4 godzin(y) temu ✶
Trunek z każdym kolejnym kieliszkiem rozluźniał gorset surowej etykiety, wprowadzając w szeregi rozmówców wyczuwalną swobodę. Najmłodszy z nich, z lekka pociągnięty rumieńcem i ożywiony alkoholem, nachylił się nieznacznie nad blatem. Zaparł się łokciami o obrus, porzucając dotychczasową ostrożność.
– En France, les avis sont partagés, c'est vrai… – zaczął, gwałtownie gestykulując dłonią, w której wciąż trzymał kieliszek wina. – Mais si vous voulez mon avis, je soutiens pleinement cette cause. C'est une abomination! Les moldues ne devraient jamais avoir la possibilité d'apprendre la magie, encore moins de fouler les mêmes pavés que nous. Il est grand temps d'imposer un ordre juste.
Pozostała dwójka zmrużyła oczy. W ich ruchach widać już było lekkie wstawienie, ale ta wypowiedź wywołała u nich wyraźny opór. Leniwie, bez gwałtowności, ale z niezaprzeczalnym zniecierpliwieniem machnęli dłońmi, kręcąc głowami.
– Voyons, tu exagères… Le statut du Secret suffit largement. Pourquoi provoquer un chaos inutile? – mruknął drugi z nich, pociągając kolejny łyk trunku i niedbale machając dłonią, jakby chciał odpędzić nierozsądną myśl.
Rodolphus nie musiał słuchać dalszych utargów. Jego stalowe oczy, chłodne i absolutnie trzeźwe, bezbłędnie przesuwały się po ich twarzach. Pod powierzchnią tej leniwej, powierzchownej sprzeczki bez trudu odczytał to, co najważniejsze. Najmłodszy był podatnym materiałem – radykalnym, nieco ignoranckim i gotowym do urobienia. Jednak pozostała dwójka, mimo wyrażanej wcześniej fascynacji mrocznymi badaniami anatomicznymi, w gruncie rzeczy lękała się zmian. Ich sprzeciw nie był tylko pozą przy winie; wynikł z głębokiego, mieszczańskiego pragnienia spokoju.
Lestrange upił łyk wody, a w jego głowie zapadł już cichy, definitywny wyrok. Ci dwaj Sprawie się nie przysłużą. Byli jedynie naukowymi hobbystami bez iskry prawdziwego fanatyzmu – ludźmi, których przy pierwszej poważniejszej próbie złamie strach przed konsekwencjami. Ale ten jeden…
Zapłacił za kolację, za kolejne butelki wypitego wina. Zaprosił ich do swojego domu w Little Hangelton, żeby pokazać im część swoich badań następnego dnia. Ugościł ich - tak jak tego chciał Lord Voldemort. Ale jego umysł już wybrał swój cel.
Poranek następnego dnia przyniósł dotkliwe konsekwencje wieczornego ucztowania. Trzej francuscy czarodzieje obudzili się z ciężką głową i dojmującym kacem, który skutecznie odebrał im wczesny zapał. Rodolphus, jak na idealnego gospodarza przystało, przybył na poranne spotkanie absolutnie świeży i przygotowany na taką ewentualnością. Wyciągnął z zapasów małe, eleganckie fiolki z własnoręcznie zdobytym eliksirem na orzeźwienie umysłu – trunkiem tak silnym i precyzyjnie przyrządzonym, że dolegliwości po alkoholu niemal natychmiast ustąpiły, pozostawiając jedynie lekkie zmęczenie.
Gdy najmłodszy z Francuzów – ten sam, który ubiegłej nocy tak żarliwie krytykował obecność mugolaków – przeprosił od stołu i wyszedł na chłodne, poranne powietrze przed lokal, by zapalić, Lestrange dostrzegł idealną okazję. Cicho przeprosił pozostałych dwóch towarzyszy i wyszedł bezszelestnie za nim na zewnątrz.
