12.09.2026, 01:56 ✶
Nawet nie próbowałem stłumić parsknięcia, doskonale wiedziałem, że jeśli zacznę teraz domagać się od niej oficjalnego przyznania mi racji, mogę równie dobrze do rana stać na tym torfowisku i czekać na odpowiedź, bo najwyraźniej właśnie rozpoczęliśmy bardzo poważny konkurs na to, które z nas szybciej udowodni drugiemu, że wcale nie ma racji.
- Słyszałaś doskonale. - Odparłem mimo to, przyglądając się jej z tym samym wyrazem twarzy, jaki zawsze przybierałem w podobnych sytuacjach - nie było to moje pierwsze rodeo, mogłem jeszcze trochę pociągać tego byka za rogi, ponieważ prawda była taka, że lubiłem tę jej przekorę, szczególnie kiedy pod spodem nie kryła się żadna faktyczna złośliwość, tylko było to zwyczajne droczenie się między dwojgiem ludzi, którzy znali się zdecydowanie za długo, żeby udawać przed sobą kogokolwiek innego. Kolejne wyjaśnienie dotyczące mojej masy sprawiło zresztą, że zatrzymałem się w połowie gestu - na szczęście już u celu - i spojrzałem na nią z nazbyt przejaskrawionym niedowierzaniem w oczach, bo najwyraźniej ona również postanowiła brnąć w temat tak długo, aż któreś z nas straci cierpliwość. Nie zamierzałem jej zatem oszczędzać, szczególnie że sam doskonale wiedziałem, jak absurdalnie wyglądała ta dyskusja - moja żona była drobna, ja byłem od niej wyraźnie większy i wystarczyło stanąć obok siebie, żeby odpowiedź na pytanie, kto z nas ważył więcej i z jakich powodów, była wyjątkowo oczywista.
- Skolo jusz tak dokładnie analizujesz skład mojego ciała, pszypomnę ci, sze człowiek mosze waszyś więcej s balso wielu powodów. Kości tesz swoje wnoszą. Organy lówniesz. Włosy pewnie tesz tlochę. A chalaktel, pszysnaję, mam wyjątkowo cięszki. - Nie zdążyłem jednak pociągnąć tego dalej, bo praktycznie od razu odbiła piłkę, przypominając mi o ten jeden bardzo niewygodny szczegół dotyczący tego, co zazwyczaj mówiłem o wykonywanym przez nią zawodzie, i tutaj musiałem przyznać, że trafiła w wyjątkowo niewygodne miejsce.
- Nie wyciągam twojego zawodu. - Bujda, bo wyciągałem. - Sama najpielw wyciągnęłaś moje mięśnie… Tłuszcz… No, kulwa, masę ciała. - Rzuciłem, co prawda tonem obrażonego siedmiolatka, ale musiała wiedzieć, jak wiele wymagało ode mnie utrzymywanie hartu ducha mężczyzny, który ogólnie nienawidził uzdrowicieli oraz szpitali, a mieszkał z kimś zdolnym powiedzieć przy śniadaniu coś w rodzaju „wczoraj widziałam bardzo ciekawy przypadek”, potem zaś spokojnie zjeść jajka.
Zerknąłem na diadem, który właśnie po raz kolejny pozostał nietknięty wpływem buta mojej lubej, przy czym zacisnąłem usta, żeby nie roześmiać się za szybko, podczas gdy Prue natomiast najwyraźniej zaczynała negocjować już nie tylko ze mną, nawet nie z kruszcem, lecz z samym wszechświatem, co w tej sytuacji wydawało mi się całkiem rozsądnym kierunkiem działań - niestety - jak i ona teraz, miałem swoje zasady, nawet jeśli w większości sytuacji sam byłem pierwszym człowiekiem, który próbował znaleźć sposób na ich obejście, ten rytuał wymagał, żeby każdy z nas samodzielnie uszkodził własny dar, więc mogłem ją co najwyżej dopingować i komentować jej coraz bardziej desperackie próby. Patrzyłem na nią, gdy przemawiała do bliżej nieokreślonych sił wyższych, prosząc je o odrobinę litości, i w końcu nie wytrzymałem - po prostu skisłem, ani trochę tego nie ukrywając. Gdy się odrobinę uspokoiłem, już tylko dysząc, nie kaszląc z powstrzymywanego brechtania, potrząsnąłem głową.
- Nie masz siły pszebicia? - Wypuściłem powoli powietrze nosem i spojrzałem na nią z niedowierzaniem, bo ujmowanie sobie zdecydowanie nie było tu dobrą techniką. - Masz za to upól, a to w twoim pszypadku znacznie gloźniejsza bloń. - Zrobiłem krok w jej stronę, ale zatrzymałem się, pamiętając o zasadach rytuału, po czym machnąłem ręką, zachęciwszy ją do kontynuowania - na szczęście - tym razem udanego, na widok czego, uniosłem oba kciuki, po czym sięgnąłem do własnej kieszeni i wyjąłem swój torkwes. Przez chwilę obracałem go między palcami, oceniając metal i miejsce, w którym najłatwiej było go zdeformować, po sekundce wiedziałem już dokładnie, gdzie powinienem przyłożyć nacisk, żeby uszkodzenie było wyraźne, ale nie całkowicie go zniszczyło. Zacisnąłem palce i powoli zwiększyłem siłę, aż zaprotestował cichym, głuchym trzaskiem, a potem wygiął się pod naciskiem moich dłoni, tracąc swój pierwotny kształt.
