Atreus żył w rodzinie strażników tajemnic, łamaczy kodów i tych, którzy te szyfry tworzyli, by chronić to co nie powinno być łatwo dostępne. Jego ojciec natomiast, wybrał nieco inną drogę, postanawiając rozpocząć swoją karierę w Brygadzie Uderzeniowej, by dalej piąć się po szczeblach i zostać Aurorem. Cholernie dobrym aurorem, który co prawda nigdy szefem nie został, ale jego zastępcą już tak – jego syn miał natomiast wrażenie, że nie sięgnął dalej tylko dlatego, by nie przesiedzieć reszty życia wyłącznie za biurkiem. Pokonała go kontuzja w starciu z czarnoksiężnikiem, jednoznacznie przekreślając jego dalszą karierę w zawodzie, ale nie zmieniało to faktu, że Percival był kimś, kto podobnie jak dziadek Ginny, panował Grindelwalda.
Ściany kamienicy Bulstrode'ów, co jakiś czas wypełniały więc wspomnienia tego, co wtedy się działo, a wszystko co mówił trafiało na podatny grunt, bo przecież jego młodszy syn od zawsze chciał iść w ślady ojca. Atreus więc znał tamte czasy z opowieści i bez większego oporu znajdował podobieństwa w tym co działo się wtedy i co kształtowało się na ich oczach. Nie nazwałby tego nigdy rebelią – to słowo w tym kontekście jakoś nie leżało dobrze na języku. Było w nim za mało pejoratywnych konotacji, a Grindelwald i Voldemort wydawali się chcieć jednego; by zaorać doszczętnie znany porządek świata i zmienić go na gorsze.
Była uzdrowicielem i Bulstrode niemal siłą musiał się powstrzymać, żeby nie powiedzieć że on aurorem. Odruch, głupi bo głupi, który szybko został stłamszony i odłożony na bok. Bywał niepoważny, ale teraz zwyczajnie nie mógł, wpatrując się w nich z zastanowieniem, kiedy oboje snuli swoje wyjaśnienia. Sprawdzał ich, filtrując rozbłyskające dookoła kolory, najpierw te kobiety, a potem mężczyzny. W końcu jednak kiwnął głową, bardziej chyba do siebie niż do nich, bo kiedy Ginny zapytała o ręce, wyglądał przez ułamek sekundy, jakby zdążył o tym zapomnieć.
— Tak, oczywiście — zapewnił ją. — Malcolm McGonagall. A pani? — powtórzył, jakby chcąc lepiej w ten sposób utrwalić sobie imię w głowie, a może trochę wytrącił go z rytmu nienaturalny wygląd oczu dziadka. — Przykro mi, że musieli to państwo oglądać, skoro ich pan znał. Jak dużo osób tutaj mieszkało? — zaczął od podstaw. Tak, te powinny sprawdzić się w takiej sytuacji. To nie był pierwszy raz, jak pojawiał się na miejscu, gdzie Śmierciożercy pozostawili po sobie znak, ale zawsze takie zdarzenie wydawało się pozostawiać pod sobie nawet nie strach, ale terror. Taki, który siał się coraz mocniej w głowie z każdym kolejnym atakiem, którego się dopuszczali. Mordowali, napadali, palili… sposobów mieli wiele, ale najwyraźniej nawet zwierzęta wyczuwały to, czego się dopuszczali. — I mówi pani, że zwierzęta zaczęły wariować. Jak dawno? Długo zajęło wam dotarcie tu na miejsce?