11.09.2026, 20:31 ✶
Wyjaśnienie dotyczące Ellie tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że moja żona zdecydowanie zbyt dobrze rozumiała mechanizmy działania własnej babci, a przede wszystkim zdecydowanie zbyt spokojnie przyjmowała fakt, że jedna starsza kobieta potrafiła jednym zdaniem wpakować człowieka w całe lata niepotrzebnej autorefleksji. Pokiwałem głową, przechodząc nad wystającym korzeniem i spoglądając pod nogi, chociaż przy jej słowach o stylu życia pani Bletchley spojrzałem na linię drzew i uśmiechnąłem się pod nosem - właściwie trudno było znaleźć lepsze podsumowanie sposobu funkcjonowania jednej z najstarszych żyjących krewniaczek mojej drugiej połówki, o których istnieniu wiedziałem, nie znałem bowiem wielu ludzi, którzy potrafili jednym pozornie niewinnym spostrzeżeniem sprawić, że ktoś młodszy zaczynał analizować swoje decyzje sprzed dziesięciu lat, własne relacje, wybory zawodowe i przy okazji zastanawiać się, czy przypadkiem nie powinien był zostać klaunem w cyrku Bellów zamiast robić wszystko to, co robił dotychczas.
- Czyli nie moszna było tego po plostu nazwaś „byciem upieldliwie pszenikliwą”… - Podsumowałem po swojemu, zerkając na Prue. - Musiałaś od lasu nadaś temu głębsze podstawy. - Nie miałem jednak zamiaru kłócić się z jej oceną, bo dobrze wiedziałem, że starsza kobieta rzeczywiście miała talent do pozostawiania kogoś innego z myślą, której wcale nie chciał mieć, co prawda, moje szesnastoletnie ja najchętniej zaprzeczyłoby wszystkiemu, co wtedy usłyszało, ale problem polegał na tym, że nawet wtedy nie potrafiłem całkowicie wyrzucić tych słów z głowy - Prue raczej wiedziała o tym aż nazbyt doskonale, bo przecież widziała tamtą scenę na własne oczy, będąc uczestniczką niechlubnej najgorszej sesji tarota w mojej historii, więc tym bardziej nie zamierzałem dawać jej teraz zbyt wiele satysfakcji.
- Wcale na to nie liczyłem. - Oznajmiłem z przekonaniem, a że w tamtym czasie byłem po prostu młodym, niezwykle dojrzałym człowiekiem, który przez kilka miesięcy przypadkiem myślał o tym niemal przy każdym zasypianiu, to była już inna sprawa. - Cudownie. - Dopowiedziałem zaraz. - Czyli nie ma szadnej nadziei na poplawę. Dobsze wiedzieś pszed kolejną wizytą. - Prychnąłem pod nosem, chociaż nie przeszkadzało mi to tak naprawdę, bo w gruncie rzeczy lubiłem babcię żony, nawet jeśli jej karty i inne sposoby wyrażania opinii swego czasu budziły we mnie instynktowną potrzebę opuszczenia pomieszczenia - co prawie nigdy mi się, niestety, nie udawało - była jedną z tych osób, których nie dało się łatwo zignorować, zaś ja ceniłem ludzi, którzy potrafili patrzeć głębiej, nawet jeśli zdecydowanie wolałbym, żeby nie robili tego w stosunku do mnie.
Kolejne zapewnienie, „skoro tak mówisz”, skwitowałem spojrzeniem, które jasno sugerowało, że doskonale wiedziałem, iż Prue ani trochę mi nie uwierzyła.
- Nie słyszałem w tym pszekonania. - Stwierdziłem, a co słyszałem? Słyszałem uprzejmą zgodę kobiety, która już zapisała sobie w głowie, że kiedyś mi to wypomni… - Ech… - Zrobiłem krótką pauzę, po czym uśmiechnąłem się nieznacznie na następne, znacznie lepiej brzmiące słowa, swobodnie wzruszywszy ramionami - tak, było już zdecydowanie za późno na to, byśmy rozpatrywali słuszność podjętych przez nas decyzji małżeńskich, chociaż nawet w innym przypadku sam raczej nie miałbym takiego zamiaru.
Gdy dotarliśmy do odpowiedniego miejsca, skupiłem się już na tym, co mieliśmy zrobić, czyli na upewnieniu się, że podłoże było wystarczająco stabilne, woda znajdowała się niedaleko, okolica pozostawała zupełnie pusta, a więc wszystko wyglądało dokładnie tak, jak powinno.
- Sugelujesz, sze jestem gluby? - Rzuciłem, zamrugawszy, mimo że doskonale wiedziałem, co tak naprawdę powiedziała, i jaki stał za tym przekaz - gdybym to zrobił, ignorując zasady rytuału, za chwilę miałaby nie ofiarę wotywną, tylko kawałek srebra, który ktoś rozdeptał na płaski naleśnik, co raczej podwójnie nie spodobałoby się bóstwom - cofnąłem się zatem o krok, zostawiając jej miejsce na próbę zniszczenia diademu na własną nogę. Usłyszałem tępy metaliczny trzask, zobaczyłem moment, w którym pantofelki wraz z ich nosicielką wylądowały z powrotem na ziemi, a potem przez kilka sekund po prostu milczałem, próbując ustalić, czy przedmiot rzeczywiście dostatecznie ucierpiał.
