11.09.2026, 17:39 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.09.2026, 17:40 przez Benjy Fenwick.)
Torfowisko robiło się coraz bardziej dzikie w miarę, jak zabudowania Doliny znikały nam z pola widzenia, podmuchy wiatru przesuwały się nad wysokimi trawami, sprawiając, iż te poruszały się długimi falami, gałęzie drzew zwiszały się coraz niżej nad naszymi głowami, zerknąłem więc na nią przez ramię, pilnując przy tym, żeby mój następny krok wylądował na czymś, co wyglądało na wystarczająco stabilną kępę ziemi. Pokręciłem głową, kiedy przypomniała mi, że Ellie była wtedy całkiem miła, bo najwyraźniej miała zupełnie inną definicję słowa „miła” niż ja, szczególnie jeśli brało się pod uwagę fakt, że siedziałem wówczas przy ławie jako młody, nabuzowany hormonami gówniarz, który miał znacznie więcej dumy niż otwartości na ezoteryczne dozbania, naprzeciwko mnie siedziała dziewczyna będąca ze mną w najgorszych możliwych stosunkach na tamten moment, natomiast wszystko to oglądała starsza kobieta z talią kart i wiedzą o mnie, której wcale nie potrzebowałem.
Pamiętałem tamten salon aż nazbyt dobrze, czemu wcale nie pomogło to, ile razy wcześniej i później bywałem u Bletchleyów, pamiętałem niski stolik kawowy, dywan, karty i Ellie, która od zawsze była wobec mnie całkowicie przychylna, co wcale nie oznaczało, że jej wróżenie stanowiło dla mnie przyjemne doświadczenie - wręcz przeciwnie - miałem szesnaście lat, byłem przekonany, że jestem najmniej wrażliwym na takie rzeczy człowiekiem w promieniu kilkudziesięciu mil, ale szybko okazało się, iż moja odporność na starsze kobiety posiadające podobne zdolności była mniej więcej taka sama jak odporność papierowej torby zakupowej na brytyjski deszcz.
- Była miła. Mhm. Właśnie to było najgolsze. - Odpowiedziałem, ostrożnie stawiając kolejny krok na wilgotnym gruncie. - Była tak miła, sze pszes następne kilkanaście miesięcy zastanawiałem się, czy nie powinienem jednak zmieniś nazwiska i wyjechaś na kontynent. - Rzuciłem wymownie, ale zaraz pokręciłem głową. - Gdyby była niemiła, mógłbym się oblasiś i wyjść. - Stwierdziłem, krzywo wygiąwszy wargi, bo pamięć o tamtym spotkaniu nadal wywoływała we mnie coś pomiędzy zażenowaniem a niedowierzaniem - tamtego popołudnia potrzebowałem pretekstu, aby złapać za jakąś czystą szmatę, obrócić się na pięcie i zniknąć na podwórku, tymczasem babcia Bletchley była uprzejma, spokojna i najwyraźniej doskonale wiedziała, co robiła, więc nie miałem nawet przyzwoitej wymówki, żeby się z tego wycofać. Ani wtedy, ani teraz nie wierzyłem w przeznaczenie w tym sensie, w jakim niektórzy ludzie wierzyli, że każdy krok człowieka został zapisany gdzieś z góry, ale wiedziałem, że pewne formy wróżbiarstwa potrafiły być cholernie trafne, a Ellie zdecydowanie należała do osób, których nie ignorowało się tylko dlatego, że nie miało się ochoty słuchać odpowiedzi, i niestety byłem na tyle rozumny, by to uszanować.
Przez lata rzeczywiście zdarzało mi się trafiać w miejsca, gdzie trzeba było posunąć się do czegoś dziwnego, makabrycznego albo zwyczajnie idiotycznego, co zdecydowanie poszerzało horyzonty w najdziwniejszy możliwy sposób, zwłaszcza w przypadku święta takiego jak Samhain, sytuacji nie poprawiało także to, że wielokrotnie później wykorzystywałem tę wiedzę i umiejętności w okolicznościach, w których nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien ich potrzebować. Nie uważałem tego jednak za szczególny powód do dumy - ot, człowiek jeździł po świecie, robił głupie rzeczy, czasem próbował nowych rzeczy, czasem mu się podobały, czasem starał się wewnętrznie lub zewnętrznie nie umrzeć i przy okazji nabywał kompetencji, których nie dało się wpisać do normalnego życiorysu.
