Wczoraj, 23:40 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: Wczoraj, 23:43 przez Benjy Fenwick.)
Z perspektywy kilku kroków dalej cmentarz rzeczywiście miał w sobie coś interesującego, stare kamienie, cisy, przekrzywione metalowe ogrodzenia i zarośnięte płyty tworzyły całkiem ciekawą całość, może nie powiedziałbym, że był szczególnie przytulny, bo trudno było nazwać „przytulnym” miejsce pełne rozłożonych ciał, popękanych płyt i drzew rosnących pomiędzy mogiłami, czasami nawet w nich, ale miał swoją atmosferę. Spojrzałem jeszcze raz na stare nagrobki, po czym kiwnąłem głową i wzruszyłem ramionami, właściwie Heather miała rację, nie było sensu rozwodzić się nad tym, co kogo bawiło, jedni lubili cmentarze, inni lubili Quidditcha, jeszcze inni najwyraźniej mieli wystarczająco dużo wolnego czasu, żeby pisać do mnie listy z pogróżkami - każdy znajdował sobie własny sposób na spędzanie życia - niektóre były tylko zdecydowanie bardziej angażujące od pozostałych. Podobało mi się raczej to, że miejsce było autentycznie stare i najwyraźniej przez lata pozostawione własnemu losowi, bo takie zwykle niosły ze sobą nawet więcej historii niż wypucowane rodzinne posiadłości, w których każdy kamień wmurowano pod odpowiednim kątem.
- Znam kogoś, kto hodował w słoikach własne baktelie i nazywał je „kolekcją”, więc naplawdę daleko mi do oceniania cudzych zaintelesowań. - Rzuciłem, dochodząc do wniosku, że w zestawieniu z kolekcjonowaniem niektórej materii ożywionej, martwi ludzie rzeczywiście zaczynali wyglądać całkiem sympatycznie.
Byłem zresztą ostatnią osobą, która powinna prowadzić wykład o normalności.
- No’ok, uznaję, pszynajmniej nie powiedziałaś „kaltofel”. - Pokręciłem głową, po czym napiłem się z butelki, znowu wzruszywszy ramionami. Nie zamierzałem nawet udawać, że nagle odkrywaliśmy wielką filozoficzną prawdę o nieocenianiu książek po okładce. Wiedziałem, jak wyglądałem, wiedziałem, co robiłem, wiedziałem też, że na pierwszy rzut oka nie sprawiałem wrażenia szczególnie bezpiecznej inwestycji jakichkolwiek towarzyskich zasobów, szczególnie małżeńskich czy przyjacielskich - po tylu latach życia z własnym odbiciem człowiek mojego pokroju raczej przyzwyczajał się do tego, że nie wszystkim przypadnie do gustu jego wygląd, sposób bycia czy decyzje podejmowane o trzeciej w nocy - nie miałem szczególnych złudzeń co do własnej aparycji, zresztą nigdy nie próbowałem wyglądać jak perfekcyjny, wymuskany, wylizany przez hipogryfa kandydat z katalogu eleganckich czarodziejów przeznaczonych do wydania za mąż przez konserwatywne rodziny, a skoro przy pierwszym spotkaniu można mnie było wziąć za Śmierciożercę, to chyba również nie świadczyło szczególnie dobrze o moim wizerunku.
- Spokojnie. Nikt ci ich nie zajebie. - Wskazałem jej kupkę brodą. - A jeśli jakiś tlup splóbuje, pozwolę ci go pobiś. - Fartownie te tu musiały mieć bardzo kruche kości. - Nie mam zamialu wchodziś między ciebie a chlust, to byłaby zwyczajna głupota. - Przy ostatnim zdaniu uśmiechnąłem się pod nosem, ale szybko wróciłem spojrzeniem do tego, co rozpościerało się przed nami, gdyż od pozostawionego chrustu nadal dużo bardziej interesowały mnie nazwiska na nagrobkach, szczególnie że niektóre były na tyle powycierane i naznaczone uszkodzeniami przez wilgotną, brytyjską aurę, iż trudno było je odczytać, więc musiały znajdować się tutaj przez szmat czasu - zastanawiałem się, czy znalazłoby się wśród nich nazwisko, które coś by mi powiedziało, ale na razie niczego nie rozpoznawałem - litery były niemal całkowicie niewyraźne, lecz pod warstwą zielonego nalotu zebranego przeze mnie paznokciem zaczynały pojawiać się kolejne fragmenty inskrypcji, pochyliłem się więc niżej, próbując je odczytać, i dopiero po chwili ponownie otworzyłem usta…
No, cóż, ewidentnie liczba lokatorów była większa niż podawano przy weryfikacji ksiąg wieczystych… Przez chwilę naprawdę nie wiedziałem, czy bardziej powinienem zająć się duchem, czy Heather, która najwyraźniej znalazła sobie najlepszą rozrywkę tego wieczoru i obserwowała całe przedstawienie z takim skupieniem, że brakowało jej chyba tylko popcornu - jej „nowy najlepszy przyjaciel” mógł być właśnie napastowany przez ducha o wyjątkowo kiepskiej dykcji, a ona stała sobie z boku i świetnie się bawiła, zamiast w czymkolwiek pomóc - zerknąłem na nią kątem oka, kiedy zachichotała, na dźwięk czego sam parsknąłem i pokręciłem głową, bo oczywiście, że nie zamierzała mi niczego ułatwiać. W sumie nie mogłem mieć o to pretensji, bo gdybym znalazł się na jej miejscu, prawdopodobnie robiłbym dokładnie to samo.
