11.09.2026, 00:42 ✶
Zadowolony? No, nie za bardzo. Zawiesiłem głowę nad tym nieszczęsnym wieńcem, z kuflem piwa znowu w dłoni, zmrużyłem oczy i przez bitą sekundę naprawdę spróbowałem zrozumieć, w którym dokładnie momencie kolejny raz udało mi się spierdolić coś, co teoretycznie polegało na przywiązaniu do siebie kilku roślin - nie wiedziałem - no, naprawdę, kurwa, nie miałem zielonego pojęcia, dlaczego tym razem dodanie jarzębiny zamiast poprawić całość sprawiło, że miałem jeszcze większą ochotę wypierdolić ją przez okno. Być może powinienem był sięgnąć po jakąś książkę o kompozycjach florystycznych, przeczytać, gdzie co się układa, czego z czym nie łączyć i ile gałęzi głogu w proporcji do owoców jarzębiny przypadało na metr kwadratowy każdej szanującej się dekoracji, ale sam pomysł siedzenia z książką i uczenia się, jak poprawnie wciskać rośliny w drut, wydawał mi się wyjątkowo popierdolony…
Łatwiej było coś rozebrać, przełożyć, odwiązać, przywiązać, wyrwać i zrobić jeszcze raz, niż siedzieć nad poradnikiem i przyjmować do wiadomości, że istniały zasady dotyczące układania kwiatów, których najwyraźniej nikt nie raczył mi wcześniej wyjaśnić, może dlatego, że nie byłem panną szlachcianką… Wolałem coś zrobić, zobaczyć, że wyszło źle, zrobić to jeszcze raz, a potem, jeśli nadal wychodziło źle, uznać, że materiał był wadliwy. Wolałem działać, zawsze wolałem działać, a konsekwencje tej preferencji miałem właśnie przed sobą na stole. Opróżniłem kufel, po czym przyjrzałem się wieńcowi jeszcze raz, tym razem z drugiej strony, licząc naiwnie, że może z tej perspektywy nagle miał stać się lepszy - „ehem, chuja tam” - przeciwnie, znalazłem tam kolejne miejsce, które wyglądało fatalnie, potem jeszcze kolejne, które po dołożeniu jarzębiny zaczęło wyglądać jeszcze gorzej.
Zacisnąłem szczękę, potarłem dłonią kark i przez chwilę naprawdę rozważałem, czy nie powinienem był wziąć całej konstrukcji i po prostu wypierdolić jej przez okno, licząc na to, iż do rana miało jej tam już nie być, bo zajęłyby się nią skrzaty, problem polegał na tym, że włożyłem w to już tyle czasu, że wyrzucenie „dzieła” oznaczałoby przyznanie się przed samym sobą do kompletnej porażki, a tego nie zamierzałem robić, nawet jeśli jedynym świadkiem mojego osobistego piekła byłem ja sam.
„Jarzębina, zasrane czerwone korale, czerwone niczym, kurwa, wino i łzy, kurwa, krew, pot i rzęsiste łzy, chociaż ja akurat prędzej zamierzałem się zesrać”, i jeśli nie potrafiłem jej sensownie ułożyć, mogłem przynajmniej spróbować ją zasłonić, bo naturalnie, uznałem, że była to strategia równie dobra, jak każda inna, gdyż przede wszystkim nie wymagała ode mnie czytania żadnej książki - skoro liście dębu i paprocie wcześniej trochę uratowały sytuację, należało najwyraźniej zastosować tę samą genialną strategię na większą skalę.
