Mabon miało dla Ambrosii to do siebie, że na niewiele było czasu. Należało odwiedzić stragany, żeby kupić ostatnie rzeczy, które oczywiście zostały zapomniane wcześniej, albo nagle okazało się że czegoś brakuje. Owoce, przyprawy, ten jeden konkretny słoiczek dżemu, od tego jednego konkretnego sadownika, bo inne to się przecież do niego nie umywały. Do tego trzeba to było zrobić szybko, żeby uciec do ciepłoty rodzinnego domu i odprawić te wszystkie związane z sabatem przygotowania. Kuchnia witała otwartymi ramionami i groźnymi uwagami babci, która uważała że wszystko zrobiłaby sama najlepiej, ale czemu właściwie miała robić w pojedynkę, skoro miała w domu tyle potencjalnych pomocników.
Hades – nieobecny, chuj z Oliverem, więc zostawała tylko sama ona, jedna niczym palec przeciwko światu. Tańczyła więc pomiędzy rozstawionymi na kiermaszu stoiskami, oglądając wystawione różności. Parę błyskotek przykuło jej uwagę, ale szybko sobie odpuściła (zaraz po tym jak kupiła nowy naszyjnik z kamieniem księżycowym), a potem zaczęła przebierać w przyprawach. Mama dała jej zawczasu całą listę (dostała ją rano wyjcem, który tak się darł, że przestraszył jej kota), więc problemu nie stanowił fakt, że kucharka była z niej tragiczna. Potem przeleciała jeszcze przez płaszczyki – przez chwilę myślała że to jakiś nowy krzyk nowy, bo jesienne barwy krzyczały na nią z co drugiego stoiska, ale wszystko to wyglądało tak niezachęcająco, ze sobie szybko darowała. Potem natomiast, doczłapała się wreszcie do owoców; mama i babcia chciały jakieś kompoty i inne przetwory, więc nie zastanawiając się długo, Rosie wybrała parę zestawów, dla siebie inwestując w te z Doliny, uznając je za swego rodzaju ciekawostkę. Zapłaciła, pożegnała się i czym prędzej czmychnęła z ulicy Pokątnej.
sort of horror