10.09.2026, 21:43 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.09.2026, 21:43 przez Benjy Fenwick.)
Ostatecznie wyszliśmy ze skupiska straganów z metalowym diademem dla Prue, który kosztował wystarczająco dużo, żebyśmy oboje z powodzeniem mogli uznać go za przedmiot o znaczeniu religijnym, oraz z moim własnym darem wotywnym, znacznie skromniejszym i pozbawionym ambicji konkurowania z rodowym srebrem mojej żony. Nie zamierzałem oczywiście żałować poniesionej ceny, bo miałem wystarczająco dużo instynktu samozachowawczego, żeby wiedzieć, że niektóre rzeczy najlepiej było pozostawić między człowiekiem a jego sakiewką, zwłaszcza że nie byliśmy biedni, w dodatku dało się powiedzieć, iż w pewnym sensie opuściliśmy miasteczko bogatsi o całkowicie nieprzydatną wiedzę - podczas dokonania zakupu zdążyłem bowiem dowiedzieć się, że istniało co najmniej sześć wariacji splotów srebrnych drucików, które według sprzedawcy „idealnie wizualnie współgrały z charakterem nadchodzącego wydarzenia”, trzy rodzaje kwiatów, których pod żadnym pozorem nie należało dodawać do ofiary, oraz usiłowano nam wcisnąć jeden wyjątkowo bezsensowny amulet, który miał „gwarantować przychylność boskich sił”, jeśli rozłamalibyśmy go w odpowiedni sposób - bujda, rzecz jasna - ten ostatni zostawiłem na miejscu, nawet go nie dotykając, wiedzę o zielsku nawet odnotowałem gdzieś z tyłu głowy, chociaż raczej do zweryfikowania. Wyjątkowo darowałem sobie również pyskówkę z naciągaczem, ponieważ zależało mi przede wszystkim na zakupie tego, czego chciała Prudence, ja po tym wszystkim dobrałem dla siebie prostszy dar, by nie słuchać więcej bzdur od handlarzy, wciąż zgodny z charakterem rytuału, ale jednocześnie pozbawiony zbędnych ozdób.
Po kilkunastu minutach oddaliliśmy się od zabudowań i weszliśmy między pagórki, oddalając się od cywilizacji - ścieżka szybko przestała przypominać coś, co można było nazwać „drogą” i zaczęła być raczej sugestią, że ktoś tędy kiedyś przeszedł i natura łaskawie go nie pożarła. Teraz szliśmy już przez torfowiska, zapadając się miejscami w miękką, wilgotną ziemię, która przy każdym kroku uginała się pod naszymi podeszwami i wydawała z siebie ciche, nieprzyjemne mlaśnięcie. Powietrze było tu chłodniejsze niż w Dolinie, pachniało mokrym mchem, torfem i stojącą wodą, nisko wiszące gałęzie drzew co jakiś czas smagały mnie w czubek głowy albo zahaczały o moje ramiona, nie przeszkadzało mi to jednak jakoś szczególnie - wręcz przeciwnie - lubiłem spacery w konkretnym celu, podczas których musiałem od czasu do czasu patrzeć pod nogi i jednocześnie pamiętać, gdzie właściwie zmierzałem, zamiast bezmyślnie maszerować przed siebie.
- Co mamy w planach? - Zerknąłem na nią z ukosa, poprawiając pasek torby przewieszonej przez ramię. - Na Samhain. - To było nasze pierwsze takie wspólne święto, nie licząc średnio udanego Mabon, pierwszy raz przygotowywaliśmy się do niego razem, jako rodzina, a jednak każde z nas miało za sobą całe lata własnych tradycji, przyzwyczajeń i rzeczy, których drugie nie znało. - Masz jakieś szczególne… Wizje? Szyczenia? Tak dalej. - Sam nie wiedziałem, dlaczego akurat teraz o to zapytałem - może przez miejsce, może przez cały ten klimat, a może dlatego, że ponownie uświadomiłem sobie, ile rzeczy z jej życia istniało jeszcze poza mną, ile jesiennych wieczorów przeżyła, zanim nasze drogi w końcu się przecięły w taki sposób, że przestaliśmy być tylko dwojgiem ludzi znających się z różnych powodów - nie oczekiwałem szczególnie wzniosłej odpowiedzi, właściwie liczyłem na coś zwyczajnego, może nawet typowego dla niej i jej zainteresowań, bo właśnie takie szczegóły najbardziej mnie interesowały.
Po kilkunastu minutach oddaliliśmy się od zabudowań i weszliśmy między pagórki, oddalając się od cywilizacji - ścieżka szybko przestała przypominać coś, co można było nazwać „drogą” i zaczęła być raczej sugestią, że ktoś tędy kiedyś przeszedł i natura łaskawie go nie pożarła. Teraz szliśmy już przez torfowiska, zapadając się miejscami w miękką, wilgotną ziemię, która przy każdym kroku uginała się pod naszymi podeszwami i wydawała z siebie ciche, nieprzyjemne mlaśnięcie. Powietrze było tu chłodniejsze niż w Dolinie, pachniało mokrym mchem, torfem i stojącą wodą, nisko wiszące gałęzie drzew co jakiś czas smagały mnie w czubek głowy albo zahaczały o moje ramiona, nie przeszkadzało mi to jednak jakoś szczególnie - wręcz przeciwnie - lubiłem spacery w konkretnym celu, podczas których musiałem od czasu do czasu patrzeć pod nogi i jednocześnie pamiętać, gdzie właściwie zmierzałem, zamiast bezmyślnie maszerować przed siebie.
- Co mamy w planach? - Zerknąłem na nią z ukosa, poprawiając pasek torby przewieszonej przez ramię. - Na Samhain. - To było nasze pierwsze takie wspólne święto, nie licząc średnio udanego Mabon, pierwszy raz przygotowywaliśmy się do niego razem, jako rodzina, a jednak każde z nas miało za sobą całe lata własnych tradycji, przyzwyczajeń i rzeczy, których drugie nie znało. - Masz jakieś szczególne… Wizje? Szyczenia? Tak dalej. - Sam nie wiedziałem, dlaczego akurat teraz o to zapytałem - może przez miejsce, może przez cały ten klimat, a może dlatego, że ponownie uświadomiłem sobie, ile rzeczy z jej życia istniało jeszcze poza mną, ile jesiennych wieczorów przeżyła, zanim nasze drogi w końcu się przecięły w taki sposób, że przestaliśmy być tylko dwojgiem ludzi znających się z różnych powodów - nie oczekiwałem szczególnie wzniosłej odpowiedzi, właściwie liczyłem na coś zwyczajnego, może nawet typowego dla niej i jej zainteresowań, bo właśnie takie szczegóły najbardziej mnie interesowały.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)