Dzisiaj, 01:51 ✶
Być może w tym momencie sam również nieco podpuszczałem ją do kontynuowania dyskusji, gdyż w gruncie rzeczy doskonale wiedziałem, że Prue nie próbowała podważać mojego dorobku życiowego, reputacji ani niczego podobnego, a jej sceptycyzm wobec moich rzekomych talentów wynikał przede wszystkim z tego, że znała mnie wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, iż potrafiłem zrobić rzecz kompletnie nierozsądną tylko dlatego, że ktoś powiedział mi, że prawdopodobnie jej nie zrobię. Była to cecha, którą posiadałem od dawna i której przez lata nie udało mi się skutecznie wykorzenić, mimo że życie dostarczyło mi wystarczającej liczby przykładów pokazujących, iż nie każda postawiona przede mną granica wymagała natychmiastowego sprawdzenia - Prue była ciekawa niemal wszystkiego, ja natomiast miałem tę nieszczęsną przypadłość, że kiedy ktoś mówił mi, iż nie powinienem był czegoś próbować, natychmiast nabierałem ochoty, żeby sprawdzić, czy rzeczywiście miał rację - w połączeniu dawało to solidne podstawy dla relacji, która zdecydowanie nie miała najmniejszego zamiaru umrzeć z nudów, chociaż kilka razy było już blisko sprawdzenia, czy śmierć rzeczywiście zawsze klasyfikowała się jako stan permanentny.
- „Podziwiasz”, powiadasz… - Spojrzałem na nią z ukosa, powątpiewająco, kiedy oznajmiła, że nie lekceważyła moich talentów, tylko je podziwiała - pod tym względem rzeczywiście byliśmy wyjątkowo dobrze dobrani - jej ciekawość potrafiła znaleźć drzwi, których nikt rozsądny nie próbowałby otwierać, natomiast moja skłonność do sprawdzania, co znajdowało się po drugiej stronie, gwarantowała, że te drzwi prędzej czy później zostaną otwarte. Nie było to może najbardziej odpowiedzialne połączenie cech charakteru, ale przynajmniej nigdy nie mogliśmy powiedzieć, że rzeczywistość robiła się nudna.
Wiedziałem oczywiście, że mówiła to wszystko wyłącznie po to, żeby mnie podpuścić, ale zadziałało znakomicie - nie zamierzałem jej przecież informować, że część tych talentów była wynikiem zwykłego przypadku, kilka wynikało z konieczności, a pozostałe zostały odkryte w okolicznościach, których nikt rozsądny nie powinien był przeżywać - moim przypadku granica między „umiem” a „zdarzyło mi się to zrobić i przeżyłem” była miejscami dość płynna, jednak nie widziałem powodu, żeby psuć tę piękną wizję nieskończonego katalogu moich kompetencji, „problem” w tym, że chwilę później stanęliśmy przy stoisku, które na pierwszy rzut oka było w stanie dostarczyć nam znacznie łatwiejsze rozwiązanie w kwestii zdobycia odpowiedniego wotum od całego tego przedsięwzięcia z udowadnianiem, że umiałem coś zrobić sam, nagle okazało się, że moje rękodzielnicze ambicje mogły zostać odłożone na później - właśnie - mogły, ale niekoniecznie definitywnie musiały, ponieważ już na drugi rzut okiem okazało się, iż oferowane przedmioty pozostawiały trochę do życzenia.
Zatrzymałem na niej spojrzenie, przez moment milczałem, po czym pokręciłem głową z niedowierzaniem.
- To jusz jest zwykła złośliwość. - Stwierdziłem, chociaż całkiem wyraźnie drgnął mi przy tym kącik ust. - Dlugi? Szeby udowodniś, sze pielwszy zlobiłem sam? - Uniosłem brwi. - Sunny, jeszeli będę musiał wykonaś dwie sztuki, szeby potwieldziś ich autentyczność, lównie dobsze moszemy pszestaś mówiś o lytuale i po plostu zaczniemy plowadziś plodukcję selyjną. - Spojrzałem na nią kątem oka. - Jeden wianek zlobię nawet s zamkniętymi oczami. Dlugi tesz, tylko po to, szeby udowodniś ci, sze pielwszy nie był pszypadkiem. - Przytaknąłem z kamienną twarzą, którą utrzymałem może dwie sekundy, zanim uśmiechnąłem się pod nosem. - Ale wtedy będziemy mieli powaszny ploblem, bo zamiast wlacaś do domu, będę musiał otwoszyś tutaj własny walsztat. Od tego blisko do pszeplowadzki na plowinsję. Nie wiem, czy na pewno tego chcesz… - Przystanąłem obok niej i przez chwilę razem przyglądaliśmy się wystawionym wiankom, z których każdy miał wyglądać zapewne magicznie, sezonowo i wystarczająco „rytualnie”, tymczasem część prezentowała się tak, jakby sprzedawca próbował pozbyć się resztek dekoracji po zeszłorocznym sabacie - i to wiosennym.