Poranek był rześki, a wioska powoli budziła się do życia. Rodolphus stanął obok młodego czarodzieja, spowity w swój nienaganny płaszcz. Francuz, wypuszczając z ust smugę dymu, szybko poczuł potrzebę usprawiedliwienia się – mruknął z lekkim zakłopotaniem, że poprzedniego wieczoru wyraźnie przesadził z winem i dał się ponieść emocjom. Lestrange jedynie powoli, ze zrozumieniem pokiwał głową, nie dając po sobie poznać ani grama osądu. Zamiast tego zniżył głos i wyważonym, acz wielce znaczącym tonem dał mu do zrozumienia, że nie jest sam w swoich poglądach. Wyjaśnił, że coraz więcej wpływowych osób w Anglii patrzy na te kwestie w identyczny sposób. Zaznaczył, że rosnąca obecność mugolaków w strukturach Ministerstwa Magii przynosi znacznie więcej problemów, podziałów i zagrożeń niż jakiegokolwiek pożytku, a samo brytyjskie społeczeństwo stoi dziś na progu głębokiego pęknięcia. Młody czarodziej wciągnął dym, słuchając ze skupieniem, po czym wypuścił go powoli i mruknął z mroczną aprobatą, że gdyby raz a skutecznie pozbyć się ich z urzędów oraz szkół, wszelkie problemy po prostu by zniknęły.
Zasiawszy odpowiednie ziarno, Rodolphus skinął głową i obaj panowie wrócili do domu. Choć przy stole spróbowano powrócić do dyskusji na temat badań nad anatomicznymi granicami ludzkiego ciała, atmosfera uległa zmianie. Poratowani eliksirem, ale wciąż nieco rozbici Francuzi wyraźnie tracili wigor – zmęczenie i chęć odpoczynku wzięły górę. Po kilkunastu minutach uprzejmej wymiany zdań zadeklarowali, że wolą udać się do swojego wynajętego apartamentu, by w pełni dojść do siebie przed udziałem w sabacie.
Następny dzień przyniósł ponurą, deszczową aurę, która wręcz idealnie pasowała do planów Rodolphusa. Wczesnym rankiem sowia poczta dostarczyła do jego posiadłości krótki, dyskretny list z prośbą o prywatne spotkanie w wynajętym apartamencie przy Pokątnej. Nadawcą był Julien – ten sam porywczy, młody czarodziej, z którym ubiegłego dnia uciął tak obiecującą pogawędkę.
Lestrange pojawił się w apartamencie punktualnie. Dwaj pozostali Francuzi, znużeni brytyjską pogodą, spędzali ten czas w Ministerstwie Magii, załatwiając sprawy papierkowe przed powrotem na Kontynent. Pokoje były ciche, spowite miękkim półmrokiem, a w kominku ledwo tliły się resztki drewna. Julien wskazał Rodolphusowi fotel i sam usiadł naprzeciwko. W jego ruchach nie było już śladu wczorajszego wahania czy alkoholowej przesady. Zamiast tego malowała się na jego twarzy wyraźna, niemal determinująca powaga.
– Dziękuję, że przyszedłeś, Rodolphusie – zaczął cicho Julien, błądząc wzrokiem po dłoniach spoczywających na kolanach. – Wyczuwam w tobie kogoś godnego zaufania… Kogoś, kto rozumie wagę sytuacji, zamiast chować głowę w piasek jak ci dwaj. Prawda jest taka, że Francji przydałaby się rewolucja. Prawdziwe, czyste porządki. Lecz do tego wciąż nam niewyobrażalnie daleko. Nasza elita jest ślepa i zbyt wygodna.
Lestrange wysłuchał go w głębokim milczeniu. Przysłuchiwał się tym słowom z lodowatym, analitycznym spokojem. Przekrzywił delikatnie głowę, a w jego stalowych oczach Błysnął powściągliwy, lecz drapieżny błysk.
– Być może znam rozwiązanie tego problemu, Julien – odezwał się gładkim, pewnym głosem. – Największe przewroty nigdy nie zaczynają się od gwałtownych wybuchów. Liczą się małe, precyzyjne kroki oraz właściwi ludzie we właściwych miejscach.
Przesunął po nim badawczym spojrzeniem, po czym zadał pytanie, cedząc słowa z obrachowaną precyzją:
– Powiedz mi… czy Francja boryka się dokładnie z tymi samymi problemami z mugolakami, z którymi Anglia zmagała się jeszcze do niedawna? Czy wasze urzędy i tradycje również są powoli niszczone przez obcych?