- To był… Ambitny skok. - Stwierdziłem, kiedy okazało się, że dar najwyraźniej przeżył pierwszą próbę. - Ale chyba nie całkiem skuteczny. - Kucnąłem obok, nie dotykając jednak srebra, tylko wizualnie sprawdzając jego stan, po czym wstałem, otrzepałem dłonie z nieistniejącego piachu i cofnąłem się jeszcze kawałek, ponownie dając jej przestrzeń. - No dalej, Sunny. Skolo jusz nabylaś lodowe insygnia specjalnie po to, szeby je utopiś, byłoby tlochę głupio telas s nim pszeglaś. - Tak, to było podpuszczanie…
- Czyli nie moszna było tego po plostu nazwaś „byciem upieldliwie pszenikliwą”… - Podsumowałem po swojemu, zerkając na Prue. - Musiałaś od lasu nadaś temu głębsze podstawy. - Nie miałem jednak zamiaru kłócić się z jej oceną, bo dobrze wiedziałem, że starsza kobieta rzeczywiście miała talent do pozostawiania kogoś innego z myślą, której wcale nie chciał mieć, co prawda, moje szesnastoletnie ja najchętniej zaprzeczyłoby wszystkiemu, co wtedy usłyszało, ale problem polegał na tym, że nawet wtedy nie potrafiłem całkowicie wyrzucić tych słów z głowy - Prue raczej wiedziała o tym aż nazbyt doskonale, bo przecież widziała tamtą scenę na własne oczy, będąc uczestniczką niechlubnej najgorszej sesji tarota w mojej historii, więc tym bardziej nie zamierzałem dawać jej teraz zbyt wiele satysfakcji.
- Wcale na to nie liczyłem. - Oznajmiłem z przekonaniem, a że w tamtym czasie byłem po prostu młodym, niezwykle dojrzałym człowiekiem, który przez kilka miesięcy przypadkiem myślał o tym niemal przy każdym zasypianiu, to była już inna sprawa. - Cudownie. - Dopowiedziałem zaraz. - Czyli nie ma szadnej nadziei na poplawę. Dobsze wiedzieś pszed kolejną wizytą. - Prychnąłem pod nosem, chociaż nie przeszkadzało mi to tak naprawdę, bo w gruncie rzeczy lubiłem babcię żony, nawet jeśli jej karty i inne sposoby wyrażania opinii swego czasu budziły we mnie instynktowną potrzebę opuszczenia pomieszczenia - co prawie nigdy mi się, niestety, nie udawało - była jedną z tych osób, których nie dało się łatwo zignorować, zaś ja ceniłem ludzi, którzy potrafili patrzeć głębiej, nawet jeśli zdecydowanie wolałbym, żeby nie robili tego w stosunku do mnie.
Kolejne zapewnienie, „skoro tak mówisz”, skwitowałem spojrzeniem, które jasno sugerowało, że doskonale wiedziałem, iż Prue ani trochę mi nie uwierzyła.
- Nie słyszałem w tym pszekonania. - Stwierdziłem, a co słyszałem? Słyszałem uprzejmą zgodę kobiety, która już zapisała sobie w głowie, że kiedyś mi to wypomni… - Ech… - Zrobiłem krótką pauzę, po czym uśmiechnąłem się nieznacznie na następne, znacznie lepiej brzmiące słowa, swobodnie wzruszywszy ramionami - tak, było już zdecydowanie za późno na to, byśmy rozpatrywali słuszność podjętych przez nas decyzji małżeńskich, chociaż nawet w innym przypadku sam raczej nie miałbym takiego zamiaru.
Gdy dotarliśmy do odpowiedniego miejsca, skupiłem się już na tym, co mieliśmy zrobić, czyli na upewnieniu się, że podłoże było wystarczająco stabilne, woda znajdowała się niedaleko, okolica pozostawała zupełnie pusta, a więc wszystko wyglądało dokładnie tak, jak powinno.
- Sugelujesz, sze jestem gluby? - Rzuciłem, zamrugawszy, mimo że doskonale wiedziałem, co tak naprawdę powiedziała, i jaki stał za tym przekaz - gdybym to zrobił, ignorując zasady rytuału, za chwilę miałaby nie ofiarę wotywną, tylko kawałek srebra, który ktoś rozdeptał na płaski naleśnik, co raczej podwójnie nie spodobałoby się bóstwom - cofnąłem się zatem o krok, zostawiając jej miejsce na próbę zniszczenia diademu na własną nogę. Usłyszałem tępy metaliczny trzask, zobaczyłem moment, w którym pantofelki wraz z ich nosicielką wylądowały z powrotem na ziemi, a potem przez kilka sekund po prostu milczałem, próbując ustalić, czy przedmiot rzeczywiście dostatecznie ucierpiał.
- To był… Ambitny skok. - Stwierdziłem, kiedy okazało się, że dar najwyraźniej przeżył pierwszą próbę. - Ale chyba nie całkiem skuteczny. - Kucnąłem obok, nie dotykając jednak srebra, tylko wizualnie sprawdzając jego stan, po czym wstałem, otrzepałem dłonie z nieistniejącego piachu i cofnąłem się jeszcze kawałek, ponownie dając jej przestrzeń. - No dalej, Sunny. Skolo jusz nabylaś lodowe insygnia specjalnie po to, szeby je utopiś, byłoby tlochę głupio telas s nim pszeglaś. - Tak, to było podpuszczanie…
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)