Duch najwyraźniej jednak uznał, że moja pierwsza prośba o mówienie wolniej była zaiste zaproszeniem do kontynuowania rozmowy, więc podleciał ponownie zbyt blisko mojej twarzy, tym razem wypowiadając swoje tajemnicze komunikaty znacznie wolniej i z przesadną starannością. Przechyliłem głowę, „słuchając” blablania z największym skupieniem, na jakie było mnie stać, pokiwałem nawet powoli głową, jakbym rzeczywiście analizował każde wypowiedziane przez niego słowo, chociaż w rzeczywistości nie zmieniło się absolutnie nic.
- Aha–a. - Mruknąłem twierdząco. - Blabla-bla. - Jasne, wszystko było już dla mnie kompletnie zrozumiałe. Najwyraźniej miał ogromną potrzebę przekazania mi jakiejś niezwykle ważnej informacji, ale przez śmierć utracił zdolność posługiwania się językiem, więc wdawanie się z nim w głębokie dyskusje wymagało zarówno otwartego umysłu, jak i umiejętności zachowania nieśmiertelnej powagi. Wskazałem na niego butelką absyntu, zachowując przynajmniej część z tego zestawu predyspozycji. - Nie podnoś na mnie głosu. To, sze jesteś tu gospodaszem - co prawda martwym od stu, czy iluśtam lat - nie oznacza jeszcze, sze masz plawo byś nieupszejmy. Ja tesz mam swoje glanice. - Zaznaczyłem, chociaż nie sądziłem, by miało to znacząco poprawić jakość naszego dialogu.
Duch zaczął coś mamrotać pod nosem, potem blablać głośniej, przyglądał mi się przez chwilę, po czym zrobił salto w powietrzu, najwyraźniej chcąc poprzeć swoją wypowiedź jakimś argumentem natury fizycznej, co skończyło się dokładnie tak, jak mogłem się spodziewać po poprzednim występie, czyli jego nos ponownie oderwał się od twarzy.
Nie miałem pojęcia, czy Heather gdzieś tam za mną nadal się śmiała, czy też zdążyła już umrzeć ze śmiechu, ale w tej chwili naprawdę przestało mnie to obchodzić, ponieważ po kolejnej poprawce natury pozagrobowej medycyny estetycznej powróciliśmy do dialogu, najwyraźniej znalazłszy sobie nową metodę porozumiewania się, a skoro jego język ograniczał się do jednego słowa, ja mogłem przynajmniej udowodnić, że również potrafiłem być człowiekiem niezwykle elastycznym kulturowo. - Bla? - Oparłem wolną dłoń na biodrze i przyjrzałem mu się uważnie.
Duch pokiwał głową.
- Blablabla.
Pokiwał ponownie.
- Bla-bla-bla?
Tym razem pokręcił głową.
- Bla–bla. - Zmrużyłem oczy.
- Znam kogoś, kto hodował w słoikach własne baktelie i nazywał je „kolekcją”, więc naplawdę daleko mi do oceniania cudzych zaintelesowań. - Rzuciłem, dochodząc do wniosku, że w zestawieniu z kolekcjonowaniem niektórej materii ożywionej, martwi ludzie rzeczywiście zaczynali wyglądać całkiem sympatycznie.
Byłem zresztą ostatnią osobą, która powinna prowadzić wykład o normalności.
- No’ok, uznaję, pszynajmniej nie powiedziałaś „kaltofel”. - Pokręciłem głową, po czym napiłem się z butelki, znowu wzruszywszy ramionami. Nie zamierzałem nawet udawać, że nagle odkrywaliśmy wielką filozoficzną prawdę o nieocenianiu książek po okładce. Wiedziałem, jak wyglądałem, wiedziałem, co robiłem, wiedziałem też, że na pierwszy rzut oka nie sprawiałem wrażenia szczególnie bezpiecznej inwestycji jakichkolwiek towarzyskich zasobów, szczególnie małżeńskich czy przyjacielskich - po tylu latach życia z własnym odbiciem człowiek mojego pokroju raczej przyzwyczajał się do tego, że nie wszystkim przypadnie do gustu jego wygląd, sposób bycia czy decyzje podejmowane o trzeciej w nocy - nie miałem szczególnych złudzeń co do własnej aparycji, zresztą nigdy nie próbowałem wyglądać jak perfekcyjny, wymuskany, wylizany przez hipogryfa kandydat z katalogu eleganckich czarodziejów przeznaczonych do wydania za mąż przez konserwatywne rodziny, a skoro przy pierwszym spotkaniu można mnie było wziąć za Śmierciożercę, to chyba również nie świadczyło szczególnie dobrze o moim wizerunku.
