłem spojrzeniem po najbliższych nam wiankach, a potem po następnym stole, na którym znajdowały się gotowe kompozycje przygotowane przez lokalnych rzemieślników. Zawiesiłem głos, po czym dodałem z pełną powagą. - Chociasz, oczywiście, gdyby szadnego gotowego nie było, zlobiłbym taki, sze musiałabyś potem długo pszekonywaś bóstwa wodne, sze naplawdę zlobiłem go sam. - Skrzywiłem wargi, kiwając do siebie głową, miałem jeszcze wystarczająco dużo godności, żeby nie pozwolić, aby Prue zobaczyła, jak bardzo ucieszyłem się na widok gotowych darów. - Ten odpada. Za duszo suszonej lawendy. - Wskazałem jeden z nich. - Ten tesz. Ma szelasne dluty. Ten wygląda dobsze, ale tutaj ktoś wsadził jagody ostlokszewu, więc do wody tesz bym go nie blał. Ten natomiast… - Nachyliłem się nad kolejnym i obejrzałem go dokładniej. - Ekhm. - Skierowałem ten komentarz tylko do niej, porozumiewawczo kręcąc głową, ponieważ wydawało mi się, że oboje wyraźnie widzieliśmy, jak bardzo nic na tym konkretnym straganie nie nadawało się do przeprowadzenia rytuału. Mimo to zostałem jeszcze chwilę przy stoisku, oglądając kolejne wianki i udając, że odczuwałem lekkie rozczarowanie tym, iż moje rzekome, tajemnicze zdolności florystyczne nie miały zostać dziś wystawione na próbę.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)