- Mosze jest coś, co chciałbym mieś. - Powiedziałem, zerkając w kierunku żony, lecz chwilowo nie wyjaśniając, co takiego, chociaż na pewno była się tego w stanie domyślić po spojrzeniu, które posłałem w jej stronę. Przez ostatnie lata widziałem wystarczająco dużo rzeczy, żeby nie mieć szczególnej ochoty prosić o kolejne niezwykłości, nie potrzebowałem następnego wielkiego rytuału, kolejnej podróży na drugi koniec świata ani żadnego cudu, który miałby uatrakcyjnić mi życie.
Wciąż szedłem przed nią, sprawdzając grunt, ale kiedy wspomniała, że babcia mogłaby wyciągnąć inne karty, westchnąłem demonstracyjnie.
- I co, tym lasem będą takie, któle powiedzą mi coś miłego? - Obejrzałem się na nią. - Na pszykład, sze jestem mądly, loswaszny i wyjątkowo dobsze wykoszystuję swoje szyciowe moszliwości? - Uśmiechnąłem się wymownie, a potem pokręciłem głową, samemu sobie odpowiedziawszy. - Nie? Szkoda.
Rozumiałem jednak, dlaczego właśnie do babci Prudence chciała wrócić przed Samhain - jeżeli ktoś miał być częścią przygotowań i obrzędów, Ellie miała do tego znacznie więcej powodów niż przypadkowa wróżbitka z sezonowego stoiska - przy tym wszystkim alkohol brzmiał zresztą jak całkiem rozsądne, przekonujące zabezpieczenie.
- Czyli plan jest taki, sze najpielw Ellie powie mi, sze jestem zjebany, potem powie mi, sze nie doceniam tego, co mogłoby byś moje, gdybym się balsiej postalał, a na końcu naleje mi coś mocnego, szebym łatwiej to pszełknął. No’ok. Umowa stoi. - Przesunąłem ciężar ciała, zerknąłem na Prue i uśmiechnąłem się krzywo.
Zatrzymałem się jeszcze kilka kroków dalej, badając grunt i wodę, potem spojrzałem na Prue i uśmiechnąłem się pod nosem.
- Tak, powinniśmy. - Przytaknąłem. - Tylko nie przesadzajmy. Chodzi o zaznaczenie, sze pszedmiot pszestał byś pszeznaczony do zwyczajnego uszytku i został oddany ofiesze. Nie musimy od razu rozmontowywaś tego biednego diademu. - Rzuciłem, chociaż jeśli o mnie chodziło, chętnie zobaczyłbym ją przy tym w akcji.
Pamiętałem tamten salon aż nazbyt dobrze, czemu wcale nie pomogło to, ile razy wcześniej i później bywałem u Bletchleyów, pamiętałem niski stolik kawowy, dywan, karty i Ellie, która od zawsze była wobec mnie całkowicie przychylna, co wcale nie oznaczało, że jej wróżenie stanowiło dla mnie przyjemne doświadczenie - wręcz przeciwnie - miałem szesnaście lat, byłem przekonany, że jestem najmniej wrażliwym na takie rzeczy człowiekiem w promieniu kilkudziesięciu mil, ale szybko okazało się, iż moja odporność na starsze kobiety posiadające podobne zdolności była mniej więcej taka sama jak odporność papierowej torby zakupowej na brytyjski deszcz.