– Zdecydowanie tak – odparł bez wahania Julien, a w jego tonie wzmocniła się nuta goryczy. – Z każdym rokiem jest tylko gorzej. Zacierają nasze dziedzictwo, traktując naszą magię jak zwykłe rzemiosło.
Rodolphus podniósł się wolno z fotela, podchodząc do okna i spoglądając na krople deszczu spływające po szybie.
– W takim razie mogę ci zaoferować naszą pomoc i wsparcie – powiedział, odwracając się ku niemu z dostojnym, cieniem uśmiechu na ustach. – Mamy środki, wiedzę i wpływy, by pomóc wam przetrzeć te ścieżki. Jednak nie ma nic za darmo. W zamian oczekuję twojej bezwzględnej współpracy naukowej. Twoje badania nad ludzką anatomią i magią tkankową są wyjątkowo cenne. Jeśli zaoferujesz nam swoje umysł i lojalność, zyskasz sprzymierzeńców, jakich Francja jeszcze nie widziała.
Julien wpatrywał się w niego przez krótką chwilę, po czym w jego oczach zapłonął ogień prawdziwego, niebezpiecznego entuzjazmu. Wstał i wyciągnął dłoń w stronę Lestrange’a.
– Zgadzam się – powiedział twardo, bez śladu wahania. – Masz moje słowo i moje badania, Rodolphusie.
Rodolphus ujął dłoń młodego czarodzieja, ale zamiast zwolnić uścisk, zacieśnił go nieznacznie. Jego stalowe spojrzenie przeszyło Juliena na wskroś, stając się chłodne i ciężkie niczym grobowiec.
– Zanim przypieczętujemy ten układ, musisz zrozumieć jedno, Julien – zaczął Lestrange, a jego głos, choć cichy, brzmiał z bezwzględną dominacją. – Zmiana zdania nie wchodzi w grę. Ród Lestrange jest potężny, a nasze wpływy we Francji sięgają głębiej, niż ci się wydaje. Ja i moi przyjaciele ugruntowaliśmy taką pozycję, że ewentualna zdrada ze strony kogoś takiego jak ty nawet nas nie draśnie. Dla ciebie jednak… skończy się to bardzo źle. Nie będzie dokąd uciekać.
Julien przełknął ślinę, ale nie cofnął dłoni. W jego oczach zamiast strachu pojawił się jeszcze głębszy, niemal fanatyczny szacunek.
– Wydajesz się człowiekiem godnym zaufania – kontynuował Rodolphus, luzując wreszcie chwyt. – Lecz to, kim naprawdę jesteś i ile warta jest twoja deklaracja, okaże się w swoim czasie. Podczas sabatu.
– Jestem w pełni oddany tej idei – odparł gorączkowo Francuz, unosząc podbródek. – Jeśli mi nie wierzysz, jestem gotów wypić Veritaserum. Pytaj o cokolwiek. Nie mam nic do ukrycia.
Lestrange uniósł lekko kącik ust w uśmiechu, w którym nie było ani krzty ciepła. Zagrał va banque.
– Veritaserum jest niewiarygodne – odparł gładko, wykonując niedbaly gest dłonią. – Ten eliksir zdradza jedynie to, co uważasz za prawdę. W tej chwili możesz szczerze wierzyć w każde swoje słowo, a za miesiąc ulec wątpliwościom. Nie interesują mnie twoje intencje z dzisiejszego poranka, Julien. Interesuje mnie twoja bezwzględna, absolutna lojalność. Mam inny, znacznie pewniejszy sposób na weryfikację naszej umowy.
– Zgodzę się na wszystko – odpowiedział bez wahania młody czarodziej, zafascynowany potęgą i pewnością siebie stojącego przed nim mężczyzny. – Mów, co mam robić.
– Przede wszystkim: tamta dwójka o niczym nie może wiedzieć – zastrzegł twardo Rodolphus. – Nie wtajemniczamy ich w nasze plany. Będziemy w kontakcie osobistym, z omijaniem oficjalnej poczty. A teraz… chodź ze mną.
