10.09.2026, 23:37 ✶
Z bluszczem od początku szło mi odrobinę chujowo, chociaż przez pierwsze kilkanaście minut uparcie udawałem przed samym sobą, że wszystko zmierzało w dobrym kierunku, pomimo wszelkich starań pędy nie układały się tak, jak chciałem, część wysuwała się spod jutowego sznurka, parę niewłaściwie wygięło się w zetknięciu z drutem, inne zawijały się w miejscach, w których zupełnie ich nie potrzebowałem - kiedy próbowałem poprawić jeden fragment, natychmiast psułem dwa kolejne - mimo wszystko brnąłem dalej, bo uznałem, że skoro już zacząłem, to przecież nie będę się poddawał przez kilka cholernych gałązek, zwłaszcza że miałem przed sobą cały wieczór i wystarczająco dużo czasu w oczekiwaniu na moją dziewczynę, żeby zmarnować jego znaczną część na coś, co miało być rzekomą ozdobą ołtarza.
Największy problem pojawił się jednak dopiero pod koniec, kiedy odsunąłem krzesło od biurka i spojrzałem na całość z pewnej odległości, może nie do końca zdrowej w kontekście mojej samooceny, praktycznie w tym samym momencie dotarło do mnie, że może, tylko może, powinienem był zacząć od głogu… Gęstsze, sztywniejsze - kłujące, ale chuj z tym - gałązki znacznie lepiej nadawałyby się na konstrukcję, natomiast bluszcz mógłby później zostać przeze mnie użyty do wypełnienia przestrzeni i przykrycia miejsc mocowania drugiej rośliny, zamiast tego zrobiłem dokładnie odwrotnie, przez co część bluszczu sterczała pod dziwnymi kątami, część była przygnieciona, zaś całość wyglądała tak, jakby ktoś próbował związać żywopłot w fantazyjny wzorek i po drodze stracił zainteresowanie własnym przedsięwzięciem.
Zakląłem pod nosem, bezmyślnie złapałem za pierwszy pęd i zacząłem go wyciągać - oczywiście, że nie chciał wyjść - pociągnąłem mocniej, potem jeszcze raz, aż wreszcie puścił gwałtownie i omal nie uderzyłem się nim w twarz. Kolejne fragmenty potraktowałem jeszcze znacznie mniej delikatnie, nienauczony tym doświadczeniem, wyrywając większość trochę zbyt mocno na chama i odkładając wszystko na bok w rosnącą, już nie tak ładnie wyglądającą stertę. Po kilku minutach spojrzałem na swoje dzieło, które ponownie wyglądało jak zwykły druciany okrąg, na myśl o czym poczułem, że jeżeli natychmiast czegoś nie wypiję, zrobię coś, czego bym później bardzo pożałował…
Poszedłem więc się przewietrzyć i wróciwszy później z tylko nieco lepszym nastawieniem, usiadłem przy blacie i tym razem najpierw sięgnąłem po głóg - ułożyłem gałęzie wzdłuż podstawy, mocując je jutowym sznurkiem i przeklinając pod nosem za każdym razem, gdy ukłułem się w palec, czyli zbyt często, bym mógł zliczyć, dopiero potem zacząłem prowadzić pomiędzy nimi bluszcz. Tym razem pędy teoretycznie miały się czego trzymać, więc mogłem przeplatać je przez gałązki i układać warstwami, zamiast walczyć z nimi na gołym metalu.
Pracowałem mniej chętnie niż z początku, poprawiając kolejne fragmenty, i chociaż nadal nie miałem żadnej gwarancji, że na końcu nie powstanie kolejny botaniczny koszmar, przynajmniej tym razem całość chyba zaczynała wyglądać tak, jak powinna - nareszcie zaczynało to przypominać prawdziwy wieniec, a nie dowód na to, że człowiek, który wykonywał to dzieło, zbyt długo przebywał sam ze sobą w lesie.
rzemiosło ◉○○○○ - dalej ćwiczę przeplatanie, tym razem głogu u podstawy
Największy problem pojawił się jednak dopiero pod koniec, kiedy odsunąłem krzesło od biurka i spojrzałem na całość z pewnej odległości, może nie do końca zdrowej w kontekście mojej samooceny, praktycznie w tym samym momencie dotarło do mnie, że może, tylko może, powinienem był zacząć od głogu… Gęstsze, sztywniejsze - kłujące, ale chuj z tym - gałązki znacznie lepiej nadawałyby się na konstrukcję, natomiast bluszcz mógłby później zostać przeze mnie użyty do wypełnienia przestrzeni i przykrycia miejsc mocowania drugiej rośliny, zamiast tego zrobiłem dokładnie odwrotnie, przez co część bluszczu sterczała pod dziwnymi kątami, część była przygnieciona, zaś całość wyglądała tak, jakby ktoś próbował związać żywopłot w fantazyjny wzorek i po drodze stracił zainteresowanie własnym przedsięwzięciem.
Zakląłem pod nosem, bezmyślnie złapałem za pierwszy pęd i zacząłem go wyciągać - oczywiście, że nie chciał wyjść - pociągnąłem mocniej, potem jeszcze raz, aż wreszcie puścił gwałtownie i omal nie uderzyłem się nim w twarz. Kolejne fragmenty potraktowałem jeszcze znacznie mniej delikatnie, nienauczony tym doświadczeniem, wyrywając większość trochę zbyt mocno na chama i odkładając wszystko na bok w rosnącą, już nie tak ładnie wyglądającą stertę. Po kilku minutach spojrzałem na swoje dzieło, które ponownie wyglądało jak zwykły druciany okrąg, na myśl o czym poczułem, że jeżeli natychmiast czegoś nie wypiję, zrobię coś, czego bym później bardzo pożałował…
Poszedłem więc się przewietrzyć i wróciwszy później z tylko nieco lepszym nastawieniem, usiadłem przy blacie i tym razem najpierw sięgnąłem po głóg - ułożyłem gałęzie wzdłuż podstawy, mocując je jutowym sznurkiem i przeklinając pod nosem za każdym razem, gdy ukłułem się w palec, czyli zbyt często, bym mógł zliczyć, dopiero potem zacząłem prowadzić pomiędzy nimi bluszcz. Tym razem pędy teoretycznie miały się czego trzymać, więc mogłem przeplatać je przez gałązki i układać warstwami, zamiast walczyć z nimi na gołym metalu.
Pracowałem mniej chętnie niż z początku, poprawiając kolejne fragmenty, i chociaż nadal nie miałem żadnej gwarancji, że na końcu nie powstanie kolejny botaniczny koszmar, przynajmniej tym razem całość chyba zaczynała wyglądać tak, jak powinna - nareszcie zaczynało to przypominać prawdziwy wieniec, a nie dowód na to, że człowiek, który wykonywał to dzieło, zbyt długo przebywał sam ze sobą w lesie.
rzemiosło ◉○○○○ - dalej ćwiczę przeplatanie, tym razem głogu u podstawy
Rzut O 1d100 - 13
Akcja nieudana
Akcja nieudana
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)