Bott pokiwał ochoczo głową, bo w tej kwestii zgadzali się akurat bardzo dobrze. Sam był zdania, że tego typu spędzanie czasu było ważne. Nawet nie chodziło o same warzywa, ale było dokładnie tak jak mówiła Nora – to dla niektórych mogła być szansa i bardzo dobry powód, żeby spędzić czas z ukochanymi. Niektórzy bowiem potrzebowali odrobiny pchnięcia w odpowiednim kierunku. No więc on i panna Figg, gotowi byli im to pchnięcie zapewnić. Pomyślał sobie też, że zrobienie do tego konkursu, też nie było takim złym pomysłem. Odrobina rywalizacji nikomu nie zaszkodzi, a może i zachęci większą ilość osób do tego, żeby wzięli udział w całym przedsięwzięciu.
Niezwykle go też cieszyło, że Nora wydawała się coraz chętniej wyrzucać z siebie kolejne pomysły. Jego zdaniem nie było co się krępować, bo byli tutaj, żeby zawrzeć pewnego rodzaju umowę – nie było więc powodów, żeby się wstydzić i wstrzymywać, bo jego zdaniem wszystkie pomysły były dobre, głupich nie było.
— Spokojnie, tyle było tych imprez o których huczało potem, że czego się tam nie piło i nie jadło, że mam wrażenie iż każdemu starczy tego typu wrażeń na bardzo długi czas. Po weselu państwa Black chyba wszyscy się nieco wstrzymali w tych kwestiach — zaśmiał się nieco, trochę chyba zażenowany tymi wspominkami plotek, które wtedy krążyły. Jakieś kapibary, bójki o kobiety… no to zwyczajnie nie wypadało.
— Dokładnie, nie ma co tego marnować. Ale pomyślałem sobie, że wystarczy parę wariantów. Na otwarciu Łyżeczki chyba nieco się zapędziłem i niektórych zostało mi bardzo dużo. Ale miotły czy dynie brzmią bardzo na miejscu, oj tak — pochwalił jej pomysłowość, bo w sumie dynie wydawały się czymś niemalże oczywistym, ale sam o tym nie pomyślał.
— Brzmi ciekawie. Taki pokaz. Myślę, że możemy się nad tym zastanowić, ale chyba w tej kwestii musiałbym porozmawiać z kimś bardziej… zaznajomionym w logistyce — zaśmiał się krótko, przeczesując jasne włosy. — Mamy jeszcze parę dni na przygotowania, więc wszystko jest do uzgodnienia. Jeśli zabierzemy się za to z kopyta, to ze wszystkim zdążymy — szczególnie, ze obydwoje mieli własne zaplecze kuchenne, więc mogli to robić na dwie kuchnie, a nie kisząc się w jednej. A z ich pracownikami to praca mogła im pójść bardzo, ale to bardzo szybko.
Bott przytakiwał pannie Figg co jakiś czas, chwalił jej pomysły i dorzucał własne. W ten sposób spędzili jeszcze nieco czasu, racząc się w Zorzy deserem i popijając dobrą kawę, ale wreszcie przyszedł czas by musieli wrócić do swoich obowiązków. Całe szczęście mieli jeszcze parę dni na dopięcie wszystkiego na ostatni guzik.