- Była miła. Mhm. Właśnie to było najgolsze. - Odpowiedziałem, ostrożnie stawiając kolejny krok na wilgotnym gruncie. - Była tak miła, sze pszes następne kilkanaście miesięcy zastanawiałem się, czy nie powinienem jednak zmieniś nazwiska i wyjechaś na kontynent. - Rzuciłem wymownie, ale zaraz pokręciłem głową. - Gdyby była niemiła, mógłbym się oblasiś i wyjść. - Stwierdziłem, krzywo wygiąwszy wargi, bo pamięć o tamtym spotkaniu nadal wywoływała we mnie coś pomiędzy zażenowaniem a niedowierzaniem - tamtego popołudnia potrzebowałem pretekstu, aby złapać za jakąś czystą szmatę, obrócić się na pięcie i zniknąć na podwórku, tymczasem babcia Bletchley była uprzejma, spokojna i najwyraźniej doskonale wiedziała, co robiła, więc nie miałem nawet przyzwoitej wymówki, żeby się z tego wycofać. Ani wtedy, ani teraz nie wierzyłem w przeznaczenie w tym sensie, w jakim niektórzy ludzie wierzyli, że każdy krok człowieka został zapisany gdzieś z góry, ale wiedziałem, że pewne formy wróżbiarstwa potrafiły być cholernie trafne, a Ellie zdecydowanie należała do osób, których nie ignorowało się tylko dlatego, że nie miało się ochoty słuchać odpowiedzi, i niestety byłem na tyle rozumny, by to uszanować.
Przez lata rzeczywiście zdarzało mi się trafiać w miejsca, gdzie trzeba było posunąć się do czegoś dziwnego, makabrycznego albo zwyczajnie idiotycznego, co zdecydowanie poszerzało horyzonty w najdziwniejszy możliwy sposób, zwłaszcza w przypadku święta takiego jak Samhain, sytuacji nie poprawiało także to, że wielokrotnie później wykorzystywałem tę wiedzę i umiejętności w okolicznościach, w których nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien ich potrzebować. Nie uważałem tego jednak za szczególny powód do dumy - ot, człowiek jeździł po świecie, robił głupie rzeczy, czasem próbował nowych rzeczy, czasem mu się podobały, czasem starał się wewnętrznie lub zewnętrznie nie umrzeć i przy okazji nabywał kompetencji, których nie dało się wpisać do normalnego życiorysu.
- Mosze jest coś, co chciałbym mieś. - Powiedziałem, zerkając w kierunku żony, lecz chwilowo nie wyjaśniając, co takiego, chociaż na pewno była się tego w stanie domyślić po spojrzeniu, które posłałem w jej stronę. Przez ostatnie lata widziałem wystarczająco dużo rzeczy, żeby nie mieć szczególnej ochoty prosić o kolejne niezwykłości, nie potrzebowałem następnego wielkiego rytuału, kolejnej podróży na drugi koniec świata ani żadnego cudu, który miałby uatrakcyjnić mi życie.
Wciąż szedłem przed nią, sprawdzając grunt, ale kiedy wspomniała, że babcia mogłaby wyciągnąć inne karty, westchnąłem demonstracyjnie.
- I co, tym lasem będą takie, któle powiedzą mi coś miłego? - Obejrzałem się na nią. - Na pszykład, sze jestem mądly, loswaszny i wyjątkowo dobsze wykoszystuję swoje szyciowe moszliwości? - Uśmiechnąłem się wymownie, a potem pokręciłem głową, samemu sobie odpowiedziawszy. - Nie? Szkoda.
Rozumiałem jednak, dlaczego właśnie do babci Prudence chciała wrócić przed Samhain - jeżeli ktoś miał być częścią przygotowań i obrzędów, Ellie miała do tego znacznie więcej powodów niż przypadkowa wróżbitka z sezonowego stoiska - przy tym wszystkim alkohol brzmiał zresztą jak całkiem rozsądne, przekonujące zabezpieczenie.
- Czyli plan jest taki, sze najpielw Ellie powie mi, sze jestem zjebany, potem powie mi, sze nie doceniam tego, co mogłoby byś moje, gdybym się balsiej postalał, a na końcu naleje mi coś mocnego, szebym łatwiej to pszełknął. No’ok. Umowa stoi. - Przesunąłem ciężar ciała, zerknąłem na Prue i uśmiechnąłem się krzywo.
Zatrzymałem się jeszcze kilka kroków dalej, badając grunt i wodę, potem spojrzałem na Prue i uśmiechnąłem się pod nosem.
- Tak, powinniśmy. - Przytaknąłem. - Tylko nie przesadzajmy. Chodzi o zaznaczenie, sze pszedmiot pszestał byś pszeznaczony do zwyczajnego uszytku i został oddany ofiesze. Nie musimy od razu rozmontowywaś tego biednego diademu. - Rzuciłem, chociaż jeśli o mnie chodziło, chętnie zobaczyłbym ją przy tym w akcji.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)