- „Po plostu bszydkie” to balso dyplomatyczna ocena. - Mruknąłem, cofając się razem z nią. Dopiero jej następne słowa sprawiły, że znowu uniosłem brwi - „metalowy diadem” - spojrzałem na Prudence, potem na stoisko, potem znowu na nią, próbując nadążyć za zmianą koncepcji, która nastąpiła szybciej, niż zdążyłem się pogodzić z utratą okazji do wykonania własnego arcydzieła. - Oczywiście, Milady, znajdziemy diadem. Pszeciesz skolo jusz składamy wodom sklomną ofialę wotywną, nie ma najmniejszego powodu, szeby nie oddaś im od lasu lodowego slebla. - W moim głosie pojawiła się ta szczególna nuta rozbawienia, którą zwykle wywoływały u mnie słowa tak niespodziewane, że potrzebowałem kilku sekund, żeby zdecydować, czy właśnie usłyszałem coś przezabawnego, czy tylko bardzo drogiego… memu sercu, rzecz jasna.
- „Podziwiasz”, powiadasz… - Spojrzałem na nią z ukosa, powątpiewająco, kiedy oznajmiła, że nie lekceważyła moich talentów, tylko je podziwiała - pod tym względem rzeczywiście byliśmy wyjątkowo dobrze dobrani - jej ciekawość potrafiła znaleźć drzwi, których nikt rozsądny nie próbowałby otwierać, natomiast moja skłonność do sprawdzania, co znajdowało się po drugiej stronie, gwarantowała, że te drzwi prędzej czy później zostaną otwarte. Nie było to może najbardziej odpowiedzialne połączenie cech charakteru, ale przynajmniej nigdy nie mogliśmy powiedzieć, że rzeczywistość robiła się nudna.
Wiedziałem oczywiście, że mówiła to wszystko wyłącznie po to, żeby mnie podpuścić, ale zadziałało znakomicie - nie zamierzałem jej przecież informować, że część tych talentów była wynikiem zwykłego przypadku, kilka wynikało z konieczności, a pozostałe zostały odkryte w okolicznościach, których nikt rozsądny nie powinien był przeżywać - moim przypadku granica między „umiem” a „zdarzyło mi się to zrobić i przeżyłem” była miejscami dość płynna, jednak nie widziałem powodu, żeby psuć tę piękną wizję nieskończonego katalogu moich kompetencji, „problem” w tym, że chwilę później stanęliśmy przy stoisku, które na pierwszy rzut oka było w stanie dostarczyć nam znacznie łatwiejsze rozwiązanie w kwestii zdobycia odpowiedniego wotum od całego tego przedsięwzięcia z udowadnianiem, że umiałem coś zrobić sam, nagle okazało się, że moje rękodzielnicze ambicje mogły zostać odłożone na później - właśnie - mogły, ale niekoniecznie definitywnie musiały, ponieważ już na drugi rzut okiem okazało się, iż oferowane przedmioty pozostawiały trochę do życzenia.
Zatrzymałem na niej spojrzenie, przez moment milczałem, po czym pokręciłem głową z niedowierzaniem.
- To jusz jest zwykła złośliwość. - Stwierdziłem, chociaż całkiem wyraźnie drgnął mi przy tym kącik ust. - Dlugi? Szeby udowodniś, sze pielwszy zlobiłem sam? - Uniosłem brwi. - Sunny, jeszeli będę musiał wykonaś dwie sztuki, szeby potwieldziś ich autentyczność, lównie dobsze moszemy pszestaś mówiś o lytuale i po plostu zaczniemy plowadziś plodukcję selyjną. - Spojrzałem na nią kątem oka. - Jeden wianek zlobię nawet s zamkniętymi oczami. Dlugi tesz, tylko po to, szeby udowodniś ci, sze pielwszy nie był pszypadkiem. - Przytaknąłem z kamienną twarzą, którą utrzymałem może dwie sekundy, zanim uśmiechnąłem się pod nosem. - Ale wtedy będziemy mieli powaszny ploblem, bo zamiast wlacaś do domu, będę musiał otwoszyś tutaj własny walsztat. Od tego blisko do pszeplowadzki na plowinsję. Nie wiem, czy na pewno tego chcesz… - Przystanąłem obok niej i przez chwilę razem przyglądaliśmy się wystawionym wiankom, z których każdy miał wyglądać zapewne magicznie, sezonowo i wystarczająco „rytualnie”, tymczasem część prezentowała się tak, jakby sprzedawca próbował pozbyć się resztek dekoracji po zeszłorocznym sabacie - i to wiosennym.
- „Po plostu bszydkie” to balso dyplomatyczna ocena. - Mruknąłem, cofając się razem z nią. Dopiero jej następne słowa sprawiły, że znowu uniosłem brwi - „metalowy diadem” - spojrzałem na Prudence, potem na stoisko, potem znowu na nią, próbując nadążyć za zmianą koncepcji, która nastąpiła szybciej, niż zdążyłem się pogodzić z utratą okazji do wykonania własnego arcydzieła. - Oczywiście, Milady, znajdziemy diadem. Pszeciesz skolo jusz składamy wodom sklomną ofialę wotywną, nie ma najmniejszego powodu, szeby nie oddaś im od lasu lodowego slebla. - W moim głosie pojawiła się ta szczególna nuta rozbawienia, którą zwykle wywoływały u mnie słowa tak niespodziewane, że potrzebowałem kilku sekund, żeby zdecydować, czy właśnie usłyszałem coś przezabawnego, czy tylko bardzo drogiego… memu sercu, rzecz jasna.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)