- No. - Obróciłem torkwes w palcach. - I po ploblemie. - „Po prostu stwierdziłem fakt”, triumfalnie szczerząc zęby…
- Słyszałaś doskonale. - Odparłem mimo to, przyglądając się jej z tym samym wyrazem twarzy, jaki zawsze przybierałem w podobnych sytuacjach - nie było to moje pierwsze rodeo, mogłem jeszcze trochę pociągać tego byka za rogi, ponieważ prawda była taka, że lubiłem tę jej przekorę, szczególnie kiedy pod spodem nie kryła się żadna faktyczna złośliwość, tylko było to zwyczajne droczenie się między dwojgiem ludzi, którzy znali się zdecydowanie za długo, żeby udawać przed sobą kogokolwiek innego. Kolejne wyjaśnienie dotyczące mojej masy sprawiło zresztą, że zatrzymałem się w połowie gestu - na szczęście już u celu - i spojrzałem na nią z nazbyt przejaskrawionym niedowierzaniem w oczach, bo najwyraźniej ona również postanowiła brnąć w temat tak długo, aż któreś z nas straci cierpliwość. Nie zamierzałem jej zatem oszczędzać, szczególnie że sam doskonale wiedziałem, jak absurdalnie wyglądała ta dyskusja - moja żona była drobna, ja byłem od niej wyraźnie większy i wystarczyło stanąć obok siebie, żeby odpowiedź na pytanie, kto z nas ważył więcej i z jakich powodów, była wyjątkowo oczywista.
- Skolo jusz tak dokładnie analizujesz skład mojego ciała, pszypomnę ci, sze człowiek mosze waszyś więcej s balso wielu powodów. Kości tesz swoje wnoszą. Organy lówniesz. Włosy pewnie tesz tlochę. A chalaktel, pszysnaję, mam wyjątkowo cięszki. - Nie zdążyłem jednak pociągnąć tego dalej, bo praktycznie od razu odbiła piłkę, przypominając mi o ten jeden bardzo niewygodny szczegół dotyczący tego, co zazwyczaj mówiłem o wykonywanym przez nią zawodzie, i tutaj musiałem przyznać, że trafiła w wyjątkowo niewygodne miejsce.
- Nie wyciągam twojego zawodu. - Bujda, bo wyciągałem. - Sama najpielw wyciągnęłaś moje mięśnie… Tłuszcz… No, kulwa, masę ciała. - Rzuciłem, co prawda tonem obrażonego siedmiolatka, ale musiała wiedzieć, jak wiele wymagało ode mnie utrzymywanie hartu ducha mężczyzny, który ogólnie nienawidził uzdrowicieli oraz szpitali, a mieszkał z kimś zdolnym powiedzieć przy śniadaniu coś w rodzaju „wczoraj widziałam bardzo ciekawy przypadek”, potem zaś spokojnie zjeść jajka.
Zerknąłem na diadem, który właśnie po raz kolejny pozostał nietknięty wpływem buta mojej lubej, przy czym zacisnąłem usta, żeby nie roześmiać się za szybko, podczas gdy Prue natomiast najwyraźniej zaczynała negocjować już nie tylko ze mną, nawet nie z kruszcem, lecz z samym wszechświatem, co w tej sytuacji wydawało mi się całkiem rozsądnym kierunkiem działań - niestety - jak i ona teraz, miałem swoje zasady, nawet jeśli w większości sytuacji sam byłem pierwszym człowiekiem, który próbował znaleźć sposób na ich obejście, ten rytuał wymagał, żeby każdy z nas samodzielnie uszkodził własny dar, więc mogłem ją co najwyżej dopingować i komentować jej coraz bardziej desperackie próby. Patrzyłem na nią, gdy przemawiała do bliżej nieokreślonych sił wyższych, prosząc je o odrobinę litości, i w końcu nie wytrzymałem - po prostu skisłem, ani trochę tego nie ukrywając. Gdy się odrobinę uspokoiłem, już tylko dysząc, nie kaszląc z powstrzymywanego brechtania, potrząsnąłem głową.
- Nie masz siły pszebicia? - Wypuściłem powoli powietrze nosem i spojrzałem na nią z niedowierzaniem, bo ujmowanie sobie zdecydowanie nie było tu dobrą techniką. - Masz za to upól, a to w twoim pszypadku znacznie gloźniejsza bloń. - Zrobiłem krok w jej stronę, ale zatrzymałem się, pamiętając o zasadach rytuału, po czym machnąłem ręką, zachęciwszy ją do kontynuowania - na szczęście - tym razem udanego, na widok czego, uniosłem oba kciuki, po czym sięgnąłem do własnej kieszeni i wyjąłem swój torkwes. Przez chwilę obracałem go między palcami, oceniając metal i miejsce, w którym najłatwiej było go zdeformować, po sekundce wiedziałem już dokładnie, gdzie powinienem przyłożyć nacisk, żeby uszkodzenie było wyraźne, ale nie całkowicie go zniszczyło. Zacisnąłem palce i powoli zwiększyłem siłę, aż zaprotestował cichym, głuchym trzaskiem, a potem wygiął się pod naciskiem moich dłoni, tracąc swój pierwotny kształt.
- No. - Obróciłem torkwes w palcach. - I po ploblemie. - „Po prostu stwierdziłem fakt”, triumfalnie szczerząc zęby…
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)