Julien skinął głową w niemym posłuszeństwie. Rodolphus chwycił go mocno za przedramię, i zanim w apartamencie zdążył wybrzmieć chociażby oddech Francuza, obaj zniknęli z cichym, suchym pęknięciem teleportacji. Chwilę później chłodne, wilgotne powietrze Yorkshire uderzyło ich w twarze. Znaleźli się przed domem, w którym Julien był jeszcze niedawno. Weszli do środka. Dźwięk ciężkich, dębowych drzwi zamykających się za ich plecami zabrzmiał niczym wyrok, odcinając obydwu mężczyzn od świata zewnętrznego. W sterylnych, chłodnych wnętrzach posiadłości w Little Hangleton panowała niemal grobowa cisza, mącona jedynie cichym tykaniem zegara i odgłosem ich własnych kroków.
Rodolphus przeszedł przez hol ze swoją zwyczajową, majestatyczną swobodą, po czym odwrócił się powoli ku młodziutkiemu Francuzowi. Julien rozglądał się z mieszanką zachwytu i niepokoju, chłonąc surowy, dostojny charakter wnętrza.
– To miejsce sprzyja dyskrecji, Julien – odezwał się Lestrange, a jego głęboki, powściągliwy głos poniósł się gładko po kamiennych ścianach. – I to właśnie tutaj przypieczętujemy nasze porozumienie. Mówiłeś, że jesteś gotów na wszystko, by udowodnić swoją oddanie naszej Sprawie. Chcę mieć pewność, że twój umysł nie kryje żalu, wahań ani ukrytych intencji, o których sam możesz jeszcze nie wiedzieć.
– Nie mam nic do ukrycia, Rodolphusie – odparł pewnie Julien, chojrakując mimo chłodu, jaki emanował od gospodarza. Wyprostował się i spojrzał mu prosto w oczy. – Moja lojalność jest bezdyskusyjna.
– Przekonajmy się zatem – rzekł gładko Lestrange.
Zanim Francuz zdążył w ogóle zorientować się, co się dzieje, Rodolphus z absolutną, bezszelestną precyzją uniósł różdżkę i wbił swoje stalowe spojrzenie w oczy rozmówcy.
– Legilimens.
Rzucam na zauroczenie, 4K, przewaga legilimencja. Rozmowa odbywa się po francusku (język francuski I) ale dla wygody swojej i sprawdzających ten wątek dialogi opisuję już po polsku.
– En France, les avis sont partagés, c'est vrai… – zaczął, gwałtownie gestykulując dłonią, w której wciąż trzymał kieliszek wina. – Mais si vous voulez mon avis, je soutiens pleinement cette cause. C'est une abomination! Les moldues ne devraient jamais avoir la possibilité d'apprendre la magie, encore moins de fouler les mêmes pavés que nous. Il est grand temps d'imposer un ordre juste.
Pozostała dwójka zmrużyła oczy. W ich ruchach widać już było lekkie wstawienie, ale ta wypowiedź wywołała u nich wyraźny opór. Leniwie, bez gwałtowności, ale z niezaprzeczalnym zniecierpliwieniem machnęli dłońmi, kręcąc głowami.
– Voyons, tu exagères… Le statut du Secret suffit largement. Pourquoi provoquer un chaos inutile? – mruknął drugi z nich, pociągając kolejny łyk trunku i niedbale machając dłonią, jakby chciał odpędzić nierozsądną myśl.
Rodolphus nie musiał słuchać dalszych utargów. Jego stalowe oczy, chłodne i absolutnie trzeźwe, bezbłędnie przesuwały się po ich twarzach. Pod powierzchnią tej leniwej, powierzchownej sprzeczki bez trudu odczytał to, co najważniejsze. Najmłodszy był podatnym materiałem – radykalnym, nieco ignoranckim i gotowym do urobienia. Jednak pozostała dwójka, mimo wyrażanej wcześniej fascynacji mrocznymi badaniami anatomicznymi, w gruncie rzeczy lękała się zmian. Ich sprzeciw nie był tylko pozą przy winie; wynikł z głębokiego, mieszczańskiego pragnienia spokoju.