- Spokojnie. Nikt ci ich nie zajebie. - Wskazałem jej kupkę brodą. - A jeśli jakiś tlup splóbuje, pozwolę ci go pobiś. - Fartownie te tu musiały mieć bardzo kruche kości. - Nie mam zamialu wchodziś między ciebie a chlust, to byłaby zwyczajna głupota. - Przy ostatnim zdaniu uśmiechnąłem się pod nosem, ale szybko wróciłem spojrzeniem do tego, co rozpościerało się przed nami, gdyż od pozostawionego chrustu nadal dużo bardziej interesowały mnie nazwiska na nagrobkach, szczególnie że niektóre były na tyle powycierane i naznaczone uszkodzeniami przez wilgotną, brytyjską aurę, iż trudno było je odczytać, więc musiały znajdować się tutaj przez szmat czasu - zastanawiałem się, czy znalazłoby się wśród nich nazwisko, które coś by mi powiedziało, ale na razie niczego nie rozpoznawałem - litery były niemal całkowicie niewyraźne, lecz pod warstwą zielonego nalotu zebranego przeze mnie paznokciem zaczynały pojawiać się kolejne fragmenty inskrypcji, pochyliłem się więc niżej, próbując je odczytać, i dopiero po chwili ponownie otworzyłem usta…
No, cóż, ewidentnie liczba lokatorów była większa niż podawano przy weryfikacji ksiąg wieczystych… Przez chwilę naprawdę nie wiedziałem, czy bardziej powinienem zająć się duchem, czy Heather, która najwyraźniej znalazła sobie najlepszą rozrywkę tego wieczoru i obserwowała całe przedstawienie z takim skupieniem, że brakowało jej chyba tylko popcornu - jej „nowy najlepszy przyjaciel” mógł być właśnie napastowany przez ducha o wyjątkowo kiepskiej dykcji, a ona stała sobie z boku i świetnie się bawiła, zamiast w czymkolwiek pomóc - zerknąłem na nią kątem oka, kiedy zachichotała, na dźwięk czego sam parsknąłem i pokręciłem głową, bo oczywiście, że nie zamierzała mi niczego ułatwiać. W sumie nie mogłem mieć o to pretensji, bo gdybym znalazł się na jej miejscu, prawdopodobnie robiłbym dokładnie to samo.
Duch najwyraźniej jednak uznał, że moja pierwsza prośba o mówienie wolniej była zaiste zaproszeniem do kontynuowania rozmowy, więc podleciał ponownie zbyt blisko mojej twarzy, tym razem wypowiadając swoje tajemnicze komunikaty znacznie wolniej i z przesadną starannością. Przechyliłem głowę, „słuchając” blablania z największym skupieniem, na jakie było mnie stać, pokiwałem nawet powoli głową, jakbym rzeczywiście analizował każde wypowiedziane przez niego słowo, chociaż w rzeczywistości nie zmieniło się absolutnie nic.
- Aha–a. - Mruknąłem twierdząco. - Blabla-bla. - Jasne, wszystko było już dla mnie kompletnie zrozumiałe. Najwyraźniej miał ogromną potrzebę przekazania mi jakiejś niezwykle ważnej informacji, ale przez śmierć utracił zdolność posługiwania się językiem, więc wdawanie się z nim w głębokie dyskusje wymagało zarówno otwartego umysłu, jak i umiejętności zachowania nieśmiertelnej powagi. Wskazałem na niego butelką absyntu, zachowując przynajmniej część z tego zestawu predyspozycji. - Nie podnoś na mnie głosu. To, sze jesteś tu gospodaszem - co prawda martwym od stu, czy iluśtam lat - nie oznacza jeszcze, sze masz plawo byś nieupszejmy. Ja tesz mam swoje glanice. - Zaznaczyłem, chociaż nie sądziłem, by miało to znacząco poprawić jakość naszego dialogu.
Duch zaczął coś mamrotać pod nosem, potem blablać głośniej, przyglądał mi się przez chwilę, po czym zrobił salto w powietrzu, najwyraźniej chcąc poprzeć swoją wypowiedź jakimś argumentem natury fizycznej, co skończyło się dokładnie tak, jak mogłem się spodziewać po poprzednim występie, czyli jego nos ponownie oderwał się od twarzy.
Nie miałem pojęcia, czy Heather gdzieś tam za mną nadal się śmiała, czy też zdążyła już umrzeć ze śmiechu, ale w tej chwili naprawdę przestało mnie to obchodzić, ponieważ po kolejnej poprawce natury pozagrobowej medycyny estetycznej powróciliśmy do dialogu, najwyraźniej znalazłszy sobie nową metodę porozumiewania się, a skoro jego język ograniczał się do jednego słowa, ja mogłem przynajmniej udowodnić, że również potrafiłem być człowiekiem niezwykle elastycznym kulturowo. - Bla? - Oparłem wolną dłoń na biodrze i przyjrzałem mu się uważnie.
Duch pokiwał głową.
- Blablabla.
Pokiwał ponownie.
- Bla-bla-bla?
Tym razem pokręcił głową.
- Bla–bla. - Zmrużyłem oczy.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)