2 godzin(y) temu ✶
– Uważaj, bo uwierzę – parsknęła, bardzo świadoma tego oczywistego kłamstwa, bo za żadne skarby nie uwierzyłaby, że Atreus nikogo nie wrzucił do tego jeziora, nie popchnął ze schodów i nawet w te schowki za bardzo nie wierzyła. – Nawet nie mów – westchnęła. Czasem niesamowicie zazdrościła Morpheusowi zmieniacza czasu, który pozwalał mu na robienie dwóch rzeczy na raz i manipulowanie samym losem. A czasem mu współczuła, bo pokusa… pokusa mogłaby okazać się zbyt silna. – Proszę cię.
To proszę cię było bardziej jękiem niż faktyczną prośbą i nie chodziło o to, że wspomniał o Anthonym: może i uważała na niektóre tematy, ale nie sądziła, że były tabu: nie powinny być, nawet jeśli należały do trudnych. Nie. Tu walnęła ręką we własne czoło, głównie ze względu na połączenie Anthonyego, schowków i myśli o powrocie do Hogwartu, bo tak wiele rzeczy było tu żenujących. Oczywiście, że ona też dostałaby załamania nerwowego: Atreus był od niej młodszy, jak tu potem tłumaczyć, że pracujesz w departamencie przestrzegania prawa, ale twój chłopak wciąż jest w Hogwarcie i widywać go tylko w weekend w Hogsmeade…? Niby urodził się tylko rok po niej, ale w tym wieku jeszcze miało to trochę znaczenia, no i dziwnie patrzono by na to, gdy to dziewczyna była starsza. Pewnie wszyscy dostaliby też kolektywnego zawału serca, biorąc pod uwagę, jak bardzo ona była wtedy ślepa na chłopców, i że on w ogóle nie widział jej istnienia. Och, wyobraźnio, mina Vincenta na coś takiego. Poza tym było jeszcze coś…
– On mnie kiedyś wepchnął do schowka, a ja nie zrozumiałam, o co mu chodzi. Chociaż nie wiem, jakbym mogła, skoro był czwartoklasistą. – A ona była wtedy już na siódmym roku, ich w końcu dzieliła jeszcze większa różnica wieku. – Zbeształam go za połamanie marchewek i sałaty, a potem dałam czekoladową żabę i sobie poszłam.
A potem Atreus podniósł pudełeczko.
Brenna wyprostowała się gwałtownie, bo melodia była trochę znajoma… było jednak za późno.
Nagle nie siedziała w pociągu. Szła po trybunach, ciągnięta za rękę przy Ivy.
– Poważnie? Właśnie tutaj chciałaś przyjść? – westchnęła, drugą dłonią usiłując poprawić sobie szalik, ale nie była zła. Raczej rozbawiona i w sumie to zadowolona, bo Ivy ostatnio po nieprzyjemnych wieściach z domu zdawała się mieć fatalny nastrój, a teraz się rozpogodziła tą wycieczką. Bren też była całkiem zadowolona z życia, głównie przez list, który niosła w kieszeni. Poczucie satysfakcji sprawiało, że uśmiechała się mimowolnie. To zadowolenie jednak prysło dość szybko: ledwo coś uderzyło ją w głowę i zwaliło z nóg.
Był ból.
Toczenie się po schodach.
I nagła ciemność.
To proszę cię było bardziej jękiem niż faktyczną prośbą i nie chodziło o to, że wspomniał o Anthonym: może i uważała na niektóre tematy, ale nie sądziła, że były tabu: nie powinny być, nawet jeśli należały do trudnych. Nie. Tu walnęła ręką we własne czoło, głównie ze względu na połączenie Anthonyego, schowków i myśli o powrocie do Hogwartu, bo tak wiele rzeczy było tu żenujących. Oczywiście, że ona też dostałaby załamania nerwowego: Atreus był od niej młodszy, jak tu potem tłumaczyć, że pracujesz w departamencie przestrzegania prawa, ale twój chłopak wciąż jest w Hogwarcie i widywać go tylko w weekend w Hogsmeade…? Niby urodził się tylko rok po niej, ale w tym wieku jeszcze miało to trochę znaczenia, no i dziwnie patrzono by na to, gdy to dziewczyna była starsza. Pewnie wszyscy dostaliby też kolektywnego zawału serca, biorąc pod uwagę, jak bardzo ona była wtedy ślepa na chłopców, i że on w ogóle nie widział jej istnienia. Och, wyobraźnio, mina Vincenta na coś takiego. Poza tym było jeszcze coś…
– On mnie kiedyś wepchnął do schowka, a ja nie zrozumiałam, o co mu chodzi. Chociaż nie wiem, jakbym mogła, skoro był czwartoklasistą. – A ona była wtedy już na siódmym roku, ich w końcu dzieliła jeszcze większa różnica wieku. – Zbeształam go za połamanie marchewek i sałaty, a potem dałam czekoladową żabę i sobie poszłam.
A potem Atreus podniósł pudełeczko.
Brenna wyprostowała się gwałtownie, bo melodia była trochę znajoma… było jednak za późno.
Nagle nie siedziała w pociągu. Szła po trybunach, ciągnięta za rękę przy Ivy.
– Poważnie? Właśnie tutaj chciałaś przyjść? – westchnęła, drugą dłonią usiłując poprawić sobie szalik, ale nie była zła. Raczej rozbawiona i w sumie to zadowolona, bo Ivy ostatnio po nieprzyjemnych wieściach z domu zdawała się mieć fatalny nastrój, a teraz się rozpogodziła tą wycieczką. Bren też była całkiem zadowolona z życia, głównie przez list, który niosła w kieszeni. Poczucie satysfakcji sprawiało, że uśmiechała się mimowolnie. To zadowolenie jednak prysło dość szybko: ledwo coś uderzyło ją w głowę i zwaliło z nóg.
Był ból.
Toczenie się po schodach.
I nagła ciemność.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.