Zostawiłem wszystko na blacie, narzuciłem na siebie coś normalnego i po ciemku wyszedłem do ogrodu ziołowego, noc była chłodna, ziemia wilgotna, przy każdym kroku mokre źdźbła zroszonej trawy ocierały się o spodnie, ale miałem to gdzieś, nie zamierzałem robić żadnej szczegółowej selekcji, potrzebowałem zielska, najlepiej takiego, które miało dużo liści i dało się łatwo powpychać między gałęzie. Narwałem więc kilka większych okazów, trochę drobniejszych listków i garść roślin, których nawet nie próbowałem rozpoznawać w tym świetle, po czym wróciłem do środka z naręczem zieleni, dopiero wtedy patrząc na to, co wyrwałem. Część zdecydowanie nie nadawała się do użytku w celach wotywnych, lecz udało mi się przynieść kilka całkiem wartościowych ziół, więc ponownie usiadłem przy blacie, złapałem wieniec i zacząłem wciskać wszystko pomiędzy głóg, bluszcz, dąb i jarzębinę. Tym razem ponownie nie próbowałem niczego projektować, po prostu zasłaniałem niedociągnięcia - tam, gdzie jarzębina rzucała się w oczy zbyt mocno, wsadzałem zielsko, tam, gdzie konstrukcja wyglądała na pustą, dokładałem kolejne zielsko, więcej zielska, dużo liści - po kilku minutach czerwone owoce zaczęły znikać w zieleni, a ja spojrzałem na efekt…
rzemiosło ◉○○○○ - liście, więcej liści, gdziekolwiek
Łatwiej było coś rozebrać, przełożyć, odwiązać, przywiązać, wyrwać i zrobić jeszcze raz, niż siedzieć nad poradnikiem i przyjmować do wiadomości, że istniały zasady dotyczące układania kwiatów, których najwyraźniej nikt nie raczył mi wcześniej wyjaśnić, może dlatego, że nie byłem panną szlachcianką… Wolałem coś zrobić, zobaczyć, że wyszło źle, zrobić to jeszcze raz, a potem, jeśli nadal wychodziło źle, uznać, że materiał był wadliwy. Wolałem działać, zawsze wolałem działać, a konsekwencje tej preferencji miałem właśnie przed sobą na stole. Opróżniłem kufel, po czym przyjrzałem się wieńcowi jeszcze raz, tym razem z drugiej strony, licząc naiwnie, że może z tej perspektywy nagle miał stać się lepszy - „ehem, chuja tam” - przeciwnie, znalazłem tam kolejne miejsce, które wyglądało fatalnie, potem jeszcze kolejne, które po dołożeniu jarzębiny zaczęło wyglądać jeszcze gorzej.
Zacisnąłem szczękę, potarłem dłonią kark i przez chwilę naprawdę rozważałem, czy nie powinienem był wziąć całej konstrukcji i po prostu wypierdolić jej przez okno, licząc na to, iż do rana miało jej tam już nie być, bo zajęłyby się nią skrzaty, problem polegał na tym, że włożyłem w to już tyle czasu, że wyrzucenie „dzieła” oznaczałoby przyznanie się przed samym sobą do kompletnej porażki, a tego nie zamierzałem robić, nawet jeśli jedynym świadkiem mojego osobistego piekła byłem ja sam.
„Jarzębina, zasrane czerwone korale, czerwone niczym, kurwa, wino i łzy, kurwa, krew, pot i rzęsiste łzy, chociaż ja akurat prędzej zamierzałem się zesrać”, i jeśli nie potrafiłem jej sensownie ułożyć, mogłem przynajmniej spróbować ją zasłonić, bo naturalnie, uznałem, że była to strategia równie dobra, jak każda inna, gdyż przede wszystkim nie wymagała ode mnie czytania żadnej książki - skoro liście dębu i paprocie wcześniej trochę uratowały sytuację, należało najwyraźniej zastosować tę samą genialną strategię na większą skalę.
Zostawiłem wszystko na blacie, narzuciłem na siebie coś normalnego i po ciemku wyszedłem do ogrodu ziołowego, noc była chłodna, ziemia wilgotna, przy każdym kroku mokre źdźbła zroszonej trawy ocierały się o spodnie, ale miałem to gdzieś, nie zamierzałem robić żadnej szczegółowej selekcji, potrzebowałem zielska, najlepiej takiego, które miało dużo liści i dało się łatwo powpychać między gałęzie. Narwałem więc kilka większych okazów, trochę drobniejszych listków i garść roślin, których nawet nie próbowałem rozpoznawać w tym świetle, po czym wróciłem do środka z naręczem zieleni, dopiero wtedy patrząc na to, co wyrwałem. Część zdecydowanie nie nadawała się do użytku w celach wotywnych, lecz udało mi się przynieść kilka całkiem wartościowych ziół, więc ponownie usiadłem przy blacie, złapałem wieniec i zacząłem wciskać wszystko pomiędzy głóg, bluszcz, dąb i jarzębinę. Tym razem ponownie nie próbowałem niczego projektować, po prostu zasłaniałem niedociągnięcia - tam, gdzie jarzębina rzucała się w oczy zbyt mocno, wsadzałem zielsko, tam, gdzie konstrukcja wyglądała na pustą, dokładałem kolejne zielsko, więcej zielska, dużo liści - po kilku minutach czerwone owoce zaczęły znikać w zieleni, a ja spojrzałem na efekt…
rzemiosło ◉○○○○ - liście, więcej liści, gdziekolwiek
Rzut O 1d100 - 36
Akcja nieudana
Akcja nieudana
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)