Lestrange upił łyk wody, a w jego głowie zapadł już cichy, definitywny wyrok. Ci dwaj Sprawie się nie przysłużą. Byli jedynie naukowymi hobbystami bez iskry prawdziwego fanatyzmu – ludźmi, których przy pierwszej poważniejszej próbie złamie strach przed konsekwencjami. Ale ten jeden…
Zapłacił za kolację, za kolejne butelki wypitego wina. Zaprosił ich do swojego domu w Little Hangelton, żeby pokazać im część swoich badań następnego dnia. Ugościł ich - tak jak tego chciał Lord Voldemort. Ale jego umysł już wybrał swój cel.
27 października 1972
Poranek następnego dnia przyniósł dotkliwe konsekwencje wieczornego ucztowania. Trzej francuscy czarodzieje obudzili się z ciężką głową i dojmującym kacem, który skutecznie odebrał im wczesny zapał. Rodolphus, jak na idealnego gospodarza przystało, przybył na poranne spotkanie absolutnie świeży i przygotowany na taką ewentualnością. Wyciągnął z zapasów małe, eleganckie fiolki z własnoręcznie zdobytym eliksirem na orzeźwienie umysłu – trunkiem tak silnym i precyzyjnie przyrządzonym, że dolegliwości po alkoholu niemal natychmiast ustąpiły, pozostawiając jedynie lekkie zmęczenie.
Gdy najmłodszy z Francuzów – ten sam, który ubiegłej nocy tak żarliwie krytykował obecność mugolaków – przeprosił od stołu i wyszedł na chłodne, poranne powietrze przed lokal, by zapalić, Lestrange dostrzegł idealną okazję. Cicho przeprosił pozostałych dwóch towarzyszy i wyszedł bezszelestnie za nim na zewnątrz.
Poranek był rześki, a wioska powoli budziła się do życia. Rodolphus stanął obok młodego czarodzieja, spowity w swój nienaganny płaszcz. Francuz, wypuszczając z ust smugę dymu, szybko poczuł potrzebę usprawiedliwienia się – mruknął z lekkim zakłopotaniem, że poprzedniego wieczoru wyraźnie przesadził z winem i dał się ponieść emocjom. Lestrange jedynie powoli, ze zrozumieniem pokiwał głową, nie dając po sobie poznać ani grama osądu. Zamiast tego zniżył głos i wyważonym, acz wielce znaczącym tonem dał mu do zrozumienia, że nie jest sam w swoich poglądach. Wyjaśnił, że coraz więcej wpływowych osób w Anglii patrzy na te kwestie w identyczny sposób. Zaznaczył, że rosnąca obecność mugolaków w strukturach Ministerstwa Magii przynosi znacznie więcej problemów, podziałów i zagrożeń niż jakiegokolwiek pożytku, a samo brytyjskie społeczeństwo stoi dziś na progu głębokiego pęknięcia. Młody czarodziej wciągnął dym, słuchając ze skupieniem, po czym wypuścił go powoli i mruknął z mroczną aprobatą, że gdyby raz a skutecznie pozbyć się ich z urzędów oraz szkół, wszelkie problemy po prostu by zniknęły.
Zasiawszy odpowiednie ziarno, Rodolphus skinął głową i obaj panowie wrócili do domu. Choć przy stole spróbowano powrócić do dyskusji na temat badań nad anatomicznymi granicami ludzkiego ciała, atmosfera uległa zmianie. Poratowani eliksirem, ale wciąż nieco rozbici Francuzi wyraźnie tracili wigor – zmęczenie i chęć odpoczynku wzięły górę. Po kilkunastu minutach uprzejmej wymiany zdań zadeklarowali, że wolą udać się do swojego wynajętego apartamentu, by w pełni dojść do siebie przed udziałem w sabacie.
28 października 1972
Następny dzień przyniósł ponurą, deszczową aurę, która wręcz idealnie pasowała do planów Rodolphusa. Wczesnym rankiem sowia poczta dostarczyła do jego posiadłości krótki, dyskretny list z prośbą o prywatne spotkanie w wynajętym apartamencie przy Pokątnej. Nadawcą był Julien – ten sam porywczy, młody czarodziej, z którym ubiegłego dnia uciął tak obiecującą pogawędkę.
