11.09.2026, 10:23 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.09.2026, 10:24 przez Brenna Longbottom.)
– Masz rację – odparła Brenna krótko, bo faktycznie musiały teraz spodziewać się i niespodziewanego. A jej wiedza na tematy nekromancji, klątw oraz bardzo dziwnej magii, jakiej nikt nie spotkał od wielu lat, raczej nie leżała na szczególnie wysokim poziomie.
Mimo to ten stan…
Nie, to nie tak, że go znała. Zdawał się jednak jakby trochę znajomy. Przypatrywała się im zdumiona, a umysł podsunął ten moment, w którym do jej głowy wcisnęły się słowa o tym, że ogień wszystko pochłonie. Mieszkała też z dwójką osób, które zmagały się z podobnym problemem: Millie i Erik przez jakiś czas przecież zmagali się ze skutkami Spalonej Nocy, Moody przy okazji zebrania mówiła coś o hipnotyzerze… Brenna nie była jednak pewna, czy to na sto procent to, choćby dlatego, że ci ludzie recytowali coś innego, a i nie miała okazji często słyszeć słów manifestu.
Pijany lub naćpany człowiek prawdopodobnie mógł wyrzucać z siebie ciągi liczb. Jakoś jednak wątpiła, aby robił to w tak idealnej synchronizacji z innym człowiekiem: zupełnie jakby ćwiczyli ten występ całymi dniami. Wyciągnęła z kieszeni notatnik i podała go Heather.
– Zapisz te liczby, proszę – szepnęła do niej, bo może był w nich jakiś klucz, którego nie pojmowała, a który odnajdzie choćby numerolog. Sama zaś zbliżyła się do nich, ostrożnie. Z każdą chwilą upewniała się jednak, że raczej nie stanowią zagrożenia. Byli wychudzeni. Wyraźnie zziębnięci. Żaden z nich nie sięgał po broń czy po różdżki, i wpatrywali się przed siebie pustym wzrokiem. Potrzebowali pomocy specjalistów: na pewno najmniej hipnotyzera, a pewnie najlepiej magipsychiatry. – Czy panowie mnie słyszą? – zapytała, ale żaden z nich nie odpowiedział.
Wciąż recytacja.
Wbiła spojrzenie w ich twarze, pokryte zarostem, zaczerwienione od zimna. Jedna pozostawała całkowicie obca. Ale im dłużej przypatrywała się tej drugiej, tym bardziej miała wrażenie, że gdzieś ją już widziała.
– Ruda, czy on ci nie przypomina Henry’ego Owensa? Wydaje mi się, że jego żona zgłaszała zaginięcie – powiedziała z pewnym wahaniem, a potem zsunęła szalik i ostrożnie, nie wykonując gwałtownych ruchów, narzuciła go na ramiona zmarzniętego mężczyzny. – Trzeba ich stąd zabrać i popytać o to nazwisko w okolicy.
Mamy info, że rodziny na pewno ich szukają, więc zakładam, że zgłoszono ich zaginięcia.
Mimo to ten stan…
Nie, to nie tak, że go znała. Zdawał się jednak jakby trochę znajomy. Przypatrywała się im zdumiona, a umysł podsunął ten moment, w którym do jej głowy wcisnęły się słowa o tym, że ogień wszystko pochłonie. Mieszkała też z dwójką osób, które zmagały się z podobnym problemem: Millie i Erik przez jakiś czas przecież zmagali się ze skutkami Spalonej Nocy, Moody przy okazji zebrania mówiła coś o hipnotyzerze… Brenna nie była jednak pewna, czy to na sto procent to, choćby dlatego, że ci ludzie recytowali coś innego, a i nie miała okazji często słyszeć słów manifestu.
Pijany lub naćpany człowiek prawdopodobnie mógł wyrzucać z siebie ciągi liczb. Jakoś jednak wątpiła, aby robił to w tak idealnej synchronizacji z innym człowiekiem: zupełnie jakby ćwiczyli ten występ całymi dniami. Wyciągnęła z kieszeni notatnik i podała go Heather.
– Zapisz te liczby, proszę – szepnęła do niej, bo może był w nich jakiś klucz, którego nie pojmowała, a który odnajdzie choćby numerolog. Sama zaś zbliżyła się do nich, ostrożnie. Z każdą chwilą upewniała się jednak, że raczej nie stanowią zagrożenia. Byli wychudzeni. Wyraźnie zziębnięci. Żaden z nich nie sięgał po broń czy po różdżki, i wpatrywali się przed siebie pustym wzrokiem. Potrzebowali pomocy specjalistów: na pewno najmniej hipnotyzera, a pewnie najlepiej magipsychiatry. – Czy panowie mnie słyszą? – zapytała, ale żaden z nich nie odpowiedział.
Wciąż recytacja.
Wbiła spojrzenie w ich twarze, pokryte zarostem, zaczerwienione od zimna. Jedna pozostawała całkowicie obca. Ale im dłużej przypatrywała się tej drugiej, tym bardziej miała wrażenie, że gdzieś ją już widziała.
– Ruda, czy on ci nie przypomina Henry’ego Owensa? Wydaje mi się, że jego żona zgłaszała zaginięcie – powiedziała z pewnym wahaniem, a potem zsunęła szalik i ostrożnie, nie wykonując gwałtownych ruchów, narzuciła go na ramiona zmarzniętego mężczyzny. – Trzeba ich stąd zabrać i popytać o to nazwisko w okolicy.
Mamy info, że rodziny na pewno ich szukają, więc zakładam, że zgłoszono ich zaginięcia.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.