Zaczepiała Anthonego chyba tylko dlatego, że cieszyła go jego radość, a było to dość odświeżające uczucie w obliczu tego, co odbierało się wokół tak w ogólności. Zwykle w powietrzu wyczuwało się smutek, bezsilność i złość, Spalona Noc długi czas zbierała swoje żniwo i to jakoś w ludziach narastało – i zresztą nic dziwnego… teraz zaś, gdy się do niej pochylił, zmuszony trochę zmniejszyć odległość między nimi, wszak Victoria nie była przesadnie wysoka, i niemalże nieśmiało wypowiedział tych koła słów, Lestrange się uśmiechnęła. Serdecznie. Wierzyła, że ten uśmiech mówi więcej, niż tysiąc słów powiedzieć by mogło.
– Bardzo się cieszę twoim szczęściem – powiedziała za to, bo chyba coś powiedzieć wypadało. Myślała, całkowicie błędnie, że od miesięcy spotyka się z jakąś kobietą – och, naiwna – i że tak dobrze im się układa, że Shafiq zaczął rozkwitać.
Zastanawiała się nad jego kolejnymi słowami. Prawdę mówiąc bardzo jej ulżyło, że tak prędko udało się znaleźć cokolwiek, że ten statek był w rejestrach i można było jego historię jakkolwiek prześledzić, bo obawiała się, że to może być ślepy zaułek. Poza tym, to że Anthony chciał się w sprawę nieco bardziej zaangażować również pomagało, bo gdyby ona sama miała przepłukać te wszystkie archiwa w poszukiwaniu właściwych informacji, to chyba spędziłaby tu kolejny tydzień, a miała przed sobą stos piętrzącej się roboty.
– O ile to były magiczne przedmioty… trudno powiedzieć. Pewnie też zależy kiedy ten wielki sztorm miał miejsce – Victoria westchnęła. – Może trzeba będzie jeszcze przejrzeć archiwalne wydania gazety, jak już będziemy wiedzieć mniej-więcej przy którym roku się poruszamy, żeby to potwierdzić? – zasugerowała, zastanawiając się, jak najlepiej ugryźć tę sprawę. Przynajmniej jednak mieli już jakiś punkt zaczepienia, a to dużo. – Nawiązałem współpracę z tym cukiernikiem? – zdumiała się bardziej tą informacją, niż tym, że Bott mógłby znaleźć jakieś rozwiązanie na to, że Anthony niekomfortowo czuł się na statkach.
– Och, oczywiście. Nie wiedziałam, że tylko ja spowalniam przedsięwzięcie – dała się wyprowadzić z archiwum po tym, gdy już odłożyła na miejsce pergaminy, które z taką pieczołowitością studiowała, nim Anthonego oświeciło, czego dokładnie szukali.
Nie trwało długo, a zatoczyło koło, znowu wchodząc do gabinetu szefa biura, a Victoria odczekała, aż zostaną sami.
– Co mi chciałeś powiedzieć o tych fiolkach? – zapytała wprost.