10.09.2026, 23:08 ✶
Kilka razy poprawiałem kształt, dociskając drucik obiema dłońmi i opierając go o krawędź stołu, aż w końcu uzyskałem coś, co zdecydowanie przewyższyło moje oczekiwania - okrąg był naprawdę, ale to naprawdę elegancki - nie zamierzałem jednak gapić się tak po prostu na swoje twórcze dziecko i ryzykować, że magicznie nagle się powygina, dlatego od razu sięgnąłem po jutowy sznurek i zacząłem ciasno owijać nim całą konstrukcję, przeprowadzając włókno przez drut i zaciskając kolejne odcinki tak, żeby wszystko trzymało się kupy.
Zależało mi na tym, żeby podstawa nie rozjebała się przy pierwszym mocniejszym dotknięciu, ani tym bardziej podczas agresywnego przesunięcia go przez jakąś starą babę po ołtarzu, zwłaszcza że miałem już przed oczami wizję wielogodzinnego dorobku artystycznego rozsypującego się po kamiennej podłodze, rozbitych w drobny mak fragmentów lisiej czaszki, pośmiertnie powybijanych zębów nieszczęsnego stworzenia leżących razem ze zgniecionymi owocami głogu, jarzębiną i resztą moich skrzętnie zbieranych i całkiem należycie transportowanych leśnych zdobyczy, liści pod czyimiś butami i tak dalej…
Po kilku minutach sznurek był już odpowiednio naprężony, węzły trzymały się ciasno, natomiast drut praktycznie zniknął pod grubą warstwą włókien - pociągnąłem za konstrukcję z obu stron, sprawdziłem kilka miejsc kciukiem i uznałem, że miała wytrzymać więcej niż moje ręce podczas tej dosyć niewdzięcznej roboty - chwilowo byłem całkiem cierpliwy, bo jeszcze nie przeszedłem do najciekawszej części pracy i tylko trochę pokłułem się gałęziami podczas ich pozyskiwania, wszystko inne było dopiero przede mną, najpewniej już nie dzisiaj, bo miałem także inne, nie mniej absorbujące zajęcia do odbycia. W końcu zawiązałem porządny, podwójny węzeł, odciąłem końcówkę nożem i odsunąłem wieniec od siebie, uznając, że na tym etapie mogłem już przestać martwić się o swój kręgosłup.
Zależało mi na tym, żeby podstawa nie rozjebała się przy pierwszym mocniejszym dotknięciu, ani tym bardziej podczas agresywnego przesunięcia go przez jakąś starą babę po ołtarzu, zwłaszcza że miałem już przed oczami wizję wielogodzinnego dorobku artystycznego rozsypującego się po kamiennej podłodze, rozbitych w drobny mak fragmentów lisiej czaszki, pośmiertnie powybijanych zębów nieszczęsnego stworzenia leżących razem ze zgniecionymi owocami głogu, jarzębiną i resztą moich skrzętnie zbieranych i całkiem należycie transportowanych leśnych zdobyczy, liści pod czyimiś butami i tak dalej…
Po kilku minutach sznurek był już odpowiednio naprężony, węzły trzymały się ciasno, natomiast drut praktycznie zniknął pod grubą warstwą włókien - pociągnąłem za konstrukcję z obu stron, sprawdziłem kilka miejsc kciukiem i uznałem, że miała wytrzymać więcej niż moje ręce podczas tej dosyć niewdzięcznej roboty - chwilowo byłem całkiem cierpliwy, bo jeszcze nie przeszedłem do najciekawszej części pracy i tylko trochę pokłułem się gałęziami podczas ich pozyskiwania, wszystko inne było dopiero przede mną, najpewniej już nie dzisiaj, bo miałem także inne, nie mniej absorbujące zajęcia do odbycia. W końcu zawiązałem porządny, podwójny węzeł, odciąłem końcówkę nożem i odsunąłem wieniec od siebie, uznając, że na tym etapie mogłem już przestać martwić się o swój kręgosłup.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)