Lestrange pojawił się w apartamencie punktualnie. Dwaj pozostali Francuzi, znużeni brytyjską pogodą, spędzali ten czas w Ministerstwie Magii, załatwiając sprawy papierkowe przed powrotem na Kontynent. Pokoje były ciche, spowite miękkim półmrokiem, a w kominku ledwo tliły się resztki drewna. Julien wskazał Rodolphusowi fotel i sam usiadł naprzeciwko. W jego ruchach nie było już śladu wczorajszego wahania czy alkoholowej przesady. Zamiast tego malowała się na jego twarzy wyraźna, niemal determinująca powaga.
– Dziękuję, że przyszedłeś, Rodolphusie – zaczął cicho Julien, błądząc wzrokiem po dłoniach spoczywających na kolanach. – Wyczuwam w tobie kogoś godnego zaufania… Kogoś, kto rozumie wagę sytuacji, zamiast chować głowę w piasek jak ci dwaj. Prawda jest taka, że Francji przydałaby się rewolucja. Prawdziwe, czyste porządki. Lecz do tego wciąż nam niewyobrażalnie daleko. Nasza elita jest ślepa i zbyt wygodna.
Lestrange wysłuchał go w głębokim milczeniu. Przysłuchiwał się tym słowom z lodowatym, analitycznym spokojem. Przekrzywił delikatnie głowę, a w jego stalowych oczach Błysnął powściągliwy, lecz drapieżny błysk.
– Być może znam rozwiązanie tego problemu, Julien – odezwał się gładkim, pewnym głosem. – Największe przewroty nigdy nie zaczynają się od gwałtownych wybuchów. Liczą się małe, precyzyjne kroki oraz właściwi ludzie we właściwych miejscach.
Przesunął po nim badawczym spojrzeniem, po czym zadał pytanie, cedząc słowa z obrachowaną precyzją:
– Powiedz mi… czy Francja boryka się dokładnie z tymi samymi problemami z mugolakami, z którymi Anglia zmagała się jeszcze do niedawna? Czy wasze urzędy i tradycje również są powoli niszczone przez obcych?
– Zdecydowanie tak – odparł bez wahania Julien, a w jego tonie wzmocniła się nuta goryczy. – Z każdym rokiem jest tylko gorzej. Zacierają nasze dziedzictwo, traktując naszą magię jak zwykłe rzemiosło.
Rodolphus podniósł się wolno z fotela, podchodząc do okna i spoglądając na krople deszczu spływające po szybie.
– W takim razie mogę ci zaoferować naszą pomoc i wsparcie – powiedział, odwracając się ku niemu z dostojnym, cieniem uśmiechu na ustach. – Mamy środki, wiedzę i wpływy, by pomóc wam przetrzeć te ścieżki. Jednak nie ma nic za darmo. W zamian oczekuję twojej bezwzględnej współpracy naukowej. Twoje badania nad ludzką anatomią i magią tkankową są wyjątkowo cenne. Jeśli zaoferujesz nam swoje umysł i lojalność, zyskasz sprzymierzeńców, jakich Francja jeszcze nie widziała.
Julien wpatrywał się w niego przez krótką chwilę, po czym w jego oczach zapłonął ogień prawdziwego, niebezpiecznego entuzjazmu. Wstał i wyciągnął dłoń w stronę Lestrange’a.
– Zgadzam się – powiedział twardo, bez śladu wahania. – Masz moje słowo i moje badania, Rodolphusie.
Rodolphus ujął dłoń młodego czarodzieja, ale zamiast zwolnić uścisk, zacieśnił go nieznacznie. Jego stalowe spojrzenie przeszyło Juliena na wskroś, stając się chłodne i ciężkie niczym grobowiec.
– Zanim przypieczętujemy ten układ, musisz zrozumieć jedno, Julien – zaczął Lestrange, a jego głos, choć cichy, brzmiał z bezwzględną dominacją. – Zmiana zdania nie wchodzi w grę. Ród Lestrange jest potężny, a nasze wpływy we Francji sięgają głębiej, niż ci się wydaje. Ja i moi przyjaciele ugruntowaliśmy taką pozycję, że ewentualna zdrada ze strony kogoś takiego jak ty nawet nas nie draśnie. Dla ciebie jednak… skończy się to bardzo źle. Nie będzie dokąd uciekać.
Julien przełknął ślinę, ale nie cofnął dłoni. W jego oczach zamiast strachu pojawił się jeszcze głębszy, niemal fanatyczny szacunek.
