10.09.2026, 09:23 ✶
– Też tego nie rozumiem. Przecież nie mogą czerpać siły z prądu elektrycznego… – powiedziała, ale potem… potem zaczęła się nad tym zastanawiać. Bo czy naprawdę nie mogą? Czy w ogóle powinna zakładać cokolwiek, w tym szalonym miejscu, w które zamieniła się po Beltane Anglia?
– Klątwa… właściwie zdaje mi się, że to możliwe? Gdyby powiązać ją z wywoływaczem, światło – ciemność? – zastanowiła się, bo to brzmiało jak lepszy trop niż nekromancja i może Heather miała rację. – Nie jest powiedziane, że mają rodziny. A jeżeli mają, to że ich nie szukają. Jeżeli zaginęli z dala od miejsca zamieszkania… mogli nie zostać rozpoznani. O ile nie jest tak, że faktycznie są… cóż, szaleni. Tego też nie możemy wykluczać, niektóre substancje mogą po prostu zniszczyć głowę…
Z jej ust wyrwało się westchnienie, bo szukanie zaginionych powinno być rolą Brygady, ale mieli tak dużo roboty po Spalonej Nocy i tyle osób pozostawało zaginionych, że po prostu nie dało się być w każdym zakątku Anglii, czy akurat w nim nie przebywał ktoś, kogo poszukiwano. Teraz większość albo uznano za martwych, albo odnaleziono w szpitalach, ale wciąż kilka zdjęć wisiało na specjalnej tablicy z zaginionym. I Brenna prawie liczyła, że to może być ktoś z nich.
– Poruszyłabym niebo i ziemię dla każdego z was – odparła miękko. Ale poruszenie nieba i ziemi mogłoby nie wystarczyć, i nie były wcale pewne, czy ci ludzie nie odeszli od dotychczasowego życia w szpony nałogu z własnej woli. Jeżeli istniał jednak sposób, by im pomóc, zamierzała zrobić, co może, aby go znaleźć.
Skręciły za róg.
Najpierw wyczuły zapach: nie jakoś bardzo intensywny, ale jednak nieprzyjemny, woń ciał niemytych może nie od wielu miesięcy, ale na pewno od jakiegoś czasu. Szalik trochę pomagał, ale tak naprawdę łatwiej było sobie z tym poradzić głównie dlatego, że obie już w pracy bywały w niekoniecznie przyjemnych miejscach. Dwóch mężczyzn kuliło się pod jakimiś szmatami i kartonami, a Brennie na ten widok ścisnęło się serce.
– Przepraszam? – spytała, podchodząc nieco bliżej. Odruchowo rękę wyciągnęła nieco w bok, aby Heather na razie nie zbliżała się do nich: musiała brać pod uwagę, że któryś na przykład wyciągnie nóż – Czy mogliby panowie z nami porozmawiać?
Jeden z nich usiadł. Drugi dźwignął się, powoli. A potem z ich ust zaczęły płynąć numery: recytowali, jakby ktoś lub coś wkładało te słowa w ich usta wbrew ich woli. Zupełnie jak ci, których popiół spalonej nocy napełnił bojaźnią przed Voldemortem – tyle że liczby, nie słowa tego, który obwołał się Czarnym Panem…
– Klątwa… właściwie zdaje mi się, że to możliwe? Gdyby powiązać ją z wywoływaczem, światło – ciemność? – zastanowiła się, bo to brzmiało jak lepszy trop niż nekromancja i może Heather miała rację. – Nie jest powiedziane, że mają rodziny. A jeżeli mają, to że ich nie szukają. Jeżeli zaginęli z dala od miejsca zamieszkania… mogli nie zostać rozpoznani. O ile nie jest tak, że faktycznie są… cóż, szaleni. Tego też nie możemy wykluczać, niektóre substancje mogą po prostu zniszczyć głowę…
Z jej ust wyrwało się westchnienie, bo szukanie zaginionych powinno być rolą Brygady, ale mieli tak dużo roboty po Spalonej Nocy i tyle osób pozostawało zaginionych, że po prostu nie dało się być w każdym zakątku Anglii, czy akurat w nim nie przebywał ktoś, kogo poszukiwano. Teraz większość albo uznano za martwych, albo odnaleziono w szpitalach, ale wciąż kilka zdjęć wisiało na specjalnej tablicy z zaginionym. I Brenna prawie liczyła, że to może być ktoś z nich.
– Poruszyłabym niebo i ziemię dla każdego z was – odparła miękko. Ale poruszenie nieba i ziemi mogłoby nie wystarczyć, i nie były wcale pewne, czy ci ludzie nie odeszli od dotychczasowego życia w szpony nałogu z własnej woli. Jeżeli istniał jednak sposób, by im pomóc, zamierzała zrobić, co może, aby go znaleźć.
Skręciły za róg.
Najpierw wyczuły zapach: nie jakoś bardzo intensywny, ale jednak nieprzyjemny, woń ciał niemytych może nie od wielu miesięcy, ale na pewno od jakiegoś czasu. Szalik trochę pomagał, ale tak naprawdę łatwiej było sobie z tym poradzić głównie dlatego, że obie już w pracy bywały w niekoniecznie przyjemnych miejscach. Dwóch mężczyzn kuliło się pod jakimiś szmatami i kartonami, a Brennie na ten widok ścisnęło się serce.
– Przepraszam? – spytała, podchodząc nieco bliżej. Odruchowo rękę wyciągnęła nieco w bok, aby Heather na razie nie zbliżała się do nich: musiała brać pod uwagę, że któryś na przykład wyciągnie nóż – Czy mogliby panowie z nami porozmawiać?
Jeden z nich usiadł. Drugi dźwignął się, powoli. A potem z ich ust zaczęły płynąć numery: recytowali, jakby ktoś lub coś wkładało te słowa w ich usta wbrew ich woli. Zupełnie jak ci, których popiół spalonej nocy napełnił bojaźnią przed Voldemortem – tyle że liczby, nie słowa tego, który obwołał się Czarnym Panem…
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.