– Wydajesz się człowiekiem godnym zaufania – kontynuował Rodolphus, luzując wreszcie chwyt. – Lecz to, kim naprawdę jesteś i ile warta jest twoja deklaracja, okaże się w swoim czasie. Podczas sabatu.
– Jestem w pełni oddany tej idei – odparł gorączkowo Francuz, unosząc podbródek. – Jeśli mi nie wierzysz, jestem gotów wypić Veritaserum. Pytaj o cokolwiek. Nie mam nic do ukrycia.
Lestrange uniósł lekko kącik ust w uśmiechu, w którym nie było ani krzty ciepła. Zagrał va banque.
– Veritaserum jest niewiarygodne – odparł gładko, wykonując niedbaly gest dłonią. – Ten eliksir zdradza jedynie to, co uważasz za prawdę. W tej chwili możesz szczerze wierzyć w każde swoje słowo, a za miesiąc ulec wątpliwościom. Nie interesują mnie twoje intencje z dzisiejszego poranka, Julien. Interesuje mnie twoja bezwzględna, absolutna lojalność. Mam inny, znacznie pewniejszy sposób na weryfikację naszej umowy.
– Zgodzę się na wszystko – odpowiedział bez wahania młody czarodziej, zafascynowany potęgą i pewnością siebie stojącego przed nim mężczyzny. – Mów, co mam robić.
– Przede wszystkim: tamta dwójka o niczym nie może wiedzieć – zastrzegł twardo Rodolphus. – Nie wtajemniczamy ich w nasze plany. Będziemy w kontakcie osobistym, z omijaniem oficjalnej poczty. A teraz… chodź ze mną.
Julien skinął głową w niemym posłuszeństwie. Rodolphus chwycił go mocno za przedramię, i zanim w apartamencie zdążył wybrzmieć chociażby oddech Francuza, obaj zniknęli z cichym, suchym pęknięciem teleportacji. Chwilę później chłodne, wilgotne powietrze Yorkshire uderzyło ich w twarze. Znaleźli się przed domem, w którym Julien był jeszcze niedawno. Weszli do środka. Dźwięk ciężkich, dębowych drzwi zamykających się za ich plecami zabrzmiał niczym wyrok, odcinając obydwu mężczyzn od świata zewnętrznego. W sterylnych, chłodnych wnętrzach posiadłości w Little Hangleton panowała niemal grobowa cisza, mącona jedynie cichym tykaniem zegara i odgłosem ich własnych kroków.
Rodolphus przeszedł przez hol ze swoją zwyczajową, majestatyczną swobodą, po czym odwrócił się powoli ku młodziutkiemu Francuzowi. Julien rozglądał się z mieszanką zachwytu i niepokoju, chłonąc surowy, dostojny charakter wnętrza.
– To miejsce sprzyja dyskrecji, Julien – odezwał się Lestrange, a jego głęboki, powściągliwy głos poniósł się gładko po kamiennych ścianach. – I to właśnie tutaj przypieczętujemy nasze porozumienie. Mówiłeś, że jesteś gotów na wszystko, by udowodnić swoją oddanie naszej Sprawie. Chcę mieć pewność, że twój umysł nie kryje żalu, wahań ani ukrytych intencji, o których sam możesz jeszcze nie wiedzieć.
– Nie mam nic do ukrycia, Rodolphusie – odparł pewnie Julien, chojrakując mimo chłodu, jaki emanował od gospodarza. Wyprostował się i spojrzał mu prosto w oczy. – Moja lojalność jest bezdyskusyjna.
– Przekonajmy się zatem – rzekł gładko Lestrange.
Zanim Francuz zdążył w ogóle zorientować się, co się dzieje, Rodolphus z absolutną, bezszelestną precyzją uniósł różdżkę i wbił swoje stalowe spojrzenie w oczy rozmówcy.
– Legilimens.
Rzucam na zauroczenie, 4K, przewaga legilimencja. Rozmowa odbywa się po francusku (język francuski I) ale dla wygody swojej i sprawdzających ten wątek dialogi opisuję już po polsku.
Rzut PO 1d100 - 85
Sukces!
Sukces!